Chaos w mojej głowie

Jakiś czas temu udzieliłem wywiadu dla zine’u „Chaos w mojej głowie„, który w wersji tradycyjnej, czyli papierowej właśnie się ukazał. Ponieważ nie każdy chce spijać nektar mojej mądrości z papieru, to poniżej treść wywiadu w formie elektronicznej. Jeśli kogoś interesuje tematyka tego wydawnictwa, całkiem sporego sądząc po liczbie stron, to zapraszam na stronę do zakupu.

Na początku lat 90-tych byłeś członkiem UPR, obecnie jesteś jednym z bardziej znanych polskich anarcho-libertarian. Droga od konserwatysty do anarchisty wydaje się być długa i kręta. Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom Chaosu jak przebiegała ewolucja Twoich poglądów politycznych?

To tylko pozornie kręta droga – dla mnie to była dość prosta i naturalna ścieżka ewolucji. Ale zacznijmy od początku, czyli dzieciństwa i lat młodzieńczych w czasach realnego socjalizmu, któremu nie udało się mnie zepsuć, mimo przecież dość intensywnej indoktrynacji, i to w czasie, gdy młody umysł jest na tę indoktrynacje najbardziej podatny. Nie wiem, czy to kwestia genów, czy jakiś przypadek, ale organizm mój uodpornił się dość skutecznie na różne przejawy lewicowej myśli, a skuteczność tego mechanizmu obronnego jeszcze pogłębiała codzienna obserwacja świata dookoła.

Potem nastąpiła przemiana ustrojowa, po której szukałem dla siebie jakiegoś sensownego poglądu politycznego i wtedy właśnie wpadł mi w ręce jeden z pierwszych numerów Najwyższego Czasu. Lektura tego tygodnika otworzyła mi oczy na nurty polityczne zupełnie mi wcześniej nieznane, z klasycznym liberalizmem na czele. Z jakiegoś powodu uznałem, że skoro już chcę być takim prawdziwym liberałem, to muszę zostać też konserwatystą. A JKM tylko utwierdzał nas, że to jest jedyna właściwa droga.

A że samo czytanie gazet i książek nie jest specjalnie skuteczną polityczną aktywnością, to po jakimś czasie wstąpiłem do UPR, bo chciałem coś podziałać, choć przyznam szczerze, nie bardzo wiedziałem jak. W UPR podziałałem sobie przez parę dobrych lat. Płaciłem składki, przychodziłem na manifestacje, spotykałem się z ciekawymi ludźmi. Było okay, choć szybko przekonałem się, że dla wielu członków UPR, organizacja ta była jedynie etapem w jakichś ich osobistych planach, a idee, które mi wydawały się dość bliskie, były dla nich jednie czymś, co się zmienia w zależności od różnych pragmatycznych celów. Na moje szczęście, jakiś kryzys osobisty sprawił, że musiałem przestać płacić składki, co poskutkowało tym, że nasze drogi z partią się rozeszły.

Ale zmiana ta nie miała jedynie podłoża ekonomicznego, bo w międzyczasie pojawił się internet z jego bogactwem wiedzy i nowymi sposobami komunikacji. W Najwyższym Czasie pojawiały się co prawda teksty, które oswoiły mnie z terminem libertarianizm, ale dopiero internet pozwolił mi poznać, co się za tym terminem dokładnie skrywa. Okazało się, że liberalizm może mieć także jeszcze radykalniejszą formę, nieskażoną konserwatywną domieszką. To dopiero było odkrycie.

Zaczęło się buszowanie po amerykańskich stronach wolnościowych, odkrywanie całego bogactwa tego ruchu oraz poznawanie w Polsce ludzi o podobnych poglądach. Konstruowanie list mejlowych, potem grup dyskusyjnych, aż do Forum Libertarian. Ciągle szukanie nowej wiedzy, ciągłe krystalizowanie swoich poglądów, dalsza ewolucja w kierunku anarchokapitalizmu. Jako organiczny przeciwnik lewicy, uwielbiam termin kapitalizm, więc nie wstydzę się tej etykietki, a na dodatek wkurza ona lewicowców.

Jak widać, otarcie się o UPR nie oznacza wcale bycia konserwatystą, przynajmniej w politycznym sensie, bo ja w wielu sprawach jestem dość konserwatywny, tylko nie mam ochoty narzucać tego poglądu siłą innym.

Jesteś obok Jacka Sierpińskiego chyba najbardziej rozpoznawalną osobą wśród inicjatorów powołania polskiej Partii Libertariańskiej. Po doświadczeniach z UPR i pochodnymi nie masz już trochę dość polityki?

Ja jestem zwolennikiem zarażenia ideą prawdziwej wolności jak największego kręgu ludzi. Chcę wyciągnąć libertarianizm z pewnego rodzaju getta i pokazać go tzw. przeciętnym ludziom. Jeśli w tym zadaniu może pomóc powołanie „poważnej” instytucji jaką jest partia polityczna, to tylko mogę przyklasnąć takiemu pomysłowi i jakoś go próbować wesprzeć. Ja sam uważa, że taka bardziej głównonurtowa organizacja wolnościowa może naprawdę przekonać wielu, że libertarianizm to jest poważny kierunek polityczny, którym warto się zainteresować.

Choć dla mnie osobiście, okres aktywnej działalności politycznej jest już raczej zamknięty. Chętnie pomogę w powstaniu tej partii, w kreowaniu jej programu (aby był dostatecznie wolnościowo „koszerny”, choć udział Jacka Sierpińskiego – papieża polskiego libertarianizmu – w zasadzie to gwarantuje), czy dobrych form działania. Choć raczej do niej wstąpię, ani też na nią nie zagłosuję – bo nie biorę udziału w wyborach.

Być może moje zaangażowanie się w ten projekt ma inne podłoże niż pozostałych założycieli, ale to, moim zdaniem, nie powinno być przeszkodą w naszej współpracy i osiąganiu wspólnego celu – poszerzanie zakresu wolności i skuteczniejszej walki najpierw z etatyzmem, a w końcu, z państwem.

Jak doszło do tego, że jeden z pierwszych polskich twórców, który zaczął zarabiać na grach komputerowych – a więc wydawać by się mogło beneficjent reżimu praw autorskich – zaczął kwestionować koncepcję tzw. „własności intelektualnej”?

To jest zasługa Stephana Kinselli, a konkretnie jego tekstu dotyczącego Napstera i konfliktu „własności” intelektualnej (IP) z własnością prawdziwą. Ten tekst przetłumaczyłem i opublikowałem na swojej stronie i polecam go każdemu, kto nie ma ochoty na lekturę dłuższych tekstów o tematyce IP tegoż autora.

Oczywiście, do tego czasu byłem typowym copyrightowym zamordystą – chciałem wszystkich wsadzać do więzień za naruszanie moich „praw”. Było to o tyle zabawne, że pierwsze nasze produkcje powstawały w 100% na pirackim oprogramowaniu, co wtedy nie było nawet nielegalne, a i potem zgodność z wyznawanymi poglądami także nie do końca była stuprocentowa ze stanem faktycznym.

To zresztą główny problem, z którym boryka się większość ludzi nafaszerowanych propagandą zwolenników IP – z jeden strony powszechnie narusza się prawa autorskie, a z drugiej strony pouczani jesteśmy jakie to złe i niemoralne jest, niezależnie od prawnego stanu faktycznego, choćby dotyczącego dozwolonego użytku osobistego. Z jednej strony zwolennicy IP próbuj zacisnąć nam na szyi sznur jeszcze większej kontroli, a z drugiej strony zwyczaj dzielenia się cyfrowymi plikami jest już powszechnym standardem.

Każdy, kto choć chwilę zastanowi się na tym problemem, to zauważy, że coś tu jest nie tak. Jeśli zaciekawi go ta kwestia, to bardzo łatwo odkryje, że świat nie jest taki, jaki mu się usiłuje przedstawić. To jak wybór czerwonej matriksowej tabletki – zaczynamy wtedy widzieć świat „własności” intelektualnej takim, jaki jest naprawdę. I nie jest to miły widok.

To naprawdę nie jest trudne – wystarczy poczytać trochę tekstów na mojej stronie, trochę moich wpisów blogowych, w których podaję sporo argumentów, a także odnośników do innych tekstów. Trzeba mentalnie wyzwolić się z kajdan myślenia o IP jako o własności i od razu będzie łatwiej. No i koniecznie trzeba wyzwolić się z narzuconego nam przeświadczenia, że obecny system choćby praw autorskich jest tożsamy z systemem zarabiania na efektach swojej pracy twórczej. Prawa autorskie to ani konieczny warunek do zarabiania na twórczości, ani tym bardziej wystarczający. Gdy oderwiemy się od myślenia o pieniądzach, to od razu zobaczymy jak wątły jest to koncept.

Parafrazując Anarchistyczne FAQ Bryana Caplana – „Dlaczego ktokolwiek miałby się interesować infoanarchizmem?”

Jeśli nie będą się tym interesować, to reżim praw autorskich zainteresuje się nimi. Odbierając im wolność komunikacji oraz swobodę dysponowania swoją własnością. Zresztą reakcja na próbę przemycenia nam umowy ACTA pokazuje, że coś tam zaczyna do ludzi docierać. Jeszcze może nie zdają sobie dokładnie sprawy dlaczego ta koncepcja jest zła, wciąż są pod ogromnym wpływem propagandy, ale już zauważają, że coś tu nie gra. I coraz częściej szukają alternatywnej wiedzy na ten temat.

Coraz więcej ludzi, młodych i starych, w praktyce ma w zupełnym poważaniu kwestie „własności” intelektualnej i, jak to się pejoratywnie określa, „juma” na co dzień muzykę, filmy czy oprogramowanie bez specjalnych zahamowań. Niemniej jednak, gdy ich znienacka zapytamy, to będą głosić wtłoczone do głów formułki o konieczności wynagradzania biednych twórców i wynalazców. Że też nie zauważają tu pewnej niekonsekwencji.

Obracając się od wielu lat w środowisku polskich wolnościowców wydaje mi się, iż nie przesadzę pisząc, iż większość krajowych libertarian popiera Twoje stanowisko w sprawie „własności intelektualnej”. Ciekawy natomiast jestem jak Twoje poglądy w tej kwestii są odbierane przez Twoich znajomych z branży gier komputerowych. Spotkałeś się z jakimiś ciekawymi reakcjami ze strony innych gamedev’ów?

No, bez przesady, jakie tam „moje stanowisko”? Co najwyżej zbieżne z moim – nie roszczę sobie praw do pierwszeństwa, bo polskie teksty anty-IP pojawiały się dużo wcześniej zanim ja się zabrałem za tę tematykę. Ale faktycznie, nurt infoanarchistyczny wydaje się dość mocny wśród polskich wolnościowców, a także całkiem nieźle ma się wśród wolnościowców za granicą.

Moim znajomi nie przyjmują tego ze zrozumieniem, co trochę mnie dziwi, bo ja naprawdę znam trochę sekretów kreatywnych branży i wiem, że z jednej strony wszyscy mówią, że piractwo to zło, a z drugiej strony to znaczna część działalności twórców opiera się na piratach. Więc wygląda to często tak, że każdy twierdzi, że piractwo jest „be” i kiedyś, jak już się dorobi, to przestanie piracić, ale na razie to musi i już. I wymyśla różne usprawiedliwienia.

Trudno też mi przekonywać kolegów po fachu, bo akurat w świecie gier niełatwo jest wskazać alternatywne sposoby zarabiania na swojej twórczości. Bo do tego w praktyce sprowadza się dyskusja o IP – nie zastanawiamy się, czy jest to słuszne czy też nie, ale jak będziemy zarabiać, gdy ten koncept wreszcie umrze. A umrze z pewnością. Zawsze dyskusja schodzi na temat kasy, a nie jakiejś tam kultury czy sztuki.

W dyskusjach z kolegami mam jeden, mocny atut – moje pierwsze gry powstawały, gdy w Polsce nie funkcjonował jeszcze monopol prawnoautorski w zakresie oprogramowania. Piracić można było wszystko zupełnie bezkarnie i legalnie. Co nie zmienia faktu, że stworzyliśmy gry, które nawet w tych warunkach całkiem nieźle sobie finansowo radziły, zadając kłam twierdzeniu, że prawa autorskie są niezbędne, aby na własnej twórczości zarabiać.

Jesteś jednym z inicjatorów i wykładowców Digital Frontier, pierwszej polskiej szkoły dla twórców gier komputerowych. Jak sądzę większość kursantów to ludzi młodzi, którzy dorastali już w czasach stałych łącz sieciowych, a co za tym idzie de facto darmowego dostępu do wszelkich cyfrowych dóbr kultury. Czy dostrzegasz w ich spojrzeniu na biznesowy aspekt tworzenia gier jakieś istotne różnice w stosunku, do tego jaki przyświecał twórcom, w czasach gdy Ty zaczynałeś swoją przygodę z branżą gier?

Wydaje mi się, że istnieje pewne intelektualne rozleniwienie. Oczekiwanie gotowych recept, które wystarczy zastosować i mamy błyskawiczny sukces. A najlepiej, to dajcie mi jakiś papier, który zapewni mi dobrze płatną i niezbyt męczącą pracę.

Nie oznacza to, że nie ma ludzi z inicjatywą, chętnych do poznawania nowych rzeczy, ale zauważam dość dużo oczekiwania na pokierowanie i pokazanie co robić, zamiast na własną inicjatywę i odkrywanie wszystkiego samemu i zadawanie pytań, na które grono fachowców zaproszonych do inicjatywny Digital Frontier chętnie odpowie.

A dostęp do wiedzy i narzędzi obecnie jest przeogromny. To coś, czego nie mieliśmy w czasach, gdy sami zaczynaliśmy tworzyć gry. Wiedzę trzeba było mozolnie zdobywać i odkrywać, a narzędzia w większości wypadków stworzyć samemu. Teraz wszystko jest w zasięgu ręki, a właściwie internetowego łącza. Można skupić się na kreatywności i pasji, które chyba są w tej branży najważniejsze.

W Polsce tworzenie gier to jednak wciąż zajęcie dla ludzi z pasją, którzy chcą to robić, bo ich to fascynuje, sprawia olbrzymią satysfakcję oraz umożliwia twórcze realizowanie się. Owszem, niektórzy nawet nieźle zarabiają, choć nie jest to zawód gwarantujący dobre dochody, jak choćby prawnik czy stomatolog.

Zjawisko „piractwa” komputerowego przyjmuje różne formy. Z jednej strony masz infoanarchistów w postaci np. twórców The Pirate Bay, którzy prowadzą swą działalność z powodów nazwijmy to ideowych, z drugiej zaś ludzi pokroju Kima Dotcoma (założyciela serwisu Megaupload), który robi, to co robi, bo chce na tym trzepać grubą kasę. Czy będąc przeciwnikiem własności intelektualnej jako takiej ma dla Ciebie w ogóle znacznie jakimi motywami kieruje się dany „pirat”?

No, ja za prawdziwych infoanarchistów uznaję jedynie tych, którzy atakują istniejący system ze względów ideologicznych, uważając go za niesłuszny i nie mający usprawiedliwienia. Ci, którzy robią to z innych pobudek, choćby finansowych, też mogą być moimi sprzymierzeńcami, bo przyczyniają się do obnażania problemów istniejącego monopolu i dość skutecznie podkopują jego fundamenty. W gruncie rzeczy, wszystko mi jedno, czy monopol upadnie, bo ludzie zrozumieją, że jest niesłuszny, czy po prostu pokona go technika i powszechne społeczne ignorowanie. Ostatecznie cel przecież zostanie osiągnięty.

Największym „przegranym” cyfrowej rewolucji wydaje się być na dzień dzisiejszy Hollywood. Wprawdzie (wbrew irytującym narzekaniom) przemysł ten całkiem nieźle sobie radzi finansowo, niemniej jednak faktem jest, że w przeciwieństwie do wielu innych twórców kultury póki co, wysokobudżetowi filmowcy nie potrafili się sensownie odnaleźć w realiach społeczeństwa informacyjnego. Steam i podobne platformy znacząco ograniczyły zjawisko piracenia gier, Melvins pokazuje jak mogą sobie radzić w nowych czasach muzycy (zamiast wydawać tradycyjne płyty, które większość woli ściągnąć za darmo z sieci, wypuszczaj limitowane edycje przygotowane z artystycznym zacięciem, np. ręcznie przygotowywanymi okładkami, część z nich sprzedając wyłącznie na koncertach)… A co ma zrobić taki np. Tarantino, który straszy swych fanów, że nie nakręci już żadnego filmu, bo przestali chodzić do kina? Masz jakiegoś własnego faworyta w kategorii „absurdy ochrony reżimu prawa autorskiego i praw pokrewnych”?

Ochrona „własności” intelektualnej przyjmuje różne, niekiedy bardzo kuriozalne formy. Np. ostatnio świat obiegła wiadomość o kasowaniu wpisów na twitterze z powodu zawłaszczania przez ich użytkowników… ciągów maksymalnie 140 znaków. Tak, można z całą powagą uznawać ze dzieło wpis o rozmiarze wiadomości SMS i walczyć o jego „własność”. Litości.

Bardzo podobała mi się akcja „Strata Kazika”, która w inteligentny sposób wyszydzała typową copyrightową arytmetykę, gdzie każda kopia oznacza „stratę” w wysokości detalicznej ceny danego dzieła. Koncepcja automatycznego kopiowania płyty Kazika i sumowania tych iluzorycznych „strat” artystów (obecnie 164 mln złotych) doskonale pokazuje z jakimi absurdami mamy do czynienia.

Co do trudności w odnajdywaniu się w świecie nowoczesnych technologii – nie jest moim zadaniem wymyślanie jak będą działać biznesy w świecie post-copyright. Od tego są przedsiębiorcy – oni bez problemu znajdą sposoby, aby zarobić na tym, co obecnie objęte jest prawnoautorskim monopolem. Potrzeba jest przecież matką wynalazku, a nie ochrona patentowa.

Jeśli pan Tarantino (jestem umiarkowanym fanem) nie zechce już więcej kręcić filmów, to świat naprawdę się od tego nie zawali. Będą filmy kręcić inni, może mniej zainteresowani kwestiami finansowymi, a bardziej artystycznymi, co kinematografii może nawet wyjść na dobre. A ci, którzy oczekują nieskomplikowanej rozrywki, na pewno znajdą sposób, aby skłonić Michaela Baya do zrobienia jakiegoś blockbustera. Poza tym, gdzie jest powiedziane, że filmy muszą kosztować aż tyle? Trochę technika się posunęła przez te ponad 100 lat kina i z pewnością mamy teraz znacznie więcej tanich metod produkcji filmowej.

Często w dyskusjach dotyczących konieczności zniesienia monopolu pada hasło: „z czego będą żyć artyści?” Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale moja odpowiedź czy jej brak nie jest argumentem za czy przeciw – pytanie to nie jest argument w sporze. Jeśli ja nie wiem, z czego będą żyli artyści, to nie oznacza, że monopol, z którego korzystają jest słuszny i usprawiedliwiony. Moja zdolność (lub raczej niezdolność) przewidywania kształtowania się przyszłych modeli biznesowych nie jest argumentem w tym sporze. Nie dyskutujemy o przewidywaniu przyszłości, ale o kwestiach wolności, w tym wolności wymiany informacji, czy swobodnego korzystania z własnych urządzeń elektronicznych czy teleinformatycznych.

Jak sądzę większość czytelników Chaosa nie będzie miała większych problemów z przyklaśnięciem Twoim infoanarchistycznym poglądom, z libertarianizmem będzie już jednak nieco gorzej. Głównym punktem zapalnym pomiędzy anarcho-kapitalistami a nieco bardziej lewicowo nastawionymi wolnościowcami, jest kwestia własności jako takiej. Szczególnie interesującym wydaje mi się być w tym kontekście squatting. Jak odnosisz się do kwestii nielegalnego zajmowania cudzej najczęściej porzuconej i zaniedbanej własności i tworzeniu w niej własnych struktur będących alternatywą dla społeczeństwa, państwa, systemu (lub po prostu próbą życia obok nich/niej)?

Nie ukrywam, że odnoszę się dość niechętnie do zajmowania cudzej własności, niezależnie od tego, czy właściciel jej używa, czy też nie. Natomiast obecny system, z olbrzymim etatystycznym bagażem, sprawie, że wiele sytuacji squattingu jest dość trudnymi kwestiami do jednoznacznej oceny. Uważam, że jest to problem głównie mocno nierynkowych gospodarek, z którymi mamy do czynienia na całym świecie. W prawdziwie wolnym świecie ci, którzy preferują dowolny alternatywny styl życia i kontaktów międzyludzkich, bez problemu będą mogli go uprawiać na swojej własności, którą po prostu zdobędą w drodze dobrowolnej wymiany, bez konieczności uciekania się do użycia przemocy. Kluczem tutaj jest dobrowolność – jeśli będziemy w stanie ułożyć sobie stosunki w oparciu o dobrowolne, pozbawione przemocy działania, to nie mam nic przeciwko dowolnym życiowym alternatywom. Co więcej, jestem przekonany, że tylko mocna własność i jej poszanowanie jest gwarantem realizowania właśnie tych wszystkich, nawet radykalnych alternatyw.

Przyznam, że moje doświadczenie ze squatami ogranicza się do krótkiej wizyty i wykładu w poznańskim Rozbracie. Było sympatycznie, ale nie widzę jakoś przewagi tego typu stylu życia. Ale każdy powinien robić to, co lubi. Byle na swoim.

Kolejnym punktem zapalnym wydaje mi się być kwestia dostępu broni. Ładnych parę lat temu na łamach Chaosu toczyła się na ten temat dyskusja i raczej nie była to „gra do jednej bramki”. Ty jesteś jej zdecydowanym zwolennikiem, ciekawy jestem w związku z tym czy, a jeśli tak to jaki wpływ, na Twe stanowisko w tej sprawie mają takie wydarzenia jak morderstwa w Aurora Kolorado, gdzie podczas projekcji ostatniego Batmana szaleniec zastrzelił dwanaście osób i ranił kilkadziesiąt kolejnych, czy w Newton Connecticut, gdzie inny sprawca zamordował 20 pierwszoklasistów?

Moje stanowisko nie zmienia się pod wpływem takich wydarzeń, bo nie są one czymś szczególnym. To są oczywiście przykre i tragiczne sprawy i szkoda, że mają miejsce, ale to nie sprawi, że zmienię zdanie na temat prawa każdego człowieka do samoobrony oraz wyboru najskuteczniejszego służącego do tego celu narzędzia. Dodatkowo, w przeciwieństwie do wielu ludzi, jestem odporny na medialną propagandę, która towarzyszy takim wydarzeniom i swoich poglądów nie opieram o to, co wciskają mi media. A że studiuję dość intensywnie tematykę broni oraz przemocy, to nauczyłem nie wyciągać pochopnych wniosków. To nie jest tak, jak usiłuje się nam przedstawić.

Ja jestem zwolennikiem prawa do posiadania broni palnej z przyczyn ideowych, a nie pragmatycznych. Uważam, że to prawo w pewnym sensie naturalne, czyli poprzedzające wszelkie formalne ustalenia, wynikające z prawa do ochrony swego życia. Argumenty pragmatyczne, czyli faktyczny wpływ posiadania broni na poziom bezpieczeństwa cieszą mnie, ale nie są dla mnie kluczowe.
To jest dość obszerny temat, o którym ciężko jest podyskutować, bez schodzenia na różne emocjonalne manowce. A emocje raczej nie pomagają w racjonalnej dyskusji.

Jesteś założycielem i jednym z moderatorów forum Libertarianizm.net. Libertarianizm per se jest mocno wywrotowy, ale rzut oka na dział poświęcony kryptoanarchizmowi pozwala łatwo się zorientować, iż jego użytkownicy nie należą raczej do tych, którzy uważają, iż umiarkowanie w dążeniu do wolności jest cnotą. Nie obawiasz się, że tego typu aktywność userów sprowadzi na Ciebie zainteresowanie „smutnych panów”?

Jeśli ci panowie są warci choć ułamek pensji, którą im wypłacamy, to mam nadzieję, że monitorują nasze forum. Zawsze jest szansa, że zmądrzeją i przejmą trochę właściwych poglądów. To jest jednak tylko forum dyskusyjne, gdzie rzadko wychodzi się poza wymianę poglądów, jakkolwiek by one nie wydawały się radykalne. Jesteśmy raczej fotelowymi rewolucjonistami.

Co nie zmienia faktu, że obawiam się tego zainteresowania i jakiejś niespodziewanej porannej wizyty, bo w obecnym świecie drastycznego ograniczania swobody wyrażania swoich poglądów, łatwo dopuścić się myślozbrodni. Niemniej jednak, kto jak nie wolnościowcy ma utrzymywać ten przyczółek wolnego słowa?

Przyznam się, że na życzenie autorów już dokonaliśmy autocenzury pewnych materiałów w naszym wolnościowym wiki – libertarianizm.pl. To przykre, że ulegamy reżimowi, ale nie chcemy, aby to archiwum wolnościowych tekstów znów stało się obiektem szykan. Pewnym, choć marnym, zabezpieczeniem jest, że serwery utrzymywane są w USA, więc nie będzie można ich wyłączyć „na telefon” z prokuratury. Ale też nie jesteśmy organizacją typu Wikileaks i raczej nikt nie będzie o nas demonstrował i protestował, gdy władza wyciągnie na nas jakiś paragraf.

No na koniec najważniejsze pytanie – dlaczego koty są lepsze od psów?

Tu chyba najbardziej pasuje cytat z Pratchetta:

– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

Ale na serio, ja generalnie lubię zwierzęta, także psy. Kiedyś pewnie będę miał psa. A koty są puchate, pachnące i miłe, a do tego stosunkowo bezobsługowe, przynajmniej w porównaniu do psów. No i są jakieś takie bardziej niezależne, indywidualistyczne i wolnościowe. Więc na razie wygrywają.

Audycja w Kontestacji

Wczoraj byłem gościem wydania głównego Kontestacji. Dla ciekawych zapis tej, dość długiej rozmowy, jest tu:

[audio:KS_2011-10-17.mp3]

Trochę za bardzo poskakaliśmy po tematach, przez co nic nie zostało porządnie powiedziane. No, ale może jeszcze się przydarzy jakaś wizyta w Kontestacji, gdy będziemy mogli skupić się na konkretniejszych tematach.

Wywiad dla Młodzieży Imperium

Udzieliłem wywiadu dla pisma internetowego młodzież narodowej – Młodzież Imperium. Numer z wywiadem pojawi się wkrótce, a ja mogę zamieścić go już u siebie, a dotyczy on tematów infoanarchistycznych.

Podobno dawno temu przynależał Pan do „copyrightowych zamordystów”. Jak doszło do zmiany poglądów – na zasadzie „nagłego oświecenia” czy raczej ewolucyjnie? Czy wiązało się to z jakimiś wewnętrznymi konfliktami lub dylematami?

To był raczej ewolucyjny proces. Gdy zacząłem zarabiać na prawach autorskich, za zacząłem także zauważać spory dysonans pomiędzy otaczającą mnie rzeczywistością, a wyrażanym przeze mnie postulatem, że trzeba wszystkich, którzy naruszają prawa autorskie, a już szczególnie moje, pozamykać jak najszybciej do więzień, bo „przecież mnie okradają”. Jednak sam bardzo regularnie i świadomie naruszałem prawa autorskie, jak zresztą wszyscy, których znam, więc pewnie musiałbym zacząć zamykanie w ciupie od siebie, a następnie zamknąć wszystkich z mojego pokolenia i młodszych. A interpretując ściśle prawo autorskie, to pewnie także wielu starszych.

Jeszcze wtedy nie docierała do mnie argumentacja przeciwników praw autorskich – uczestniczyłem zresztą na początku lat 90. w polemice na ten temat z „Najwyższym Czasie!”, oczywiście z pozycji zamordystycznych. Co prawda, nie wiedziałem wtedy jak pogodzić obserwowaną rzeczywistość z postulowanym przeze mnie istnieniem i silnym egzekwowaniem tego autorskiego monopolu, ale myślałem, że jakoś to się uda, jeśli tylko ktoś się lepiej nad tym zastanowi i „coś zrobi”.

Przez parę lat nie w tej kwestii nie robiłem – piraciłem po staremu, tworzyłem gry i chciałem, aby coś z tym zrobiono, ale tak już bez przekonania. Potem przeczytałem teksty Jacka Sierpińskiego na te tematy, choć jeszcze mnie nie przekonał, aż natrafiłem na tekst Stephana Kinselli „W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania” (dostępny u mnie, na stronie), który zmienił zupełnie moje postrzeganie problemu praw autorskich. Właśnie wtedy zrozumiałem dlaczego to, co nie trzymało się kupy, naprawdę tej kupy się nie trzyma. Argument o nadrzędności „własności” intelektualnej nad normalną własnością, którą jako libertarianin bardzo sobie cenię, uzmysłowił mi sztuczność oraz fałszywość koncepcji „własności” intelektualnej (zwanej dalej WI) i jej destrukcyjny wpływ na naszą własność i wolność. Stałem się wyznawcą nowej wiary, a właściwie niewiary we „własność” intelektualną. Potem stałem się ewangelistą tej niewiary, oczywiście na swój skromny sposób.

Czy można mówić o „infoanarchizmie” jako o jakimś w miarę jednolitym ruchu? Czy ludzie walczący z „tyranią patentów i praw autorskich” organizują się w jakieś grupy?

Nie, to zupełnie nieformalny i niezbyt precyzyjnie zdefiniowany ruch. Sporo przeciwników szeroko pojętej WI można spotkać wśród libertarian, ale też wśród osób o mniej radykalnych poglądach można znaleźć ludzi, którzy widzą i postulują konieczność reform w systemie praw WI. Tych zwolenników reform najczęściej nazywa się „copyfighterami” i bywają to bardziej zorganizowane i poważane grupy, zresztą o różnych docelowych celach swojego działania. Jedną z większych organizacji jest chyba Creative Commons, która poprzez swoje „liberalne” licencje i propagowanie obejmowania nimi wielu dzieł mocno sprzyja wyzwalania kultury ze szpon „wszelkich praw zastrzeżonych”, typowych dla praw autorskich. Warto też pamiętać o ruchu wolnego oprogramowania, który jest istotnym, bardzo prężnie działającym systemem kreowania przedmiotów prawa autorskiego niejako przeciw temu prawu.

Według jakich kryteriów można podzielić argumenty wysuwane przeciwko obecnemu modelowi „ochrony własności intelektualnej”? Na przykład – o ile wiem – libertarianie koncentrują się głównie na kwestii definicji pojęcia własności, sięgają po argumenty z rzadkości dóbr, z konfliktu własności intelektualnej z materialną etc. Z drugiej strony mamy także argumenty „humanistyczne” – na temat nieskrępowanego dostępu do „dóbr kultury i nauki”, walki z „wielkimi korporacjami”, umacniania współpracy i więzi społecznych przez wymianę plików etc. Czy wszystkie te rodzaje argumentów są Panu jednakowo bliskie? Czy są wśród nich takie, które uważa Pan za nietrafione?

Dla mnie najsilniejszy jest argument o faktycznej nadrzędności WI w stosunku do własności rzeczy materialnych (opartej o rzadkość tych rzecz) i nieuchronny konflikt pomiędzy nimi.

Argumenty lżejsze, „humanistyczne”, to raczej argumenty wspierające, działające na tych, dla których sama własność nie jest tak istotna (niezależnie od tego, że ja akurat uważam ten lekceważący stosunek do własności za głupotę). Poza tym, argumenty wspierające to jednak przykłady korzyści będących logicznymi konsekwencjami odejścia od autorskich monopoli.

Trudno powiedzieć mi, w jaki sposób pogrupowane są argumenty przeciwko WI – nie zastanawiałem się nad tym. Ja opieram się najczęściej na tych, które wywodzą się z rzadkości dóbr materialnych i prawa własności, ale bywa też, że często przechodzę do argumentacji z pozycji skutków, a nie przyczyn. Na potrzeby dyskusji przyjmuję tezę przeciwników – prawa autorskie istnieją i muszą być egzekwowane (w domyśle, jeszcze lepiej niż obecnie, bo przecież naruszenia praw autorskich to ogromny i globalny „problem”) – następnie pokazuję nieuchronne konsekwencje takiego podejścia – erozję własności tradycyjnej i likwidację prywatności. Oczywiście to w pewnym sensie argumentacja utylitarystyczna, skupiająca się na korzyściach i stratach, ale gdy trafi na podatny grunt, to łatwiej przejść do obiektywnej argumentacji opartej o prawo własności.

Argumentacja lżejsza ma taką przewagę, że często trafia do szerszego grona odbiorców i zmusza ich do zastanowienia się nad problemem. A to już krok w dobrym kierunku.

Nie jestem pewien do końca słuszności argumentów, które twierdzą, że własnością nie można obejmować dóbr niematerialnych. Wynika to raczej z tego, że nie poświęciłem tej argumentacji dostatecznie dużo rozważań, a nie że jest niesłuszna. Staram się tego argumentu nie używać, bo jest mnóstwo innych, do których jestem w pełni przekonany.

O ile nie mam wątpliwości w niesłuszność argumentacji na rzecz istnienia WI, to sam problem korzystania z efektów czyjejś pracy bez rekompensaty, budzi pewne moje wątpliwości. Z pewnością jednak WI nie jest jednak właściwą odpowiedzią na ten problem.

Z jednej strony wielu z nas, korzystając z nielegalnie zdobytych dzieł niewątpliwie czerpie korzyści, nawet jawnie to przyznając, nijak nie rewanżując tym, którzy te dzieła stworzyli. Można by zastanowić się, czy nie istnieje jakiś mechanizm, który powinien autorowi wynagrodzić wysiłek, który przecież przysporzył nam korzyści. Z drugiej strony, autor tworząc dzieło, nie może mieć żadnych oczekiwań do tego, czy ktokolwiek będzie miał z niego pożytek, niezależnie czy istnieje system praw autorskich czy nie. Dzieło i tak powstało, ale sam ten fakt jeszcze nie daje autorowi praw do żadnych roszczeń.

W jaki zresztą sposób miałby on tych roszczeń dochodzić bez porozumienia się z aniołem stróżem każdego z nas? Autorom pozostaje chyba dobra wola użytkowników dzieł, albo techniczne systemy ograniczające dostęp do dzieł – jedno i drugie rozwiązanie nie wymaga ingerencji państwa i jego systemu prawnego w celu regulacji relacji autorów i ich odbiorców.

Kontynuując wątek rozpoczęty w poprzednim pytaniu – jaki jest Pański stosunek do ruchu „wolnego oprogramowania”, zainicjowanego przez Richarda Stallmana? O ile wiem, to w jego działalności argumentacja „z praw własności” i z rzadkości dóbr nie jest na pierwszym miejscu (pojawia się raczej jako dodatek, a sam Stallman uważa się za lewicowca i nawet ubolewa nad nadmiarem libertarian w kręgach sympatyzujących z „wolnym oprogramowaniem”).

Ruch wolnego oprogramowania to bardzo pozytywny ruch i mogę patrzeć na niego jedynie z radością. Wolne oprogramowanie nie tylko z nazwy, ale także w wielu aspektach jest całkowicie wolne. Ja rozumiem argumentację Stallmana i jego cele. On też często swą argumentację opiera na prezentowaniu skutków istnienia obecnego monopolu i także mu się sprzeciwia.

Problemem jest jednak cel ostateczny – ja chciałbym całkowitej likwidacji monopolu, a on raczej zainteresowany systemem opartym o nadrzędnych prawach użytkownika. System ten ma dla mnie taką samą wadę, jak i system obecny – wymaga użycia państwa i jego aparatu przymusu do wymuszenia respektowania go. Na szczęście licencja GPL nie jest jedyną licencją wolnego oprogramowania i wśród zwolenników tego ruchu jest wielu, którzy wolność w zakresie oprogramowania rozumieją inaczej niż Stallman.

Niemniej jednak, ruch wolnego oprogramowania, nawet w wykonaniu zwolenników teorii Stallmana to dla mnie idealne narzędzie w argumentacji, pokazujące, że kreatywność istniała, istnieje i będzie istnieć w obliczu braku prawnej ochrony dzieł (w tym wypadków oprogramowania). Nie musimy spekulować, czy i jak będzie wyglądała przyszłość oprogramowania przy braku ochrony prawnej, bo mamy doskonały i całkiem pokaźny przykład, jak to faktycznie wygląda. Wolne oprogramowanie dowodzi też, że motywacje autorów i twórców do tworzenia są bardzo często zupełnie inne niż te, który im się przypisuje – nie zawsze, a właściwie w większości przypadków ludzie kreują nie z chęci zysku, ale z potrzeby tworzenia. To jest właściwy napęd kultury i innowacji – pieniądze to niejako skutek uboczny.

Czy wśród zwolenników wolnego rynku (i w ogóle wśród ludzi) spotyka się Pan z niezrozumieniem i niedowierzaniem, kiedy głosi Pan „infoanarchistyczne” tezy? W szczególności chodzi mi tu o reakcję typu: „Zaraz, zaraz, jesteś libertarianinem, czyli masz obsesję na punkcie własności, a tu nagle popierasz kradzież? Ależ to zupełna sprzeczność!”

Oczywiście, że zdarza się. W takim wypadku staram się kierować dyskusje na kwestie podstawowe – czyli wykazanie, że nie można posiadać czegoś, co nie powinno być przedmiotem prawa własności, czyli jest niezdolne do bycia ukradzionym. No i zawsze pozostaje argumentacja, że kopiowanie to nie kradzież, bo przecież „właściciel” nic nie traci. Ba, przeważnie nawet nie zauważa i odczuwa, że coś mu niby zabrano.

Tak naprawdę, to uważam, że to ludzie, którzy jeszcze po prostu tej kwestii dobrze nie przemyśleli. Każdy w końcu zostanie infoanarchistą, gdy się na tym porządnie zastanowi.

Można odnieść wrażenie, że w Polsce (ale pewnie i na świecie) panuje pewna schizofrenia gdy chodzi o wymianę plików, xerowanie materiałów papierowych etc. Z jednej strony ogromna większość ludzi to praktykuje, częstokroć nawet „intuicyjnie” (niejako odruchowo, bez głębszej refleksji), z drugiej jednak – gdy kogoś przycisnąć – na ogół nie słyszy się żadnej rzeczowej argumentacji, a jedynie mętne, niejasne wykręty w rodzaju: „Trudno, nie jestem święty…”, „Nie ma rady, przy tych cenach bym nie wyrobił…”, „Oj tam, Metallica nie zbiednieje…” itd. Czy Pan również dostrzega taką postawę?

Oczywiście. Ludzie robią to, co jest naturalne dla danych cyfrowych, komputerów i łączących je kabli (czy, coraz częściej, fal radiowych). Naturą bitów jest ich kopiowalność – cała funkcjonalność urządzeń cyfrowych opiera się na kopiowaniu. Pozbawienie bitów tej własności jest niemożliwe, tak jak niemożliwe jest, aby woda przestała być mokra.

Wszyscy kopiujemy, czasem nieświadomie, czasem zupełnie świadomie, będą przekonanym, że mamy do tego prawo, niezależnie od faktycznej sytuacji prawnej, a czasem zupełnie to prawo olewamy, bo takie działanie jest po prostu naturalne i wygodne. I nie widzimy w tym nic moralnie nagannego (i nie wydaje mi się, aby było przykazanie „Nie kopiuj”). To tylko prawo stwierdziło, że bitów, a szerzej mówiąc – idei – w pewnych sytuacjach ma się po prostu „nie dać kopiować”. Bo jest to w interesie autorów, bo inaczej nas ukarzą i przestaną tworzyć. W obawie przed ich zemstą i gniewem, mamy zapomnieć, że to umiemy. Mamy zapomnieć, że nasze urządzenia bez wysiłku to potrafią. Bo „nie wolno”.

Jestem pewien, że nawet gdyby prawa autorskie zniknęły jutro, to nie mielibyśmy jakiejś wielkiej eksplozji procederu kopiowania, bo ten proceder jest już bardzo powszechny. Oczywiście, nasiliłby się w pewnych miejscach, gdzie obecnie z przyczyn zwiększonego zagrożenia wykryciem naruszeń trochę mniej się kopiuje i używa dzieł tymi prawami objętymi, ale nie byłoby jakieś kolosalnej eksplozji. Ba wiele rzeczy ludzie kopiują i ściągają niejako na zapas, korzystając z okazji, a nie faktycznej potrzeby.

Kopiujemy więc na potęgę i w wielu przypadkach po prostu nie zastanawiamy się dlaczego, a „przyłapani” próbujemy jakoś wyjaśnić sobie niezgodność naszych działań z faktycznym stanem prawnym oraz tym propagandowym przekazem. Stąd te wytłumaczenia, często zresztą całkiem zgodne z rzeczywistością (Metallica naprawdę nie zbiednieje).

Odnośnie poprzedniego: propaganda, wykorzystująca pojęcia typu „piractwo”, „kradzież” etc. wydaje się być mocno zakorzeniona w umysłach. A jak Pan ocenia (od strony etycznej) po prostu zwyczajne korzystanie (tak jak de facto miliony to robią – bez ścisłego oglądania się na przepisy) z dobrodziejstw mp3, pdf, torrentów, rapidshare, a także magnetowidów (póki były popularne) czy xerokopiarek? Dopuszczalne jako rodzaj obywatelskiego nieposłuszeństwa – albo po prostu normalność?

Kopiowaliśmy w przeszłości, kopiujemy obecnie i raczej to się zmieni. Bo to normalne działanie, zgodne z naturą dystrybucji idei, wiedzy, kultury, zgodne z możliwościami technologii komputerowej i telekomunikacyjnej.

Tak jak normalne było, gdy w naszym kraju prawo autorskie formalnie nie działało i nie obejmowało wielu dziedzin twórczości. Nikt wtedy nie zastanawiał się ani nad moralną stroną takiego działania (o ile założymy, że proces kopiowanie jest dobry czy zły – moim zdaniem jest on moralnie neutralny), ani też nad jego stroną prawną. Po prostu szło się do kumpla i przegrywało płytę czy kasetę na naszą kasetę przy obopólnej radości. Nagrywało się film z TV nie zastanawiając się, czy korzystamy z prawa dozwolonego użytku. Korzystało z naszej własności, z tych wszystkich coraz nowocześniejszych technicznych wynalazków, które powoli z zachodu wkraczały w naszą rzeczywistość. Nikomu przez myśl nie przeszło, że autorzy (a właściwe jakieś zaangażowane przez nich bojówki, bo jak inaczej?) powinni móc wchodzić do naszych domów i podglądać co tam robimy sobie z naszym magnetowidem, a nawet rekwirować naszą własność, a nas karać grzywnami lub więzieniem.

Dziś ilość tych ciekawych urządzeń wzrosła niepomiernie, ich możliwości i jakość także, a cyfryzacja spowodowała, że możemy robić kopie idealne. Nic dziwnego, że normalnie z nich korzystamy? Nie rozumiem dlaczego teraz powinniśmy godzić się, że ktoś będzie miał prawo ingerować w naszą prywatność, w naszą własność, w naszą komunikację? Co się zmieniło od dawnych czasów, poza postępem technicznym? Bycie twórca i autorem nie daje nam władzy nad innymi. Nawet jak sprzymierzymy się z państwowym aparatem przymusu i nadamy sobie taki prawny przywilej – dalej jest to niesłuszne.

Nie sądzę, że skala naruszeń praw autorskich jest tak duża, bo ludzie mają jakiś cel, na przykład pokazanie obywatelskiego nieposłuszeństwa. To raczej naturalne działanie, które faktycznie, ze względu na skalę, przeradza się w jakiś manifest nieposłuszeństwa. Ale gdy zaostrzymy ochronę autorskiego monopolu, możemy spodziewać się jedynie, że zwiększy się ilość naruszających (choćby poprzez ograniczenie obecnie legalnych działań w ramach dozwolonego użytku) i tylko wzrośnie niezadowolenie. Ludzie nie walną się nagle w czoło i stwierdzą, że „byliśmy przecież niedobrzy dla twórców, trzeba wziąć się w garść i wrócić na drogę cnoty, wyrzucić komputer i odciąć się od sieci”.

A propaganda propagandą. Oni mają w rękach media, więc jeszcze jakieś śladowe efekty działań propagandowych są, ale my mamy w rękach internet. Kiedyś propaganda przestanie działać.

Znam osoby, które nie ściągają płyt w mp3 (bo się nie godzi), ale codziennie przesłuchują piosenki wrzucone na youtube (oczywiście nie sprawdzając i nawet nie mając zbytniej możliwości sprawdzenia, na jakich zasadach materiały zostały tam umieszczone). Na pewnym forum spotkałem zdeklarowanego obrońcę „własności intelektualnej”, który w awatarze wykorzystywał obrazek z bajki o Kubusiu Puchatku (być może, a nawet prawdopodobnie objęty prawami autorskimi) – z czego tłumaczył się w ten sposób, że „nie było napisane, że nie wolno”.

Bo ludzie tak naprawdę nie wiedzą, jak szerokim pojęciem jest ten monopol. Pomijając dość niejasno zdefiniowane ramy dozwolonego użytku, to faktycznie „wszelkie prawa zastrzeżone”. To właściciel praw autorskich (i rzadko jest to autor, czego też wielu ludzie sobie nie uzmysławia) może decydować o wszystkim w zakresie swego dzieła i dzieł zależnych, co się z dziełem dzieje, kto i jak z niego korzysta, kto kopiuje i dystrybuuje itp. To władza, której właściciele rzeczy materialnych mogą jedynie zazdrościć.

Czy można jednak znaleźć jakiś punkt równowagi pomiędzy rekompensowaniem posiadaczom praw autorskich (bo o to w praktyce chodzi), a zachowaniem wolności, prywatności i klasycznej własności?

Mniej radykalni zwolennicy reform twierdzą, że taką równowagę da się osiągnąć, a obecnie została ona zachwiana na rzecz posiadaczy praw autorskich kosztem ogółu i kosztem coraz większej ingerencji w naszą prywatność i własność. Wiele naszych codziennych, całkiem zresztą niewinnych działań, które naprawdę nie godzą w żadne interesy, ani też nie uszczuplają niczyich przychodów, faktycznie są naruszeniami prawa, i jeśli chcemy być konsekwentni, to powinniśmy je ścigać.

Ja uważam, że system autorskiego monopolu oparty jest na wadliwych podstawach i będzie zawsze przynosił więcej problemów niż pożytku, niezależnie od ustawienia punktu równowagi. Jedyny system praw autorskich, na który byłbym w stanie się zgodzić i zaprzestać swojej infoanarchistycznej krucjaty, to odpowiednik licencji Uznanie Autorstwa Creative Commons, gdzie jedynym „prawem” autora jest prawo do bycia wymienionym jako autor dzieła przy jego dystrybucji i tworzeniu dzieł należnych. Z drugiej strony, gdyby prawa autorskie zostały sprowadzone do takiego minimum, to myślę, że nie byłyby potrzebne w ogóle – nietrudno, w dobie globalnej sieci i komunikacji, wypracować system, w którym autor mógłby „rejestrować” swoje dzieła, a następnie publicznie piętnować plagiatorów.

Czy zgodzi się więc Pan z twierdzeniem, że próba realizacji „copyrightowego zamordyzmu” we własnym życiu może prowadzić do poważnych utrudnień, kuriozów i absurdów, a już zwłaszcza, gdyby ktoś chciał nie tylko pozostawać w obrębie prawa, ale „uczciwie” wyciągać ostateczne konsekwencje (pytanie czy wtedy mógłby cokolwiek odtwarzać kolegom lub rodzinie – albo pożyczać)?

Jednak wielu zwolenników tego przywileju zupełnie sobie nie zdaje sprawy, co on faktycznie oznacza, i co działoby się, gdyby naprawdę dosłownie i w pełni zacząć egzekwować prawa autorskie (warto tutaj przytoczyć choćby tekst Stallmana „Prawo do czytania”). Jak się nad tym poważnie zastanowić, to wychodzi z tego dość ponura wizja, której na pewno nie chciałby nikt ze zwolenników WI, z powodzeniem rywalizująca z sławnymi literackimi dystopiami.

Niestety, wpływ beneficjentów obecnego systemu na tych, którzy prawo ustalają, na razie jest na tyle silny, że poćwiczą na nas trochę zamordystycznych rozwiązań. Już mamy tego przykłady: propozycje odcinania od internetu tych, których zaledwie oskarży się o naruszanie praw autorskich, coraz głośniejsze naciski na cenzurę internetu (pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, terroryzmem, czy właśnie piractwem), wymuszanie opłat po groźbą kosztownych procesów sądowych, oraz ogólnoświatowe negocjacje w kwestii zaostrzenia walki z naruszeniami praw autorskich i mocniejszą penalizację.

Ta wojna zostanie w końcu przegrania, nie mam w tej w kwestii żadnych wątpliwości – tego dżina nie da się już wepchnąć z powrotem do butelki – ale będzie trochę ofiar i trochę niedogodności. Obym się mylił w kwestii tego, co będziemy musieli przecierpieć, aż ktoś w końcu dojdzie do wniosku, że trzeba pozbyć się autorskiego monopolu.

Co odpowiada Pan ludziom, którzy zadają odwieczne pytanie: „A z czego będą żyli pisarze, programiści i muzycy…?”

Ano odpowiadam zawsze to samo – będą żyć ze swojej pracy. Jak każdy z nas. Nie będą mieli po prostu monopolistycznej renty, której egzekwowaniem zresztą muszą zajmować się funkcjonariusze państwa.

To jest zresztą bardzo częsty „argument”. Ja naprawdę nie jestem zwolennikiem odbierania autorom prawa do wynagrodzenia za pracę. Po prostu problem wynagradzania twórców, a problem monopolu praw autorskich to dwie różne sprawy. Prawa autorskie nie są konieczne, aby twórcy zarabiali na swoich dziełach. Istnienie praw autorskich przecież też nie gwarantuje, że autorzy będą żyli dostatnio ze swojego monopolu.

Tak naprawdę to twórcy bardzo rzadko żyją ze swoich dzieł. Myśląc o autorach zawsze myślimy jedynie o malutkim czubeczku ogromniej góry lodowej. A tak naprawdę, to twórców jest miliardy, bo jak stwierdza ustawa – przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór). Oczywiste jest, że przeważająca większość tych utworów nie powstaje w celach komercyjnych, nie przyniesie autorom nigdy żadnych dochodów, ani też nie powinna być w jakikolwiek sposób chroniona. Tworzenie nie jest czynnością, która automatycznie uprawnia do jakiekolwiek wynagrodzenia.

Jeśli, jako twórca, chcę za swoją pracę otrzymać wynagrodzenie, to muszę, podobnie jak każdy inny normalny pracownik, znaleźć kogoś, kto mi za tę pracę zapłaci. Kwota jest już kwestią umowy. Dlaczego pewna kategoria śmiertelników uważa, że za raz wykonaną pracę należą się im wynagrodzenia przez całe życie i 70 lat po śmierci? Czy to nie próżność? Lekarz, który nas wyleczy, nawet z poważnej i zagrożonej śmiercią choroby nie domaga się tantiem do końca naszego życia, nieprawdaż? A przyznam szczerze, efekt jego działania jest trochę bardziej przekonywujący i zmieniający życie, niż jakaś wesoła popowa piosenka.

Ja od 20 lat pracuję w ramach przedsięwzięć chronionych prawem autorskim, ale praktycznie nie pamiętam już czasów, gdy otrzymywałem tantiemy związane z eksploatacją moich dzieł – jak większość ludzi zajmujących się kreacją, pracuję za comiesięczną pensję. Oczywiście, ci którzy mi ją płacą, mają nadzieję odzyskać te pieniądze dzięki monopolowi. Jeśli monopol zniknie, to będę zatrudniał się u takich, którzy nauczą się zarabiać mimo braku monopolu, albo będę musiał zmienić zawód – takie jest życie.

Twórcy mieli i mają wiele sposobów na zarabianie na swojej twórczości – ostatecznie prawa autorskie są dość nowym wynalazkiem i ich szeroki zasięg to efekt obejmowania nimi coraz szerszych kategorii dopiero w XX wieku. A, o ile się orientuję, to dzieła powstawały także znacznie wcześniej, bez praw autorskich, i ich autorzy nierzadko nieźle żyli.

Brak prawnej ochrony dzieł miałby największy wpływ na największych beneficjentów tego systemu, czyli koncernów medialnych – wytwórni muzycznych, wytwórni filmowych, wydawnictw książkowych, itp. Dawniej byli oni niezbędnym elementem, którego twórcy potrzebowali, aby dotrzeć do odbiorców – koszt stworzenia dzieła, jego powielania i dystrybucji był zaporowy praktycznie dla każdego. Dziś, dzięki postępowi technicznemu, problemy te praktycznie znikają. Większość dzieł można stworzyć dość tanio, nierzadko w domowych warunkach, często bez uszczerbku dla jakości. Powielanie utworów nie kosztuje prawie nic – pełna cyfryzacja pozwala na rezygnację z utrwalania kopii dzieł na fizycznych nośnikach. Dotarcie do odbiorców jest łatwe jak nigdy, dzięki internetowi – dawni twórcy daliby się zabić za takie możliwości. Pośrednik zaczyna być kompletnie zbędny i nic dziwnego, że mu się to nie podoba. Stąd ten lament, że artystom dzieje się krzywda – dokładnie pod takim samym pretekstem monopoliści druku zapewnili sobie monopol praw autorskich na początku XVII wieku w Anglii, dając początek nowoczesnym prawom autorskim. Ale nigdy nie chodziło o autorów, ale o zapewnienie łatwego funkcjonowania pośrednikom.

Jest dużo materiałów poświęconych alternatywnym metodom zdobywania finansowania dzieł w obliczu braku autorskiego monopolu. Sama przewaga czasowa w wejściu na rynek będzie dostatecznym bodźcem, aby najlepsi autorzy byli finansowani przez tych, którzy chcą z takiej przewagi skorzystać. Muzycy znacznie więcej zarabiają na występach niż na sprzedaży płyt, szczególnie muzycy popularni – a nic tak nie ułatwia zdobycia popularności jak swobodne udostępnianie swojej muzyki każdemu, kto zechce jej posłuchać.

Istnieją także techniczne metody zapewnienia sobie monopolu, bez konieczności uciekania się do prawnego przymusu. Komputerowe gry online, to jeden przykład – zdecydowanie najbardziej dochodowym produktem w kategorii gier jest World of Warcraft, która to gra funkcjonowała by zupełnie identycznie w sytuacji braku monopolu praw autorskich. Konsole do gier, dobrze skonstruowane i zabezpieczone, też pozwalają producentom gier nie przejmować się problemem piractwa.

Poza tym, ludzie są kreatywni, więc z pewnością jeszcze wymyślą więcej i lepszych sposobów – tak działa wolny rynek i konkurencja. Dodatkowo, wszystkie te metody mają jedną, kolosalną zaletę – nie wymagają państwa do pilnowania ich egzekwowania. Pozostawiają tę kwestię w rękach samych zainteresowanych.

Co odrzekłby Pan osobie, która powiedziałaby coś w rodzaju: „Cóż, może i masz rację w tym temacie własności intelektualnej, ale w sumie po co się tym tyle zajmować? Przecież te wasze mp3, pdf, torrenty, rapidszery, remixy i samplingi – to wszystko przecież drobiazg przy poważnych problemach, takich jak aborcja, kara śmierci, eutanazja, zasoby wody pitnej, energia atomowa, epidemia AIDS, głód w Afryce, wojna w Iraku i tak dalej”? A może w WI skupiają się jak w soczewce daleko ważniejsze rzeczy, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało?

Warto jednak pamiętać, że WI to także patenty. W tym patenty na leki, a więc prawny monopol na produkcję substancji, która ratuje życie. Monopol, który powoduje, że umierają ludzie, którzy nie mogą pozwolić sobie na monopolistyczną cenę. To już żadne tam przelewki i głupoty, a śmiertelnie poważna sprawa.

Trzymając się jednak praw autorskich, to faktem jest, że niemożność darmowego obejrzenia filmu, posłuchania muzyki czy pogrania sobie w grę jeszcze nikogo nie zabiła, wiec może nie warto walczyć z tymi, którzy chcą pozbawić nas możliwości korzystania z takiej darmochy. Niemniej jednak, gdy działania w kwestii ochrony tego prawnego przywileju oznaczają faktycznie zamach na naszą własność, na nasze elektroniczne urządzenia i na to jak z nich korzystamy, zamach na prywatność naszych działań i komunikacji, na cenzurę wypowiedzi pod pretekstem walki z piractwem, na dotkliwe kary finansowe czy nawet pozbawienia wolności za naruszenia, to mamy chyba do czynienia z całkiem poważnymi sprawami.

W swojej działalności koncentruję się na kwestiach wolnościowych, bardzo mocno na prawie do posiadania broni i na kwestiach praw autorskich. Pozostałe kwestie zostawiam innym, bo przecież nie mogę i nie potrafię zajmować się wszystkim. Nie łudzę się, że naprawię świat, ale przynajmniej próbuję wpłynąć na poglądy innych w tych kwestiach. Zawsze to coś.