Zachciało się anonimowości?

Wolnościowcy są zwolennikami pełnej swobody wypowiedzi, w zakresie, który nie mieści się „normalnemu” człowiekowi w głowie. A co za tym idzie, sprzeciwiamy się wszelkim formom cenzury i cenimy sobie nowoczesne środki techniczne, które cenzurze przeciwdziałają. Nie zawsze cenzura oznacza kontrolę jakichś publikacji – bardzo często skutecznym elementem cenzorskiego zapobiegania rozpowszechniania informacji jest szykanowanie tych, którzy próbują głosić opinie, poglądy, czy publikować informacje, które nie podobają się rozmaitym zamordystom. Jedynym sposobem na uniknięcie tych dotkliwych konsekwencji jest zapewnienie sobie możliwości anonimowego dostępu do platform, na których takie rzeczy się publikuje. Ba, totalitarne reżimy każą przecież nie tylko tych, którzy takie informacje rozpowszechniają, ale także tych, którzy je czytają – zamordyzmu nigdy nie za wiele.

Oczywiście od pewnego czasu próbuje się na wszelkie sposoby nałożyć kaganiec na internet, na informacje w nim umieszczane i krążące. Cenzurą zajmują się państwa, więc czasem udaje im się, dzięki przewadze sił i środków, coś tam przyblokować, ale też znacznie mniejszym wysiłkiem udaje się te blokady przełamywać. Jedną z metod zapobiegania szykanom jest zapewnienie sobie anonimowości przy publikacji i pobieraniu interesującej nas informacji.

Dość popularnym sposobem na zachowanie anonimowości w sieci jest sieć TOR. Z grubsza polega ona na tym, że nasz dostęp do określonego miejsca w sieci (serwisu WWW) odbywa się nie bezpośrednio, jak w przypadku normalnego surfowania w sieci, ale za pośrednictwem sieci specjalnych serwerów proxy, które w naszym imieniu dokonują połączeń z wybranymi serwisami. Nasza przeglądarka zamiast łączyć się bezpośrednio z docelowym serwerem i przedstawiając się naszym adresem IP, po którym można nas zidentyfikować, wysyła stosowne zapytanie do odpowiedniego węzła sieci TOR, a potem to zapytanie przekazywane jest poprzez sieć pozostałych węzłów TOR (przekaźników) do serwera docelowego. Transmisja pomiędzy węzłem wejściowym sieci TOR i pozostałymi przekaźnikami jest szyfrowana, więc nie można na bazie analizy ruchu wychodzącego z naszego komputera oraz pomiędzy węzłami dowiedzieć się, z jakimi stronami się łączymy. Ostatni węzeł sieci TOR jest zwany wyjściowym i właśnie on łączy się z serwerem docelowym. Węzły TOR wiedzą jedynie jak połączyć się z najbliższymi sąsiadami w drodze pakietów i nie można na podstawie ich analizy odkryć źródła informacji. Oczywiście sieć TOR to tylko jeden z wielu mechanizmów, które należy stosować, aby zapewnić sobie anonimowość i bezpieczeństwo, ale to temat na osobną pogadankę.

Sieć TOR opiera się na współpracy woluntariuszy, którzy przeznaczają wolne moce swoich komputerów i pasmo sieciowe na przekazywanie ruchu w sieci TOR. Ich komputery mogą zajmować się przekazywaniem danych, albo być węzłami końcowymi (wychodzącymi) sieci. I tutaj zaczyna się igranie z ogniem.

Dla policji (ogólnie tak nazywając te służby) przestępstwa internetowe popełniają głównie adresy IP. O ile w przypadku przestępstw normalnych, należy znaleźć, albo wskazać sprawcę, to w przypadku wielu przestępstw w sieci: rozpowszechniania pornografii dziecięcej, piractwa, głoszenia niewygodnych poglądów proces ten rozpoczyna się od uzyskania adresu IP, którego użyto do dostępu do nielegalnego zasobu. Z jakiegoś powodu policja uznaje, że adres IP jest czymś na kształt materiału DNA, a już przynajmniej odcisków palców i na tej podstawie dokonuje aresztowań, albo przynajmniej konfiskaty sprzętu w nadziei znalezienia na nim obciążających materiałów. A adres IP to jedynie ciąg liczb, bardzo często losowo przypisywanych do komputerów łączących się do sieci. Jego znajomość musi być często łączona z innymi danymi, aby zidentyfikować klienta dostawcy internetu, a i to wcale nie oznacza, że identyfikacja jest pozytywna, bo istnieją mechanizmy podszywania się pod czyjeś adresy IP, a i sam proces identyfikacji bywa zawodny (w pewnym eksperymencie po numerze IP jako przestępców na uniwersytecie zidentyfikowano drukarki). O otwartych bezprzewodowych punktach dostępowych już nie wspomnę.

Powiedzmy, że interesuje nas wspieranie swobodnego dostępu do informacji, które pewne reżimy uznają za niewygodne (bo walczymy o wolność Tybetu, czy coś w ten deseń). Możemy uczynić nasz komputer węzłem wychodzącym sieci TOR, dla dobra większej sprawy. I możemy tego gorzko pożałować, jak przekonał się pewien człowiek. Jego wparcie sieci TOR zakończyło się tym, że przeżył najazd policji, która niemalże go aresztowała i skonfiskowała mu sprzęt pod pretekstem dostępu do materiałów nielegalnych (najprawdopodobniej związanych z dziecięcą pornografią). O ile straty w sprzęcie to jeszcze pikuś, w porównaniu do perspektywy dostania się na listę przestępców seksualnych i utraty własnych dzieci. Przyczyną oczywiście było, że ktoś użył sieci TOR do dostępu do monitorowanego serwera z nielegalną treścią. Niestety, osobnik ten pozostał anonimowy, tak wszakże działa TOR, ale adres IP węzła wyjściowego został zarejestrowany i stał się podstawą do szykan. Kiedyś wystarczył donos, teraz IP – jest postęp, nie?

Jak wiadomo, jak ktoś nie robi nic złego, to nie ma się czego bać, nieprawdaż? Jak jesteś za wolnością Tybetu, to przecież jesteś za wolnością pedofilii, no nie? Czy nie o taki komunikat tu chodzi? Bo zamordyści naprawdę się ucieszą, gdy zabraknie chętnych do wspierania sieci TOR – ich życie będzie o wiele łatwiejsze.

3 strzały i gol

Wielka Brytania, pod naciskiem USA i Francji, planuje wprowadzić u siebie prawo nakazujące dostawcom internetowym odłączanie od internetu tych, którzy zostaną „oskarżeni” o nielegalne dziele się plikami zawierającymi chronione prawem autorskim utwory. Za pierwszy razem idzie mejlowe ostrzeżenie, za drugim chwilowe zawieszenie dostępu, a za trzecim – gol – zerwanie umowy o świadczenie usług.

To oczywiście marzenie organizacji reprezentujących największych dostawców rozmaitej treści (muzyki, filmów, itp.), który w ten sposób zamierzają rozprawić się z piractwem. Dostawcy internetowi na razie nie palą się do dobrowolnej współpracy ze stosownymi organizacjami, co wcale nie dziwi, gdyż nie jest to działanie w interesie ich klientów, a tym samym w ich własnym. Stąd właśnie pomysł rządowego przymusu – odłączanie piratów ma być obligatoryjne.

Oczywiście, nawet jeśli komuś podoba się taka koncepcja, to rodzi ona wiele wątpliwości. Kto będzie wydawał „wyroki” i na jakich zasadach? Czy będzie można się od nich jakkolwiek odwołać?

Co z „chilling effect”, czyli ograniczeniem swobodnego korzystania z otwartych bezprzewodowych punktów dostępowych WiFi? Ludzie zamiast cieszyć się ze swobody jaką daje bezprzewodowy dostęp do internetu, będą napotykali jedynie zamknięte sieci bezprzewodowe, zablokowane w obawie przed ponoszeniem konsekwencji za kogoś, kto może się podłączyć i wymienić się nielegalnym plikiem.

Zdecydowanie nie chcemy, aby internet zamieniał się w poletko kontrolowane przez kartele medialne.

89f0f10aeedefdd7d73e792102a26cf5

WiFi jak GPL

Odkąd mam iPoda touch, kwestia korzystania z rozmaitych punktów dostępowych żywotnie mnie interesuje. Jak dotąd, z dostępnością bywa różnie – trzeba się nachodzić, aby znaleźć darmowy punkt dostępowy. Co gorsza, często miejsca, które powinny korzystać z takiego sposobu przyciągania klientów: hotele, restauracje, galerie handlowe, itp., rzadko po niego sięgają (jak ktoś będzie w Poznaniu, polecam restaurację „Room 55” – nie dość, że znakomite steki z polędwicy, to jeszcze swobodnie dostępny internet). Już lepiej bywa w miejscach, których zazwyczaj nie łączymy z nowoczesną techniką i wychodzeniem naprzeciw klientom – czyli na przykład na dworcach PKP (na przykład w Krakowie, czy w Warszawie). Co jakiś czas dowiadujemy się o inicjatywach władz lokalnych polegających na uruchomieniu większych lub mniejszych sieci miejskich – ale wtedy najczęściej dostęp jest obwarowany pewnymi niedogodnościami, choćby w postaci konieczności otrzymania przez telefon kodu dostępowego (jak w Rzeszowie)- mój iPod nie podłączy się do nich i zacznie tak po prostu działać, jak ma to miejsce w przypadku normalnych otwartych punktów dostępowych.

Przyczyn jest wiele. Niechęć do tych, którzy często bez opamiętania korzystają z darmowego dostępu pozbawiając innych możliwości korzystania (aplikacje P2P skutecznie wykorzystują całe dostępne pasmo). Obawa przed włamaniami i dostępem do danych prywatnych. Strach przed oskarżeniami o działalność nielegalną (pornografia dziecięca, naruszanie praw autorskich), gdzie adres IP komputera dostępującego bywa używany jako „dowód”, że dane czyny popełnił właściciel punktu dostępowego. Chęć zarobienia na tych, którzy bez internetu czują się jak bez ręki – choć chyba lepiej byłoby zarobić na przyciąganiu ich do swojego biznesu, niż na samym dostępie do internetu.

Pewien Argentyńczyk – Martin Varsavsky – wpadł na pomysł, aby stworzyć ogólnoświatową sieć hotspotów, zwaną Fon, w której ich właściciele będą mieli dobry powód, aby dopuścić innych do swoich sieci. Sieć ta, zwana Fon, pozwala posiadaczom pewnego rodzaju punktu dostępowego na instalację specjalnego oprogramowania, które przekształci go w punkt sieci. Co ciekawsze, uczestnik programu ma możliwość wyboru dwóch sposobów uczestnictwa w sieci, zwanych „Bill” i „Linus”. Wybierając „Linusa” określa, że jego hotspot będzie za darmo dostępny dla innych zarejestrowanych użytkowników za darmo, w zamian za co on sam będzie korzystał z podobnego przywileju w zasięgu innych hotspotów do sieci. Podobnie jak przy licencji GPL, dostajesz coś za darmo, ale musisz też to samo za darmo udostępnić. W wariancie „Bill” właściciel punktu deklaruje, że będzie pobierała opłatę od innych użytkowników, zarejestrowanych lub nie, no i sam będzie musiał za dostęp płacić w przypadku konieczności korzystania z innego hotspotu należącego do sieci.

Mnie oczywiście podoba się wariant „Linusowy” i mam nadzieję, że generalnie on zwycięży w tym eksperymencie, gdyż widzę tu jakiś innowacyjny koncept. Powstanie kolejnej sieci płatnych hotspotów, nawet atrakcyjnie wycenionych, nie jest niczym ciekawym. Jak na razie, powodzenie przedsięwzięcia jest średnie i nie wiem, czy przyczyna tkwi po stronie koncepcji „Linusa” czy „Billa” – w Warszawie jest zaledwie kilka punktów dostępowych tej sieci.

A tak w ogóle, nie bardzo wyobrażam sobie przyszłość, gdzie bezprzewodowy internet nie jest swodobnie dostępny wszędzie i bez jakichś specjalnych kosztów (najlepiej za darmo).