Artyści powinni być wynagradzani za swą pracę

Bardzo dobry tekst ze strony QuestionCopyright.org

Następujące zdanie pojawia się w wielu dyskusjach dotyczących praw autorskich: „Artyści powinni być wynagradzani za swą Sztukę”. Zakłada się, że a) Artyści posiadają przyrodzone prawo do pieniężnego wynagrodzenia z swoją Sztukę, oraz że b) prawa autorskie zapewniają to wynagrodzenie.

Kwestionuję oba te założenia.

Oczywiście, ludzie zazwyczaj mówią: „Artyści powinni być wynagradzani za swą Pracę”. Poniżej postaram się wykazać różnicę pomiędzy Sztuką, a Pracą, bo mylenie jednego z drugim jest głównym problemem.

Zgadzam się, że artystom należy się zapłata ZA ICH PRACĘ.

Praca to wykonywanie czynności za pieniądze. Pracodawca i pracownik negocjują stawkę, praca zostaje wykonana i pracownik otrzymuje zapłatę. Wielu artystów jest pracownikami: są kelnerami, kierowcami, sprzedawcami. Powinni otrzymywać zapłatę za swą pracę i otrzymują ją, gdyż właśnie dlatego pracują. Niektórzy artyści wykonują za pieniądze pracę zgodną ze swoimi kwalifikacjami. Taki rodzaj wstępnie negocjowanej pracy nazywa się pracą na zlecenie. Zlecona praca zostaje wykonana i artysta otrzymuje wynagrodzenie, gdyż właśnie dlatego podejmuje się pracy na zlecenie.

Ale artyści nie mają przyrodzonego prawa do pieniężnego wynagrodzenia ZA ICH SZUKĘ.

Sztuka to dar. Artysta tworzy Sztukę (nie należy tego mylić z pracą zgodną z kwalifikacjami) z własnej inicjatywy. Artysta „pracuje”, aby służyć swojej wizji, swojej Muzie, Sztuce samej w sobie. To Muza jest dla Artysty pracodawcą. Dyskusyjną kwestią jest, czy Artysta może negocjować z Muzą przed podjęciem się zadania – ja często próbuję – ale warunki, jak w przypadku większości prac, raczej wynikają z konieczności. Tak jak ekonomiczna konieczność zmusza wielu pracowników do ciężkiej pracy za marne wynagrodzenie na warunkach pracodawcy, tak cierpienie zmusza Artystów do pracy na warunkach Muzy. Ale w przeciwieństwie korporacji czy ludzkich pracodawców, Muza ma zawsze na względzie najlepsze interesy artysty. Zawsze wolę służyć Muzie niż pracodawcy, ale Muza nie ustala pieniężnej zapłaty. Pieniężne wynagrodzenie nigdy nie jest częścią tego układu.

Muza „płaci” mi Życiem. Mówi „Zrób to, a będziesz Żyć. Odrzuć ofertę, a co najwyżej będziesz wegetować”. Mam wybór: mogę tworzyć Sztukę lub nie. Przyjmuję warunki Muzy. Wykonuję pracę i otrzymuję „zapłatę”: Życie.

SZTUKĘ negocjuje się z MUZĄ. „Zapłatą” jest ŻYCIE.
PRACĘ negocjuje się z PRACODAWCĄ. Zapłatą są PIENIĄDZE.

Jeśli artyści chcą być wynagradzani pieniędzmi, to powinni wynegegocjować wynagrodzenie zanim podejmą się wykonania pracy. To jest właściwy warunek otrzymania zapłaty. Albo mogą stworzyć dzieło bez wcześniejszego ustalenia zapłaty, jednocześnie nie żądając jej po fakcie. To też jest w porządku. Domaganie się zapłaty po dobrowolnym wykonaniu pracy na własnych warunkach – to już jest wymuszenie.

Popatrzmy na człowieka myjącego szyby samochodom na skrzyżowaniu. Nieproszony przeciera szyby, a potem domaga się zapłaty. Wykonał pracę, więc czy nie „należy mu się wynagrodzenie”? Większość z nas stwierdziłaby, że nie – bo jeśli chcielibyśmy mieć umyte szyby, to najpierw wynegocjowaliśmy warunki tej usługi.

Jeśli decyduję się siedzieć za biurkiem, odbierać telefony, wymyślać pokrętne plany biznesowe i kłamać, czy ZASŁUGUJĘ, aby wynagradzano mnie jak prezesów banków? Nie. Praca prezesa banku jest wcześnie negocjowana. Dostaje miliony wynagrodzenia i premii, bo taka była umowa ZANIM zasiadł za biurkiem i wykonał swą robotę.

Czy prezes banku zasługuje na takie wynagrodzenie? Cóż, wielu ludzi zaczyna to ostatnio kwestionować. Aż dziw bierze, że trzeba było do tego wielkiego krachu finansowego, ale przynajmniej ludzie zaczynają się zastanawiać.

Mamy olbrzymi kryzys artystyczny od dziesięcioleci, więc może ludzie już przestali zastanawiać się, czy topowe 0,5% artystów zasługuje na swoje wynagrodzenia. Czy jeśli zaśpiewam i poskaczę po scenie, to należy mi się 110 milionów dolarów rocznie? A to jest to samo, co robi Madonna, i tyle właśnie za to dostaje. Ale Madonna załatwiła sobie to wynagrodzenie z góry, zanim zaśpiewała i poskakała, i wykonała to jako pracę.

Jeśli artyści zasługują na wynagrodzenie, to na ile dokładnie zasługują? Czyż sztuka nie jest bezcenna? Jak ustala się, co ile jest warte?

Moglibyśmy pozwolić ustalić to rynkowi. To mogłoby zadziałać, GDYBYŚMY POZBYLI SIĘ MONOPOLI. Wolny Rynek działa jedynie w przypadku braku monopoli. Monopol informacyjny praw autorskich niszczy taki system. Jestem za tym, aby zadziałał Wolny Rynek, ale może on działać jedynie bez praw autorskich.

Tak naprawdę, Madonna nie jest wynagradzana jako artystka, czerpie zyski ze swego informacyjnego monopolu, czyli praw autorskich, które ograniczają jej Sztukę. Jeśli Madonna jest dla ciebie modelem, to nie popierasz artystów, a popierasz monopolistów. Jeśli twój mechanizm „wynagradzania” artystów wymaga, aby zostali monopolistami, a potem, jak to monopoliści, rozrastali się i rozbudowywali swoje monopole, to jesteś orędownikiem monopoli, a nie Sztuki.

Sztuka to nie towar, to jest dar. Jeśli chcesz produkować towary, negocjuj ich cenę z góry. Sztuka tworzona jest z inicjatywy artysty. W przeciwnym razie, to jedynie praca zlecona, która w oczywisty sposób i tak wynagradza pracownika. Ale zazwyczaj zleceniodawca to korporacja albo grupa inwestycyjna, która spodziewa się monopolistycznych przychodów ze swej inwestycji. Dlatego też popieranie praw autorskich to przysługa na rzecz utrzymania oligarchii, której elity są jednocześnie głównymi patronami współczesnej sztuki. To jak wspieranie monarchii, bo królowe i królowie są patronami artystów.

Może trudno to zaakceptować, ale wielu artystów, którzy twierdzą, że chcą jedynie jeść i mieć gdzie mieszkać, kłamie (być może okłamują i siebie). Większość artystów nie chce jedynie zarobić na życie – chcą wygrać na loterii. Zasugeruj większości filmowców czy muzyków, że „sukces” to jakieś 75 tysięcy dolarów rocznie, a od razu zaczną kręcić nosem. To nazywasz wygraną? Przecież im chodzi wyłącznie o grube miliony, kochanie. Jeśli oznacza to, że muszą pracować w innym zawodzie i pozostawać nieznanymi, to niech tak będzie. Miliony muszą klepać biedę, aby jeden został bogaty. Godzą się na spędzenie pewnego czasu jako biedacy, aby jednego dnia zostać bogaczami na koszt innych. Myślą, że nadejdzie ich czas.

Radzę im zagrać w kompletnie inną grę, gdyż loteria to podatek od tych, którzy są słabi w liczeniu. Ale ten rodzaj artystów woli bardziej grać na loterii niż sprawić, aby ich sztuka dotarła do ludzi.

Nie chcę tu sugerować, że wszyscy artyści mają takie podejście. Są także tacy, którzy zadowolą się jedynie zarobkiem na życie, co jest dobre, gdyż jest rozsądnym oczekiwaniem nawet w przypadku bardzo utalentowanego artysty. Problem w tym, że dyskusja o prawach autorskich zdominowana jest przez podejście loteryjne, co oznacza, że gdy ludzie mówią „Artyści powinni być wynagradzani za swą pracę”, to naprawdę oznacza to, że „Sztuka powinna być objęta monopolem, aby niektórzy Artyści mieli malutką szanse na zostanie kiedyś bogaczami”.

Najlepszy sposobem, aby sztuka „konkurowała” na „wolnym rynku” jest swobodny jej przepływ. Internet sprawia, że artysta może bardzo łatwo przedstawić swoje prace publiczności. Sprawia także, że publiczność może łatwo odwdzięczyć się za ten dar. Dawanie jest całkiem odmienne od płacenia czy ulegania wymuszeniu. Pieniądze ofiarowane różnią się od pieniędzy wymuszonych. To jest dobrowolna, swobodna transakcja.

Nie każdemu spodoba się każde dzieło sztuki. Nie chcę, aby ludzie, którym dzieło się nie spodobało, byli zobligowani do zapłaty za nie. Pewne dzieła, które mnie urażają, wzbudzają odrazę, czy nudzą, nie zachęcają mnie do wynagradzanie ich twórców. Ale dzieła, które mnie poruszają i inspirują, jednocześnie zachęcają mnie do wspierania ich autorów. Jestem poruszona przez uczucia Artysty i chcę zaoferować coś w zamian. Pieniądze to rozwiązanie oczywiste: Artysta może z pewnością z nich skorzystać. Ale nie zawsze jest to właściwy wybór. Wiele utworów Beatlesów mnie porusza, ale nie zachęca mnie to wysłania czeku Paulowi McCartneyowi. Nie potrzeba mu pieniędzy (nie wspominając, że jest prominentnym monopolistą). Jednak pieniądze są prawie zawsze właściwym darem dla nie-bogatego (czytaj: typowego) artysty. Zostaną docenione, a jednocześnie nie są zbyt osobiste, aby były krępujące czy stresujące.

Internet sprawia, że fanom jest łatwo wysyłać artystom pieniądze.

To naprawdę proste. Sztuka konkuruje ze sztuką jedynie na podstawie jakości. Internet pozwala na rozprzestrzenianie jej, docieranie to tylu odbiorców ilu to możliwe. Ci, którym się spodoba, mają do dyspozycji prosty mechanizm odwdzięczenia się Artyście, jeśli poczują potrzebę. Nie każdy poczuje potrzebę, ani nie każdy musi. Nie każdemu musi się wszystko podobać. Nie wszystko może nas poruszyć.

Podsumowując:

Artyści NIE posiadają przyrodzonego prawo do pieniężnego wynagrodzenia z swoją Sztukę. Choć my, jako społeczeństwo, możemy zadecydować, że chcemy wspierać Sztukę. Problem w tym, że 95% Sztuki jest do kitu. Większość z nas nie chce wspierać artystów, którzy są do kitu, ani nie chce pozwalać rządowym komisjom decydować, co jest warte wspierania, a co nie. Nie przyznany mi grant NYSCA i towarzyszące temu komentarze nauczyły mnie, aby już nigdy nie ufać rządowym agencjom do spraw sztuki. Chętnie przyjmę od nich pieniądze, ale dobrze zdaję sobie sprawę, że nie są oni dostatecznie kompetentni, aby oddzielać ziarno od plew.

Najlepszy sposobem, w jaki społeczeństwo może wspierać Sztukę, jest pozwolenie, aby Sztuka swobodnie się rozprzestrzeniała, oraz zachęcanie, aby przekazywać pieniądze bezpośrednio artystom. Co i tak wydaje się najbardziej naturalnym sposobem dla wielu ludzi, a dodatkowo nie narusza wolności innych.

Autorka powyższego tekstu – Nina Paley – już wstąpiła raz na moim blogu.

Polemika

Udzieliłem wywiadu dla eCzas.net, a z tym wywiadem pozwolił sobie popolemizować Andrzej Pilipiuk. Postanowiłem teraz przedstawić moją odpowiedź. Trochę czasu zajęło mi zabranie się za tę polemikę, bo nie jestem pisarzem i moja praca, niestety, oznacza codzienne, kilkunastogodzinne siedzenie przed komputerem, że o takich przyjemnościach jak wizyta w bibliotece nie wspomnę.

Jestem pisarzem – jednym z nielicznych w kraju “zawodowym” – tzn. żyję tylko z pisania książek. (a realia są takie, że muszę opublikować 2-3 rocznie żeby związać koniec z końcem). I mam w związku z tym głupie pytanie: z czego bym żył i utrzymywał rodzinę gdyby zgodnie z głoszonymi postulatami zniesiono prawo autorskie?

I to jest istotna deklaracja, bo od razu wyjaśnia, o co chodzi w tym sporze. Nie będziemy się spierać o takie kwestie, jak konflikt pomiędzy własnością tradycyjną, a intelektualną, o sztucznej „rzadkości” idei, o kulturę „read-write” i temu podobne górnolotne sprawy. Bo pisarzowi chodzi o tzw. konkret, czyli kto zapewni, że będzie zawsze zarabiał tak, jak to robił do tej pory. W tym kontekście dziwi mnie, że zarzuca mi bolszewizm, skoro pierwszym jego argumentem przeciw moim jest postulat, pod którym może śmiało się podpisać dowolny robotnik upadającej fabryki państwowej czy PGRu. Nie jest istotne, czy reguły, które zapewniały mi dotychczas utrzymanie są słuszne, ważne, abym miał z czego żyć.

Okay, to jest argumentacja bardzo często stosowana, ale naprawdę trudno mi przyjąć, że automatycznie daje ona temu, kto ją stosuje jakąś moralną wyższość w tym sporze, co zdaje się sugerować mój przeciwnik.

Tak, jak wynalazek druku pozbawił zajęcia mnichów przepisujących księgi, a samochód był ciosem w woźniców, tak zmiany technologiczne, których wciąż doświadczamy, nieuchronnie pozbawiają ludzi zajęcia zmuszając ich do znalezienia sobie innego sposobu zarobkowania. Tak było, jest i będzie i nie rozumiem dlaczego miałoby się to zmienić teraz, akurat dla twórców. Zachodzące zmiany technologiczne wskazują, że pojęcie „własności” intelektualnej i tak przestanie mieć sens. Jestem przekonany, że nic nie będzie można w tej sprawie zrobić i czym wcześniej twórcy sobie to uświadomią, tym łatwiej będzie im rozkwitać w nowych warunkach. Ja wręcz działam w ich dobrze pojętym interesie, choć z dużym wyprzedzeniem.

I pytanie drugie: zakładając, że znalazłbym inne źródła utrzymania, co motywowałoby mnie (oraz innych autorów) do dalszego pisania książek o ile w ogóle znalazłbym na to czas, tak pisanie książek wymaga czasu. To nie tylko siedzenie przed kopem i wklepywanie znaczków. Czasem trzeba odwiedzić bibliotekę archiwum, odbyć wizję lokalną etc.

Niezmiernie to wzruszające, ale naprawdę trudno to uznać za szczególnie ciężką pracę, wymagającą specjalnego traktowania. Na dodatek argument „motywacyjny” chyba całkiem nieźle został obalony przez Ebena Moglena w tekście „Anarchizm triumfujący: wolne oprogramowanie i śmierć praw autorskich„. Przypominam, że motywacja płynąca z monopolu zapewnianego przez prawa autorskie jest wynalazkiem dość nowym – utwory literackie obejmuje dopiero od 18. wieku, a inne formy twórczości w większości pojawiły się w zakresie działania tego prawa dopiero w wieku 20. I zawsze to twórczość wyprzedzała stosowną legislację, co jest jasnym przykładem tego, że motywacja wynikająca z faktu prawnej ochrony nie jest zawsze potrzebna.

Uważam, że infoanarchizm to po prostu nowa odmiana “starego dobrego” marksizmu. Taki trochę upudrowany i poperfumowany trup. Bo, do czego się tak naprawdę sprowadza? Do pozbawienia człowieka materialnych efektów jego pracy. Do brutalnego ograbienia jednostki przez niedefiniowalny “ogół”. W dodatku p. Miąsik nie sili się nawet na wymyślenie “gwarancji” ani “zabezpieczeń” – czyli ogół mnie grabi kompletnie za darmo, nie fundując mi nawet emerytury, że o stypendiach twórczych nie wspomnę.

Czegoś podobnego nie wymyśliła nawet pratrockistowska cywilizacja Inków – tam za swoją pracę dostawałeś przynajmniej łachy na grzbiet, miskę kukurydzy i szopę do spania. Czegoś podobnego nie wymyślili nawet narodowi socjaliści w gettach i obozach koncentracyjnych – tam za pracę był pasiak, prycza w baraku i czasem i miska wodnistej zupy.

Może gdzieś w wywiadzie nie wyraziłem się dostatecznie jasno – ja wcale nie postuluję odbieranie nikomu prawa do należnego wynagrodzenia za pracę. Przypominam, że Wiliam Szekspir był wynagradzany za swą pracę, a za jego czasów nie istniały pojęcia ani praw autorskich, ani też własności intelektualnej. Jak widać, nie są one potrzebne do zapewniania wynagrodzenia za pracę, bo do tego wystarczy tylko ktoś, kto zechce to wynagrodzenia zapłacić.

Uważam, że za pracę należy się płaca, oczywiście za pracę pożyteczną, która komuś posłuży. Ale skoro lekarzowi za „naprawę” naszego zdrowia płacimy raz niezależnie jak długo potem tym zdrowiem się cieszymy, nie widzę powodu, dla którego beneficjentom praw autorskich trzeba płacić zawsze, gdy w jakiś sposób obcujemy z efektami ich pracy. Oczywiście, nie zawsze tak jest, ale to jest kierunek, w którym nieuchronnie zmierza cały ten system. Na razie płacimy przy okazji dokonywania adaptacji danego dzieła – np. przy użyciu muzyki w filmie, przy adaptacji książki na film, przy zmianie sposobu dostarczenia danego dzieła (kaseta wideo, DVD, internet). Ale wiadomo, że marzeniem medialnych karteli jest doprowadzenie do sytuacji „pay per view”, gdy będziemy płacić zawsze i za każdym razem (patrz DRM).

Chcę, aby twórcy otrzymywali wynagrodzenie za pracę. Nie chcę, aby to wynagrodzenie zapewniał im państwowy aparat policyjny zamykający do więzień młodych ludzi, którzy traktują komputery i sieci jak coś normalnego, używając ich do przesyłania bitów, przekształcania ich wedle własnego uznania i dzielących się tym wszystkim z innymi. Uważam to zbyt wygórowaną cenę bezpieczeństwa socjalnego twórców.

Kiedyś kontrola i egzekwowanie praw autorskich było łatwiejsze, bo dotyczyły one praktycznie tylko przedsiębiorców – najpierw drukarzy, potem dodatkowo przedstawicieli rynku muzycznego czy telewizyjnego. Obecnie taka kontrola z konieczności obejmuje miliony ludzi, ponieważ każdy z nas posiada kilka czy kilkanaście urządzeń, które mogą być używane do naruszania praw autorskich, z komputerem osobistym i internetem na czele. I każdy z nas narusza te prawa autorskie codziennie, często zupełnie nieświadomie. A to dlatego, że stoją one w jawnej sprzeczności z naturalnym staniem rzeczy. W świecie cyfrowych bitów, nie można nad nimi zapanować, jak dawniej panowało się nad cechem drukarzy. Idee z 18. wieku nie dają rady w wieku 21.

Może to pana Miąsika zszokuje, ale praca twórcza nie różni się specjalnie od pracy w fabryce. Żeby powstała książka trzeba posiedzieć kilkadziesiąt – kilkaset godzin i wyklepać na klawiaturze te 500-700 tyś znaków. O wymyśleniu treści etc. nie wspominam.

Ja doskonale wiem na czym polega praca twórcy, wszakże zajmuję się tworzeniem gier komputerowych i to dłużej niż pan Pilipiuk pisarstwem. Przez te kilkanaście lat nawymyślałem się sporo, a o klepaniu w klawiaturę nawet szkoda gadać. Być może pana Pilipiuka zaszokuje wiadomość, że są ludzie, którzy zrzekają się ochrony praw autorskich, a mimo to żyją lepiej niż większość z nas. Ba, są nawet pisarze science-fiction (Cory Doctorow czy Charles Stross), czyli zawodowa grupa, która powinna być panu Pilipiukowi bardzo bliska, którzy udostępniają swoje wybrane dzieła każdemu za darmo, a mimo tego wciąż całkiem nieźle sprzedają swe książki i mają z czego żyć? To jak jest z tą socjalną koniecznością i motywacją?

Skoro pan Miąsik uważa, że nie jest to praca warta wynagrodzenia może niech zaproponuje np. górnikowi żeby wydobyty przez niego węgiel też przekazać bezpłatnie ogółowi? Albo niech zabiera swojemu kotu upolowane myszy i robi z nich dekoracje uliczne ku radości współobywateli.

Tak, jak górnik nie może kontrolować tego, co się dzieje z wydobytym węglem i decydować, kto i jak dany węgiel sobie zużyje, tak chciałbym, aby twórca w momencie podzielenia się ze światem swoim dziełem, nie mógł już kontrolować, co się z tym dziełem dzieje. I to nie dlatego, że chcę twórcom szczególnie dokuczyć, ale dlatego że jest to po prostu niemożliwe. Przynajmniej bez uczynienia nas wszystkich niewolnikami wszystkich twórców (a w świetle konwencji berneńskiej każdy może zostać twórcą i naszym panem) i totalnej inwigilacji. Jeśli jest to wizja świata miła panu Pilipiukowi, to kto tu jest bolszewikiem?

Do kogo trafiają takie idee? naturalnym ich odbiorcą jest lumperka (socjalizm zawsze opierał się na lumpach). młodzi ludzie o dwu lewych łapkach, którzy nie są w stanie samodzielnie zarobić na płytę z grą lub filmem. Co niepokojące idee te podchwytują też zwolennicy partii prawicowych – a więc ludzie, którzy etos pracy oraz świadomość związku między pracą a bogactwem (i posiadaniem dóbr), powinni mieć we krwi. Czyżby i UPR toczył rak socjalistycznej lumperki!?

Jest dla mnie głęboko szokujące (oraz niepokojące), że redakcje czasopism i witryn, prokapitalistycznych nie dostrzegają, iż stały się one tubą propagandową czystej wody bolszewizmu. Kiepsko tam u was Panowie z formacją intelektualną i moralną dziennikarzy…

O ile do tej pory nie było w zasadzie merytorycznej argumentacji za prawami autorskimi, poza utylitarystycznym argumentem o motywacji i socjalistycznym o zapewnieniu utrzymania, to w tym momencie pan Pilipiuk zdecydował się sięgnąć po czysto erystyczne zagranie i pyknąć argument przez zastraszanie. Jeśli zgadzasz się z poglądami Miąsika, to jesteś lumpem o dwóch lewych łapkach, pozbawionym etosu i niegodnym miana prawicowca i prokapitalisty. Czyli jesteś niegodzien pojawiania się w porządnym, prawicowym towarzystwie, więc lepiej przywołaj się natychmiast do porządku! Może to efektowny chwyt erystyczny, ale argument żaden.

Jestem pewien, że moglibyśmy sobie poważnie podyskutować z panem Pilipiukiem na temat praw autorskich w wieku cyfrowych technologii, szczególnie przy dobrym trunku. Być może bym go nie przekonał, ale z pewnością polemika poruszyłaby znacznie ważniejsze kwestie niż socjalne problemy twórców. Ale to wymagałoby trunku, miejsca i chęci do oderwania się od spraw przyziemnych. Może kiedyś…

Kończąc ten tekst, chciałbym dodać, że szanuję pana Pilipiuka jako pisarza. Wszystkie dotychczas przeczytane jego książki kupiłem, często tuż po ukazaniu się ich drukiem, bo jestem fanem jego twórczości i polecam ją każdemu. A przecież mogłem je „ukraść”, bo przecież nie miałbym z tego powodu wyrzutów sumienia. To tylko pokazuje, że można wciąż zarabiać na książkach bez konieczności uciekania się do przemocy prawa autorskiego.