Idź na wybory!

Mamy ciszę wyborczą. Muszę skapitulować, czyli ocenzurować się sam, gdyż nie mam na zapłatę grzywny od 5 tysi w górę. Tyle w kwestii wolności słowa w ten weekend. Ale podobno można agitować za pójściem na wybory, więc oto moja, mam nadzieję, że legalna, agitka.

Jeśli chcesz pozostać nowoczesny i cool, idź na wybory i potwierdź swoją przynależność do młodych, wykształconych z wielkich miast. Jeśli jesteś stateczny i konserwatywny, pokaż, że za nic ci wyzwiska od moherów i ciemnogrodzian i idź zagłosować. Jeśli podoba ci się, że ktoś obiecuje ci, że będziesz piękny, zdrowy i umiarkowanie bogaty, a wszystko „za darmo”, to jutro jest twój dzień i nie zmarnuj go. Jeśli lubisz być ofiarą manipulacji specjalistów od wizerunków, nie lubisz kościoła i myślisz, że naprawdę masz wybór, jutro także znajdziesz coś dla siebie, wiec idź. Jeśli lubisz marnować swój głos na tych, którzy nie mają szansy, choć może i dobrze mówią, to koniecznie oddaj jutro głos, choćby tam, gdzie to możliwe, bo tym razem postanowiono utrudnić marnowanie głosów.

Ale tak naprawdę, to idź jutro i koniecznie oddaj głos, aby poprzeć tych, którzy chcą przekupić cię twoimi własnymi pieniędzmi. Idź więc na wybory, zadecyduj i wybierz pana, który będzie cię dalej niewolił.

Ktokolwiek wygra… my przegramy

Tytuł tego wpisu to slogan reklamowy (tagline) firmy Obcy kontra Predator i idealnie oddaje mój stosunek do aktualnej polityki w naszym kraju oraz mojego stosunku do niej. Chyba oddaje także stosunek wielu wolnościowców, którym zarzuca się bierność i obojętność w zakresie uczestnictwa w wyborach.

Aktualny polski pejzaż polityczny w idealny sposób pasuje do powyższego hasła. Nie ma zupełnie znaczenia, która z wiodących partii wygra wyborczy wyścig i zdobędzie największe poparcie wśród tych, którym jeszcze chce się brać udział w tej zabawie. Nie ma znaczenia, czy będzie to „obciachowy” PiS, czy „cool” PO, czy aparatczykowie z SLD ubrani w drogie garnitury, czy kuci na cztery nogi „chłopi” z PSL pod wodzą blaszanego drwala.

W każdym wypadku przegramy my, ponieważ każda z tych opcji jest taka sama, każda z nich zakłada, że celem państwa jest zabieranie jednym, a dawaniem innym. Zmieniają się odrobinę grupy docelowe tej redystrybucji, ale źródło pozostaje zawsze to samo – my, przegrani. Nie ma znaczenie, na kogo z nich zagłosujemy, bo nie ma wśród nich „mniejszego zła”. Nikt z nich nie zwiększy nam wolności osobistej, ani też nie zwiększy naszej wolności ekonomicznej – bo nie jest to w ich interesie. Opowiadanie się po którejkolwiek ze stron to jedynie próba racjonalizacji naszego postępowania, wyjaśniania sobie dlaczego właściwie godzimy się na to, aby być ich niewolnikami.

Tak, przez pół roku wykonujemy pracę, za którą nie pobieramy żadnego wynagrodzenia, a jego całość przechodzi w ręce naszych „panów”, którzy potem po uważaniu porozdzielają ją innym, zmarnują i, oczywiście, część zachowają dla siebie. Niczym nie różni się to od sytuacji, w której ktoś jasno mówi – w tym kraju nie ma żadnych podatków, wszystko, co zarobicie, zostaje u was, ale… przez pół roku będziecie czyimiś niewolnikami i wszystko, co wypracujecie, zostanie w rękach waszych właścicieli. Nie wątpię, że nie znalazło by się wielu chętnych na taką „umowę społeczną”, ale jak zostało to nam podane w bardziej zawoalowany sposób, to jesteśmy szczęśliwi, że możemy wybrać sobie pana, z nadzieją, że będzie z niego „ludzki pan”.

Nie zamierzam brać udziału w wyborze lepszego pana. Chcę zniesienia niewolnictwa, a udział w wyborach nie przybliża mnie do tego celu. Nie wiem jak zniesiemy to niewolnictwo, ale nie wydaje mi się, że będzie to przy urnach.

Szczery demokrata

Zastanawiając się nad hasłem w kampanii wyborczej najbardziej skłania się do: „Wybierzcie mnie, by mi było dobrze”. — A że jestem chrześcijaninem, to podzielę się z innymi — deklaruje. Mówi, że kampania do PE będzie bardzo dziwna, bo nie ma nawet wyborcom co obiecać. — Nawet nakłamać nie ma co — ubolewa.

Tak szczerze o wyborach do Parlamentu Europejskiego mówi komuch z moich rodzinnych stron, teraz pełną gębą lewicowy demokrata Krzysztof Martens.