Dlaczego „własność intelektualna” nie jest prawdziwą własnością

Wykład wideo Stephana Kinselli “Why ‘Intellectual Property’ is not Genuine Property”:

Dla tych mniej biegłych w rozumieniu angielskiego, tutaj znajduje się transkrypt wykładu. Ja zacytuję przetłumaczone podsumowanie:

Musimy uznać, jako zwolennicy libertarianizmu, jako pryncypialni orędownicy wolności, nauki, ludzkiej wiedzy, informacji, konkurencji na wolnym rynku, sprawiedliwości i prywatnych praw własności, że patenty i prawa autorskie są całkowicie, w 100%, sprzeczne z celem praw własności. Podkopują prawa własności. Zakłócają rozwój nauki i zakłócają proces zdobywania wiedzy oraz swobodę wyrażania swoich opinii. Nauka, wiedza i własność są zaprojektowane tak, aby przezwyciężać problemy niedostatków i pozwalać na osiągnięcie dobrobytu. Popieranie więc czegoś coś, co to podkopuje, jest jednocześnie przeciwstawianiem się dobrobytowi, wolności, wiedzy i ideom. Rzekłbym – nie naprawiajmy, ale pozbądźmy się ich [patentów i praw autorskich].

„Zawiasy” za tor motocrossowy

Ciekawa historia. Jakiś „arogant” zbudował na swojej własności tor motocrossowy. Dzielna policja i prokuratura złapała bandytę i doprowadziła przed obliczę sprawiedliwości. I dostał 10 miesięcy w zawiasach.

A dlaczego? Ano dlatego, że choć własność jego, to jednak nie do końca jego, bo leży na terenie Chęcińsko-Kieleckiego Parku Krajobrazowego. A bandyta dopuścił się zbrodni „zmiany naturalnego ukształtowania terenu w wyniku prac ziemnych”. Do tego utwardził, nasypał i ustawił opony. Według „ekspertów”, znaczy w jednoznacznej opinii biegłych, dokonał trudnodwracalnych zmian krajobrazu, z którymi przyroda nie poradzi sobie nawet przez kilkaset lat. Ja tam nie wiem, wydaje mi się, że po 50 latach pozostawienia tego terenu samemu sobie, trudno będzie go w ogólne znaleźć. Przyroda nie z takimi rzeczami sobie daje radę. No, ale jaki ze mnie ekspert?

Przyznaję, że motocykliści rzeczywiście mogli naprzykrzać się mieszkańcom wsi, bo to hałaśliwe bestie, ale to jest raczej sprawa pomiędzy mieszkańcami, motocyklistami i właścicielem terenu. Nic tutaj nie ma do roboty prokurator.

Zdaje się jednak, że główną obrazą było nie to, że tor powstał na terenie parku, ale fakt, że odbyło się to z pominięciem rozmaitych obwarowań administracyjnych. Gdyby urzędnicza pycha (a może i kieszeń) została odpowiednio zaspokojona, to nie byłoby sprawy i pewnie nawet nikt skargami mieszkańców by się nie przejął, bo przecież byłoby już urzędowo. A co gorsza, oskarżony nie okazał należytej skruchy i w oczekiwaniu na prawomocny wyrok, wciąż pozwalał na korzystanie z toru.