Audycja w Kontestacji

Wczoraj byłem gościem wydania głównego Kontestacji. Dla ciekawych zapis tej, dość długiej rozmowy, jest tu:

[audio:KS_2011-10-17.mp3]

Trochę za bardzo poskakaliśmy po tematach, przez co nic nie zostało porządnie powiedziane. No, ale może jeszcze się przydarzy jakaś wizyta w Kontestacji, gdy będziemy mogli skupić się na konkretniejszych tematach.

Zasłyszane z radia

Jechałem sobie w sobotę do pracy (ach ten znienawidzony crunch – stąd taka cisza na blogu ostatnio) i słuchałem, jak zwykle, radia. A tam same ciekawostki.

Na początek w Radiu Kampus rozmowa z jakąś młodą podróżniczką, która opowiadała o turystyce w Birmie. Dowiedziałem się, że Birma to jakiś autorytarny reżim wojskowy, „z którym możemy się nie zgadzać”. A będąc tamże turystami, jesteśmy zmuszeniu do wspierania tego, niepodobającego się nam reżimu, który zabiera 30%-50% z tego, co jako turyści płacimy biednym mieszkańcom Birmy, którzy mają od reżimu pozwolenie nas gościć.

I tutaj naszła mnie refleksja, która raczej jest obca większości słuchaczy i prowadzących Radia Kampus. Otóż nasz reżim, z którym ja osobiście nie zgadzam się znacznie bardziej niż z reżimem Birmy, pozbawia nas należnych nam pieniędzy w równym, a kto wie, czy nie większym stopniu (zależy jaki sobie weźmiemy indeks, ale generalnie pracowników najemnych łupi znacznie mocniej). Ba, nasz reżim także decyduje o wielu sprawa za nas poprzez bizantyjskie konstrukcje praw regulujących coraz większe obszary życia.

To, że nauczyliśmy się z naszym reżimem żyć, i że jeszcze nie posyła nas za wiele spraw za kraty, nie oznacza to, że żyjemy w oazie wolności. Przyzwyczailiśmy się do bycie gnębionymi, ostatecznie dajemy na to przyzwolenie od pokoleń.

W ramach rozwoju intelektualnego, postanowiłem posłuchać innych stacji i użyłem funkcji „seek” radia, losowo szukając czegoś ciekawego. Los chciał, że natknąłem się na dyskusję z politykami w TOK FM (moje radio pozwala mi słuchać tylko część z wielu dostępnych w Warszawie stacji, więc nie mam za dużego wyboru).

Politycy toczyli dyskusję na temat państwowych mediów, zwanych dla niepoznaki „publicznymi”. Media państwowe, głównie telewizja, mają taką właściwość, że zawsze się politykom nie podobają. Zazwyczaj dlatego, że zawsze rządzi nimi nie ten, kto powinien: albo były neonazista, albo łże-prawica, albo lewica, albo ktoś inny. I ciągle politycy muszą wysilać swoje, bądźmy szczerzy, nie za tęgie głowy, aby to jakoś naprawić. I jakby się nie starali, to wychodzi jak zawsze. W dyskusji nawet obwiniali trochę siebie, że takie skonstruowali prawo, że jest jak jest (nie wiem jak jest, bo rzadko oglądam telewizję, a państwową w szczególności). I tylko teraz pozostaje im zmienić ustawę, aby jakoś było lepiej.

Oczywiście, nikt z uczestników nie poruszył kwestii, że sam fakt, że mamy media państwowe jest źródłem problemu i cokolwiek zechcą zrobić, to ten fundamentalny problem będzie przeszkodą w osiągnięciu pożądanego celu – jakikolwiek by nie był. Bo jeśli przyjmiemy, że radio państwowe (publiczne) jest jakby własnością nas wszystkich, to nie ma takiej możliwości, aby powstał twór, który zadowoli wszystkich „właścicieli”. Ani nawet wszystkich polityków. Bo w sytuacji, gdy wszyscy mamy być zadowoleni, kto każdy, kto nie będzie, ma takie samo prawo „żądania” naprawy tej sytuacji jak każdy inny. Innej opcji nie widzę.

RAZ, który porzucił w kwestii mediów konserwatywno-liberalne podejście twierdzi, że wie, jak powinny wyglądać niezależne media państwowe. Bo prywatne to syf i malarnia, schlebiające najniższym gustom, a on jako już stateczniejsza konserwa, wymaga czegoś więcej. I wie, jak zrobić, aby wszyscy podatnicy, zafundowali mu idealną telewizję państwową. Ciekawe, jak zamierzałby przekonać do swojej wizji polityków, którzy co do telewizji państwowej mają zapewne zupełnie inne wizje.

Gdy media są prywatne, przynajmniej nie można mieć pretensji, że ktoś coś tam załatwia sobie za nasze pieniądze. Oczywiście mam na myśli prawdziwy wolny rynek mediów, bez żadnych koncesji i pozwoleń, najlepiej oparty o swobodny dostęp do odbiorców (bez przydziałów częstotliwości), gdzie każdy może spróbować swoich sił i zdobyć klienta. Technologia już na to pozwala – wystarczy popatrzeć na sytuację w internecie i pozwolić działać niewidzialnej ręce rynku.

No ale to mrzonki, bo na prawdziwie wolnym rynku mediów nie da się ukręcić tych politycznych lodów. No i obecni na nim teraz gracze wcale nie chcą, aby wyrosła im niepotrzebna konkurencja.

Dyskusja z mediów państwowych przeniosła się na taksówki, konkretnie warszawskie taksówki. Warszawa jest miastem o sporej taksówkowej konkurencji, a co za tym idzie, miastem względnie niskich cen za przejechany kilometr (niestety, za to okazji do nabijania kilometrów oferuje dużo – rekordowy kurs po imprezie z rozwiezieniem znajomych – 38km). Bez problemu można jeździć w cenie 1,6 PLN za kilometr w całkiem normalnej taksówce, z taksometrem, kasą fiskalną, ba, nawet z terminalem kart płatniczych. A jak ktoś się nie boi, może skorzystać z przewozu osób, będzie jeszcze taniej. Jest to efekt sporej konkurencji pomiędzy korporacjami taksówkowymi, których jest w Warszawie kilkadziesiąt, no i tym znienawidzonym „przewozem osób”, co to nie ma koncesji i w ogóle na podatkach na pewno oszukuje. Dla porówniania, w moim rodzinnym Rzeszowie, mieście najmarniej 10 razy mniejszym od Warszawy, taksówki kosztują 2,0 do 2,2 PLN za kilometr. Jak powiedział jeden z polityków „problem ten dotyczy głównie większych miast”. Ludzie w mniejszych miastach nie mają „problemu” tanich taksówek, jak przykład Rzeszowa pokazuje.

Taksówkarzom to się nie podoba, choć jak zauważył przytomnie jeden z rozmówców – nie istnieje coś takiego jak zadowolony taksówkarz, niezależnie od czasów. Ja tam pamiętam jeszcze czasy, gdy to taksówkarze wybierali sobie pasażerów i miejsca, do których chcieli jechać, i wcale ich nie żałuję. Znacznie bardziej wolę czasy obecne.

Taksówkarze jednak niezadowoleni są z „nieuczciwej konkurencji” przewozów osób, którzy nie mają koncesji (no i domyśle oszukują, samochody mają stare i w ogóle). Bo niby ta koncesja jest gwarancją dobrej obsługi przez klienta, no i znajomości topografii i w ogóle niekaralności. Kiedyś pewnie też oznaczała dobre stosunki z SB, ale to osobna historia.

Jak powiedziała pani polityk z PO, koncesja oznacza „większe bezpieczeństwo” dla klienta, który ma większe prawa. Dostaje kwitek, może się awanturować i dochodzić swego, jak zostanie oszukany. Koncesja jest dla naszego dobra. Choć ja pamiętam, że wszelkie warszawskie mafie taksówkowe, te spod Centralnego, Rotundy czy Okęcia, oszukujący naiwnych turystów, to byli zawsze koncesjonowani taksówkarze, bo wtedy jeszcze przewozu osób nie było.

Zapomniała pani jednak dodać, że koncesja to rynek regulowany, a więc nie wolny i nie konkurencyjny, a więc na pewno nie liberalny. A to oznacza zawsze wyższe ceny, czyli coś czego chyba żaden z klientów nie chce. Znaczy jeśli chce, to wolny rynek dostarcza mu takie możliwości, a jakże. Obecnie w Warszawie, jak ktoś ma ochotę zapłacić 3 złote za kilometr, to jak najbardziej może, choćby wybierając jakąś taksówkę hotelową. Jak lubi jeździć Mercedesem, to zawsze może zadzwonić do Merc Taxi i przejechać się za 2,8. Jak ktoś chce wiedzieć, gdzie dochodzić swojej sprawiedliwości, to niech jeździ taksówkami korporacyjnymi, a będzie mógł przynajmniej spróbować się poawanturować z korporacją. Jeśli nie ma ochoty korzystać na lotnisku z dopuszczonych tam taksówek (2,4 do 2,8), może sobie zadzwonić na taką za 1,6, poczekać chwilę i pojechać sobie taniej. Ale to tylko dlatego, że mamy jeszcze dużo konkurencji.

A co to topografii, to GPS (póki system działa), rozwiązuje ten problem.

PO, jak przystało na „liberalną” partię przystało, zamierza się z tym „problemem” uporać, uchwalając stosowne prawo. Nie, nie zamierza zwiększyć (wyrównać) konkurencyjności na tym rynku poprzez zniesienie koncesji w ogóle – takie rzeczy nie mieszczą się „liberałom” w głowach. Chcą „nieuczciwość” konkurencji zlikwidować poprzez regulację rynku taksówkowego. „Bo tak w ogóle, to taksówek jest w Warszawie za dużo”. No ja tam nie wiem – w Sylwestra trzeba zamawiać je z wielogodzinnym opóźnieniem, ale poza tym, co to za argument? Jak jest ich za dużo, to ich liczba sama odpowiednio się zmniejszy – przecież to właśnie rynek jest w tych sprawach najlepszym regulatorem, a nie jakiś koleś w garniturze, któremu wydaje się, że dzięki ustawieniu na odpowiednim miejscu listy wyborczej, nabrał jakich cudownych zdolności określania jaka to jest optymalna liczba taksówek dla Warszawy. Tak więc, korzystajmy z tanich taksówek dopóki nam ich, w naszym najlepszym interesie, nie poregulują „liberałowie” z PO z całą pozostałą pro-socjalistyczną zgrają z opozycji. Czyli politycy, co to zawsze lepiej wiedzą od nas, co jest dla nas dobre.