OnLive w praktyce

Jakiś czas temu pisałem o jednym, dla mnie dość oczywistym, rozwiązaniu problemu powstawania kosztownych produkcji gier wideo przy braku monopolu „własności intelektualnej”. Chodziło o serwis OnLive, który oferuje gry komputerowe nie jako oprogramowanie uruchamiane na naszych własnych komputerach czy konsolach, ale jako usługę uruchamianą na sprzęcie usługodawcy, z której korzystamy przez szybki internet. Byłem wtedy zdziwiony, że ktoś postanowił ten pomysł urzeczywistnić w praktyce już teraz i, przyznaję, przyjmowałem informację o nowej usłudze z pewnym sceptycyzmem. Ale serwis OnLive istnieje i działa naprawdę – oczywiście na razie w bardzo ograniczonym zakresie, ale to jest znakomity dowód, że pomysł sprawdza się w praktyce.

Oczywiście, mamy tu do czynienie z „software as a service”, czyli czymś, co zwolennikom wolnego oprogramowania może się nie podobać (i słusznie). Oczywiście, SaaS niesie ze sobą mnóstwo niebezpieczeństw, niemniej jednak, daje naprawdę sporo korzyści, które często skutecznie rekompensują niebezpieczeństwa, szczególnie w sytuacji, gdy mamy do czynienia z nieskrępowaną konkurencją pomiędzy dostawcami usług. Jak państwo zacznie się wtrącać i regulować, oczywiście w naszym interesie, to sytuacja może ulec zmianie (patrz Net Neutrality).

Niemniej jednak, dopóki jest to coś, na co godzimy się dobrowolnie, nie widzę powodu, aby się temu pryncypialnie sprzeciwiać. Tym bardziej, że pokazuje to alternatywę dla jedynie słusznego obecnie poglądu, że prawa autorski muszą istnieć, bo inaczej nie powstawałyby kosztowne produkcje.

Electro Body – wprowadzenie

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Przeglądałem wczoraj moje backupy, jeszcze pochodzące z początku lat 90. w poszukiwaniu elektronicznej wersji podręcznika do Electro Body. Odnalazłem, napisałem w Pythonie program do przekodowywania polskich znaków z Mazovii na współczesne kodowanie, zacząłem czytać i wspominać. Gra Electro Body miała w podręczniku krótką historię wprowadzającą, mego autorstwa. Nic specjalnego, ale postanowiłem zamieścić ją poniżej, jako ciekawostkę z 1992 roku.

Jak to się wszystko zaczęło

Jacek obudził się, podniósł głowę spoczywającą na stole, przetarł oczy i spojrzał na zegarek. Było sporo po północy i nie zdziwił się, że pozostał w laboratorium zupełnie sam. Każdy normalny człowiek po dniu wytężonej pracy śpi o tej porze w swojej kabinie.

Zerknąwszy na notatki stwierdził, że próby przekonania samego siebie o własnej chęci do wytężonej pracy mijają się całkowicie z celem. W tej chwili chciał tylko jednego – znaleźć się jak najszybciej w łóżku.

Powoli, by nie rozbudzić się całkowicie, wyłączał, jedno po drugim, pracujące wciąż urządzenia laboratoryjne. Pokój wypełniał się ciszą. Po chwili do jego uszu dobiegał tylko szum wentylacji. Przez moment zastanawiał się, dlaczego konstruktorzy baz kosmicznych i planetarnych nie eliminują tego dźwięku. Być może twórcy stacji nie chcieli, aby jej użytkownicy mieli poczucie zupełnej izolacji, być może miało to imitować zgiełk ziemskiego miasta.

Nagle, zupełnie niespodziewanie ucichł także ten delikatny szum. Jacek zmarszczył czoło i podniósł brwi. Tu, na stacji, awaria wentylacji mogła i powinna budzić niepokój. Wsłuchiwał się z zaciekawieniem w otaczającą go ciszę. Oczekiwał na start wentylacji awaryjnej, powinna właściwie rozpocząć pracę już w momencie awarii.

Fakt takiego dziwnego zachowania się systemów bezpieczeństwa nie budził w nim strachu, miał zaufanie do otaczających go nowoczesnych urządzeń. Był zdziwiony, że technika, od której tak wiele zależy, nagle zawodzi. Zapewne na ekranach w pomieszczeniach kontrolnych pojawiły się ostrzegawcze komunikaty, rozbrzmiewały sygnały alarmowe.

Przynajmniej nie jestem jedynym, który nie śpi – pomyślał i uśmiechnął się w duchu.

Usiadł ponownie przy stoliku i sięgnął po komunikator. Wybrał połączenie z pomieszczeniami kontroli. Po chwili na ekranie pojawiła się czyjaś gniewna twarz. Zanim zdążył otworzyć usta, usłyszał:

– Nie czas na pytania. Mamy tu poważne kłopoty! i ekran zgasł.

W tym momencie zorientował się, że awaria musi być poważna. Przez chwilę zastanawiał się, którego ze swych kolegów obudzić i powiadomić o tych interesujących wydarzeniach. Ponieważ nie mógł się na żadnego zdecydować, pomyślał o żonie. Wybrał połączenie i czekał. Odpowiedź była niespodziewanie szybka. Przeczytał komunikat: „Połączenie niemożliwe do zrealizowania – awaria systemu łączności wewnętrznej”.

Resztki snu uleciały z niego całkowicie. Ruszył ku drzwiom, otworzył je i wyszedł na korytarz. Tu spotkała go kolejna niespodzianka – na korytarzu było ciemno. Nie paliły się nawet światła awaryjne.

Ruszył w mrok, w kierunku windy. Namacał guzik przywołania i nic się nie wydarzyło. Ponowił próby ściągnięcia windy, ale bezskutecznie. Nie zapalała się kontrolka potwierdzająca jej przyjazd. Nie dowierzając coraz bardziej zawodzącej technice, przytknął ucho do drzwi. Cisza potwierdziła jego przypuszczenia – coraz mniej urządzeń działało tej nocy.

Gwałtowny i nieoczekiwany rozwój wypadków wymagał zdecydowanego działania. Postanowił przedostać się na poziom mieszkalny, gdyż zaczął niepokoić się o śpiącą, jak sądził, rodzinę. Dotarcie do nich wymagało skorzystania ze schodów awaryjnych, nie używanych chyba od czasu wybudowania stacji. Przejrzał kilka szuflad i szafek w poszukiwaniu jakiegoś przenośnego źródła światła. Pod stertą notatek znalazł latarkę należącą do jego syna, którą zabrał mu karząc za czytanie książek pod kołdrą. Sprawdził, działała całkiem dobrze, i ruszył spowitym mrokiem korytarzem.

Drzwi na schody awaryjne były tradycyjne, nie wspomagane elektrycznie, pneumatycznie ani hydraulicznie. Otwarcie wymagało tylko odryglowania zamków i użycia dość sporej siły do rozsunięcia ich.

Snop światła z latarki rozjaśnił przestrzeń za drzwiami i okazało się, że schody rzeczywiście tam są. Rozpoczął wspinaczkę w górę. Stukot butów rozbrzmiewał głośnym echem na klatce schodowej. Czuł się trochę nieswojo. Stopnie pokryte były cieniutką warstewką kurzu, który wzbijał się w powietrze, drażniąc nozdrza przywykłe do sterylnego powietrza w pozostałych częściach bazy. Nie orientował się, ile podestów ma do pokonania do następnego poziomu, gdyż nigdy go nie interesowały szczegóły konstrukcji urządzeń, których używał, ani pomieszczeń, w których przebywał. Gdy skierował latarkę w górę, promień zniknął w ciemności.

Nagle przykuł jego uwagę dziwny hałas, wydobywający się z otworów wentylacyjnych i rozbrzmiewający w całej klatce schodów awaryjnych. Usłyszał dalekie echa sygnałów alarmowych, odgłosy uderzeń i wybuchów. Ponaglony tymi niepokojącymi dźwiękami ruszył biegiem w górę schodów.

Po przebyciu paru podestów znalazł się przy drzwiach prowadzących na kolejny poziom. Za nimi powinny znajdować się magazyny. Hałas, który żołnierz bez wątpienia zidentyfikowałby jako odgłosy walki, rozlegał się w dalszym ciągu w pomieszczeniu schodów awaryjnych. Odryglował zamki i rozsunął drzwi.

Korytarz na poziomie magazynowym nie był zupełnie ciemny. Mrok lekko rozjaśniały włączone lampy awaryjne. Było wyraźnie ciszej. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł komunikator na ścianie. Gdy podszedł do niego, ekran rozjarzył się wyświetlając komunikat: „Alarm czerwony – natychmiastowa ewakuacja całego personelu”.

Z otwartych drzwi docierał do niego coraz głośniejszy hałas. Ktoś zbiegał po schodach. Po chwili na korytarz wypadł mężczyzna, którego ubiór jednoznacznie wskazywał na przynależność do wojskowej części obsady bazy.

Żołnierz przystanął gwałtownie i spojrzał na Jacka ze zdziwieniem. Ten rozpoznał w mężczyźnie znajomego ze szkolenia – Placka. Placek ściskał w ręce broń, sporej wielkości miotacz. Skierował go prosto w brzuch Jacka, który zdrętwiał spostrzegłszy ten ruch i wyraz oczu żołnierza. Powoli rozłożył ręce pragnąc tym gestem uspokoić przeciwnika. Placek przypomniał go sobie.

– Co ty tu robisz? – zapytał ze zdziwieniem w głosie. – Myślałem, że na dole nie ma o tej porze nikogo.

– Nie zadawaj głupich pytań – odpowiedział Jacek. – Usiłuję dostać się na górę. Co tam się dzieje? Nic nie działa, nie ma łączności, wentylacji. Oświecisz mnie trochę?

– Nie uwierzysz, ale mamy tu właśnie najazd pieprzonych Obcych – odpowiedział Placek stosownym dla siebie językiem. – Podeszli nasze systemy obronne i przejęli kontrolę nad połową instalacji. Potem wkroczyli i właśnie czyszczą sobie teren.

– Co z resztą załogi?

– No cóż, można powiedzieć, że stawili bohaterski, ale krótki opór przeważającym siłom wroga. Zaryzykuję stwierdzenie, że tylko mnie udało się uciec.

– Co z cywilami? – zapytał Jacek myśląc o swej rodzinie. – Muszę się tam dostać jak najszybciej.

– Zapomnij o nich – odparł Placek sprawdzając stan trzymanej w ręku broni. – Z poziomem mieszkalnym załatwili się bardzo sprawnie. Po prostu go rozhermetyzowali. Nikt tego nie przeżył. Pozostali tylko ci, którzy byli wyżej i niżej, tak jak my. Tych z góry, jak podejrzewam, już wykończyli, pozostaliśmy więc tylko my.

– Idę tam – rzucił Jacek i ruszył w kierunku schodów awaryjnych.

Reakcja Placka była gwałtowna i stanowcza. Wyprzedził Jacka i stanął mu na drodze z bronią wycelowaną w brzuch.

– Nic z tego, stary. Próbowałem dostać się na ten poziom. Drzwi awaryjne są zablokowane. Blokada przy dehermetyzacji. Poza tym Obcy są już poziom nad nami i nie zamierzam tu na nich czekać. I tobie też nie pozwolę.

– Tam jest moja żona i syn – odparł Jacek przez zaciśnięte zęby. – Muszę się tam dostać i ty mi nie będziesz w tym przeszkadzał.

Udając zniechęcenie próbował zmylić uwagę Placka i powalić go jednym skutecznym ciosem, tak jak to widywał na filmach. W momencie, gdy ruszył ręką, żołnierz chwycił go za nią i przystawił mu wylot miotacza do czoła.

– Daj spokój! Przykro mi, stary. Naprawdę – powiedział żołnierz odsuwając broń. – Teraz musimy myśleć tylko o sobie. Oni zaraz tu będą i nie będziemy na nich czekać. Weź się w garść, potem będziemy rozpaczać. Ja też straciłem tam wiele naprawdę bliskich mi osób. Teraz jednak czas na działanie.

W końcu korytarza rozległ się szum rozsuwających się drzwi windy. Za nimi pojawiło się coś w rodzaju samojezdnej maszyny. Placek bez zastanowienia wystrzelił z miotacza w kierunku ruszającego w ich stronę robota. Strzał był niecelny, ale ze ściany buchnął płomień i posypały się szczątki konstrukcji, co zdezorientowało przeciwnika. Placek wystrzelił jeszcze raz, tym razem celnie, trafiając robota w sam środek. Wybuch był na tyle silny, że upadli na podłogę, zasypani szczątkami maszyny. Zaczęła działać  instalacja przeciwpożarowa. Placek podniósł się szybko i pomógł wstać Jackowi. Skierował go w stronę schodów awaryjnych.

– Wiejemy – rzucił – i to szybko. Teraz wiedzą, że ktoś tu jest i będą się starali nas wyeliminować. Pozwolisz, że przejmę inicjatywę.

Wpadli do klatki schodów awaryjnych. Placek zasunął drzwi i z małej odległości wystrzelił z miotacza topiąc zamek. Byli zabezpieczeni na wypadek próby dehermetyzacji tego poziomu. Pchnął Jacka w dół i zaczęli szaleńczo zbiegać po schodach. Po chwili minęli poziom laboratoriów zamykając po drodze otwarte  drzwi awaryjne.

– Dokąd biegniemy? – dysząc zapytał Jacek.

– Do hangarów – rzucił Placek przez ramię. – Zamierzam uciec z tej planety, a do tego potrzebny jest statek. Zniszczymy im kontrolę nad hangarami i lądowiskiem i spróbujemy zwiać w kosmos.

Po chwili przed nimi pojawiły się drzwi do hangarów. Nie było kłopotów z ich otwarciem, poziom był hermetyczny. Z korytarza Placek skierował się do pomieszczeń kontroli. Tam dokonał dzieła zniszczenia wypalając miotaczem wszystkie urządzenia i kable, jakie dojrzał.

– Co robisz? – zapytał Jacek.

– Są tu urządzenia do sterowania hangarami. Chcę pozbawić ich możliwości  kontroli nad naszymi poczynaniami. Teraz poszukaj dla nas skafandrów, gdyż zamierzam otwierać wrota bronią pokładową.

Ruszył w kierunku sporego statku stojącego na wprost olbrzymiej bramy  prowadzącej na lądowisko. Otworzył śluzę i wszedł na pokład. Jacek ruszył w kierunku stojaków ze skafandrami, ale został zawrócony krzykiem  dobiegającym z pokładu statku.

– Wracaj! Nie będą nam potrzebne. Ten statek ma wystarczające zabezpieczenia do walk w próżni i wrogiej atmosferze. Właź na pokład.

– Potrafisz tym sterować? – zapytał Jacek po usadowieniu się w fotelu drugiego pilota.

– Szkolono mnie na podobnym modelu. Mam nadzieję, że dam sobie teraz radę. Będzie mi potrzebna pomoc. Gdy ruszymy z miejsca, będziesz musiał przebić nam drogę salwą z broni pokładowej.

Placek sprawnie ożywił statek. Rozjarzyły się ekrany. Przed Jackiem pojawił się pulpit sterowania bronią. Zanim zdążył zaprotestować, Placek ustawił wszystkie potrzebne parametry i na ekranie pojawił się najzwyklejszy krzyż celowniczy.

– Musisz wystrzelić, gdy odległość od wrót będzie mniejsza niż 20. Wskaźnik odległości masz w prawym górnym rogu. Jeśli się pośpieszysz, to wiązka o tej mocy będzie zbyt szeroka, może uszkodzić konstrukcję nośną i wtedy pół stacji zawali nam się na głowę. Nie pomogę ci, gdyż będziemy lecieli na ręcznym sterowaniu, co w tych warunkach jest bardzo absorbujące. Wyceluj w środek drzwi i wal, jak będziemy dostatecznie blisko.

Poczuli zmianę ciśnienia towarzyszącą zamykaniu i uszczelnianiu śluzy wejściowej. Natychmiast po tym kabinę wypełnił hałas pracujących silników. Statek uniósł się nad podłogę hangaru i powoli obrócił się w stronę wrót lądowiska. Placek dał znak i ruszyli w tym kierunku. Salwa z dział pokładowych została odpalona we właściwym momencie. Potężny wybuch rozsadził drzwi. Pole widzenia zasłonił dym i latające we wszystkich kierunkach odłamki. Ekrany natychmiast zmieniły obraz rzeczywisty na jego komputerowy odpowiednik pozbawiony elementów utrudniających widzenie. Pola zabezpieczające statek niszczyły i odrzucały odłamki. Placek przyśpieszył i skorygował kurs, lekko tylko zawadzając o szczątki drzwi. Znaleźli się w korytarzu wylotowym. W momencie, gdy pojawiła się wolna przestrzeń, statek prowadzony sprawną ręką ruszył z ogromną prędkością w gwiazdy.  Przyśpieszenie było kolosalne i mimo działania układów kompensujących obaj pasażerowie stracili przytomność.

Po odzyskaniu świadomości Placek sprawdził przestrzeń dookoła – nikt ich nie ścigał. Wyraźnie ucieszył go ten fakt, co zamanifestował głośnym okrzykiem. Zaprogramował kurs i włączył sygnały namierzające. Odpiął pasy przytrzymujące Jacka i przeniósł go do kabin hibernacyjnych. Tam przygotował ich obu do oczekiwania na pomoc.

Po trzynastu miesiącach zostali namierzeni i przejęci przez statek patrolowy, który przetransportował ich na pierwszą cywilizowaną planetę. Tu ich losy rozdzieliły się. Jacek został poddany długiej kuracji, a Placek dostał awans i został przeniesiony na Ziemię.

Po uzdrowieniu ciała i duszy Jacek zrealizował polisy ubezpieczeniowe i uzyskane w ten sposób pieniądze postanowił przeznaczyć na jeden cel – zemstę. Powiększył swoje zasoby finansowe prowadząc różne, nie zawsze czyste interesy. Gdy uznał, że posiadana gotówka wystarczy do realizacji przedsięwziętego celu, pojawił się na planecie, która znana była z kształcenia najlepszych żołnierzy.

Poddał się ryzykownym i kosztownym operacjom mającym przekształcić go w coś w rodzaju cyborga. Dzięki specjalnym konstrukcjom wbudowanym w jego ciało był sprawny i wytrzymały. Udoskonalono także jego zmysły. Mimo nie najmłodszego już wieku z łatwością mógł pokonać wielu młodszych od siebie. Dzięki hipnotycznemu szkoleniu posiadł wiedzę potrzebną do walki z Obcymi. Wyposażył się tylko w taką broń i urządzenia, co do których dane wywiadu potwierdzały, że nie zabraknie im źródeł energii na terenie opanowanej stacji.

Wojsko zapewniło mu bezpieczne przedostanie się w pobliże bazy. Potem musiał zejść specjalnym tunelem na najniższy, techniczny poziom. Pozostawiono go samemu sobie. Zdołał wynegocjować warunek, że gdy pokona wszystkich Obcych i ich pułapki, wezwie oddziały wojskowe do ponownego zajęcia stacji. Dopóki nie wykona tego zadania, może liczyć tylko na siebie.

Ruszył w swoją pierwszą misję.