Kopyrajtowa cenzura

To, że prawa autorskie mogą dawać rozmaitym organizacjom uprawnienia cenzorskie mówi się od jakiegoś czasu. Były przykłady wstrzymywania publikacji książek, gdyż ktoś rościł sobie prawa do czyjegoś dzieła, a ostatnio mamy ciekawy przykład dotyczący filmu Sita sings the blues. Filmu, o którym już pisałem.

Film jest swobodnie dostępny w całości na YouTube, gdyż jest to dzieło dystrybuowane na bardzo wolnej licencji CC. Autorka poświęciła sporą sumę własnych pieniędzy i znaczny wysiłek organizacyjny, aby uwolnić zawartą w filmie muzykę z jarzma praw autorskich. Jej umowa z Sony opiewa na terytorium całego świata, ale organizacja zarządzania prawami autorskimi w Niemczech – GEMA – ma na ten temat inne zdanie i zablokowała dostęp do filmu użytkownikom z Niemiec. Oczywiście twierdząc, że film nie został poprawnie wylicencjonowany, czyli GEMA nie dostała haraczu, który jej się zupełnie zresztą nie należy.

Oczywiście niemieckie zapisy prawne dotyczące organizacji zbiorowego zarządzania mogą twierdzić coś innego i dawać organizacji GEMA prawa cenzurowania materiałów, których twórcy nie zapłacą haraczu, ale to jedynie jest świetny przykład, że w prawach autorskich wcale nie chodzi o autorów – w tym wypadku Nina Paley nie życzy sobie, aby GEMA działała w jej imieniu – ale chodzi o kontrolę tego, jak korzystamy z własnych urządzeń oraz z opłacanych przez nas łączy.

Dwa dzieła, dwa podejścia

Najpierw dzieła:

The Passenger” – krótkometrażowa animacja, pięknie zrealizowana w 3D, kompletne dzieło jednego człowieka, który na nie poświęcił 8 lat życia i zainwestował sporo czasu oraz własnych pieniędzy.

Sita Sings the Blues” – pełnometrażowa animacja, oparta o technikę 2D (konkretnie Flash), ale równie efektowna, autorstwa Niny Paley. Tutaj także mamy do czynienie z niesamowitym zaangażowaniem autorki, wydaniem $50000 na „uwolnienie” spod jarzma praw autorskich piosenek, które były istotnym elementem filmu i inspiracją do jego powstania.

Teraz podejścia:

„The Passenger” dostępny jest jedynie poprzez zakup fizycznego DVD, gdzieś w jakimś sklepie online w Australii, oraz oczywiście jest na YouTube, umieszczony w chwili, jak to określił sam autor, słabości. Ta wersje jest celowo w gorszej jakości obrazu oraz dźwięku, a sam autor nie wie, czy pozwoli jej tam długo być. Widać, że jest rozgoryczony, bo nie tak miało być.

„Sita Sing the Blues” dostępna jest swobodnie w sieci na licencji CC-BY-SA. Mamy do wyboru cały zestaw formatów, włączając w to edycje HD. Licencja pozwala na dystrybucję komercyjną, przenoszenie na dowolne formaty (DVD, czy taśmę 35mm). Dzięki swobodnemu dostępowi użytkownicy przygotowali tłumaczenia i napisy. Każdy, kto chce, może obejrzeć sobie film z najwygodniejszym mu formacie.

Z jednej strony mamy wpisy dość zgorzkniałego faceta, który poświęcił tyle wysiłku na swój film, że nawet nie jest zainteresowany jego szeroką dystrybucją i dotarciem do maksymalnej liczny odbiorców. Na dodatek, technika go gdzieś przegoniła i nawet nie jest w stanie uaktualnić filmu do obecnych standardów (choćby rozdzielczości HD). Być może, gdyby podszedł trochę mniej „właścicielsko” do swojego dzieła, opublikował materiały źródłowe, to jakiś wspólny wysiłek pozwoliłby na aktualizację filmu.

Natomiast Nina Paley wydaje się być zadowolona z obranej drogi, wystarczy poczytać jej blog. Mimo że film jest dostępny swobodnie, autorka zaplanowała i wdraża różne mechanizmy zarabiania na swoim dziele, takie, które nie wymagają nadzoru nad dystrybucją każdej kopii. Dotarła do takiej rzeczy odbiorców, o której autor pierwszego filmu może tylko marzyć. Ale chyba nie o to mu chodziło…