Warto o tym pamiętać

Prowadzę tu, na blogu, sporo dyskusji na temat dostępu do broni palnej oraz prawa do skutecznej samoobrony. Sporo w tych dyskusjach jest teoretyzowania i powoływania się na dość wymyślne przykłady. Sprowadzanie dyskusji w tej kwestii na manowce często bywa ciekawym wyzwaniem intelektualnym, ale rzadko dotyka sedna sprawy – nieważne jak bezpiecznie i pewnie się czujesz, jakie masz doświadczenie, to na bazie swoich dotychczasowych doświadczeń i przekonań, nie możesz zapewnić, że nic złego nie wydarzy ci się się w przyszłości.

To, czy będziesz ofiarą napadu nie zależy od ciebie – ktoś inny o tym zadecyduje. I nie ma znaczenia, czy mieszkasz w dobrej dzielnicy, na strzeżonym osiedlu, uprawiasz sporty walki, ubierasz się skromnie, nie wychodzisz po zmroku z domu, jesteś za młody czy za stary.

Warto pamiętać, że:

  • Ty lub twoi bliscy mogą stać się ofiarami brutalnej napaści, gdziekolwiek i kiedykolwiek. Nie ma takich miejsc, w których zawsze będzie bezpiecznie, nie ma takich pór dnia, w których wszyscy są bezpieczni. Nie ma nikogo, kto nie może zostać ofiarą. Owszem, można manipulować prawdopodobieństwem, ale pewności nigdy nie będzie.
  • Nie zawsze, a raczej rzadko, będzie ktoś, kto będzie mógł pomóc – czy to policja, czy odważny obywatel. Ty jesteś swoją pierwszą linią obrony. Zawsze.
  • Twój dom, czy twoja okolica nie jest odporna na przestępczość. To, że jesteś na swoim, nie jest żadną przeszkodą dla zdeterminowanego przestępcy. Oni nie szanują własności z definicji – ani własności twych rzeczy materialnych, ani też własności twego ciała.

Zanim zaczniesz postulować ograniczanie innym prawa do skutecznej obrony, pomyśl najpierw o sobie. Pamiętaj o tych w wyżej wymienionych kwestiach (pochodzą z tego tekstu) – dotyczą także ciebie. Ty i twoi bliscy także kiedyś mogą zostać ofiarami, więc dyskutując o prawie do skutecznej samoobrony pomyśl przede wszystkim o nich, a potem o sobie.

Podwójna taryfa

Telewizje (i nie tylko) doniosły wczoraj o wyjątkowym sukcesie Centralnego Biura Śledczego, które rozbiło gang taksówkarzy, którzy woził klientów tam, gdzie ci klienci chcieli. Jak widać, nie ma już innych kryminalistów do ścigania.

Przestępstwo wygląda tak: klient chce pojechać w pewne miejsce, taksówkarz go tam wiezie, klient płaci, nie ma pretensji i jest zadowolony. Taksówkarz jednak otrzymuje zapłatę nie tylko za kurs, ale także od przedsiębiorcy, który skorzystał z faktu, że taksówkarz właśnie kogoś do niego przywiózł.

Gdyby to był np. restaurator, właściciel hotelu, sklepikarz sprzedający w nocy alkohol, to pies z kulawą nogą by się tym nie zainteresował. Bo niby dlaczego? Gdzie tu ofiara? Wszystkie strony są zadowolone, nikt się nie skarży, nie ma powodu, aby ktokolwiek się mieszał. Problem w tym, ze przedsiębiorcą były prostytutki (i agencje towarzyskie). Choć prostytucja jest legalna (i nieopodatkowana), to czerpanie korzyści z tego procederu już nie.

Mamy tutaj przykład walki z przestępstwami, których nie ma. Bo nie ma przestępstwa bez ofiary. Zakładając brak przymusu ze strony gangu taksówkarskiego do dzielenia się korzyściami z prostytucji w tym konkretnym przypadku, niczym się to nie różni od sytuacji, gdy jakiś inny przedsiębiorca dzieli się zyskiem ze swojej działalności z kimś, kto mu dostarcza klientów. Jeśli nikt tutaj nikogo nie zmusza do prostytucji, a podział zysku jest efektem wzajemnie korzystnej biznesowej relacji, to dlaczego miałoby to być w ogóle nielegalne?

A tak z ciekawości, to jak rozstrzyga się kiedy następuje czerpanie korzyści z prostytucji? Czy firmy telekomunikacyjne sprzedające prostytutkom usługi telefoniczne, które pozwalają im spotykać się z klientami także powinny zostać najechane przez CBŚ i zakute w kajdany?

Może CBŚ zamiast trudzić się w tych „wyjątkowo trudnych” śledztwach, zajęłaby się tymi, gdzie są prawdziwe ofiary? Bo nie bardzo wiem, kto im tutaj za tę trudną i ofiarną pracę podziękuje?

Mit Dzikiego Zachodu

Bardzo często proponując bardzo wolnościowe rozwiązania spotykam się z zarzutem, że wtedy to będzie tak, jak było na Dzikim Zachodzie. W domyśle, strasznie, o wiele gorzej niż jest obecnie, więc cokolwiek, co proponuję, nie ma sensu, bo przecież Dzikiego Zachodu nie chcemy, prawda?

Dziki Zachód, jakim go potocznie się postrzega, głównie przez pryzmat filmów, to mit. Myślę, że w porównaniu do wielu aspektów współczesnego życia, Dziki Zachód wydawałby się nam oazą spokoju i szczęśliwego życia. Tak przynajmniej mogę wywnioskować z materiałów, które mi się udało wyszperać w internecie.

Zacznijmy od mitycznych bandytów, wśród których najbardziej znany jest Billy Kid. Jego mit przypisywał mu ponad 20 ofiar, a hollywoodzkie ekranizacje zgodnie z wymogami rozrywki, jeszcze więcej. Niemniej jednak, ten najbardziej znany przestępca z czasów Dzikiego Zachodu zabił „zaledwie” 4 osoby, a przyczynił się jeszcze do paru ofiar. Jego mit był efektem sprytnej propagandy, z której korzystał sam Billy, bo znacznie mu to ułatwiało bandyckie rzemiosło bez konieczności uciekania się od mordowania. Tak wygląda najsławniejszy bandyta tamtych czasów. To co powiedzieć o tych, którzy polecili strzelać do stoczniowców w 1970 roku, skoro już przy grudniowych rocznicach jesteśmy?

Skoro „gwiazdy” ówczesnej gangsterki nie były aż tak przerażające, to może po prostu ogólny poziom przemocy był na tyle wysoki, aby usprawiedliwić złą opinię Dzikiego Zachodu. Przecież oglądając westerny widzimy, że praktycznie co chwila ktoś do kogoś strzela, co zapewne miało być efektem powszechnego posiadania broni.

Otóż w miastach: Abilene, Ellsworth, Wichita, Dodge City, and Caldwell, czyli największych miastach kowbojskich tamtych czasów, w latach 1870 do 1875 miało miejsce zaledwie 45 zabójstw, czyli 1,5 zabójstwa w sezonie. W Abilene, które uchodziło za najdziksze z tych miast, nikt nie zginął w latach 1869 i 1870. W najgorszym roku w miejscowości Tombstone, tam gdzie miała miejsca strzelanina O.K. Corral, zginęło 5 osób. Sława strzelaniny O.K. Corral to mit stworzony przez mieszkańców w celu przyciągnięcia nowych mieszkańców i turystów.

Przytoczone liczby oznaczają współczynnik zabójstw wynoszący około 1 w przeliczeniu na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównania, dane obecne: USA – 5,0, Polska – 1,28, Finlandia – 2,17, Szwajcaria – 1.01, Europa – 5,4, Świat – 7,6 (a tu interaktywna mapka).

No dobra, może bandyci nie mordowali zbyt często, ale mając na uwadze inny powszechny wizerunek Dzikiego Zachodu, to pewnie napadali i rabowali banki. Otóż i to okazuje się być mitem. Do roku 1900 nie było napadów na banki w żadnym z większych miast stanów Colorado, Wyoming, Montana, obu stanach Dakota, Kansas, Nebraska, Oregon, Washington, Idaho, Nevada, Utah, New Mexico, a jedynie kilka napadów w stanach California i Arizona. W ciągu czterech dekad 1859-1900 w 15 stanach miało miejsce w ogóle zaledwie kilka napadów na banki. Dziś rocznie w Polsce ma miejsce więcej napadów na banki niż na Dziki Zachodzie przez całe dekady.

Jeśli zwiększenie zakresu wolności osobistej oraz pozwolenie uczciwym obywatelom na posiadanie broni ma przybliżyć nas do czasów Dzikiego Zachodu, co prorokują przeciwnicy wolności, to powinniśmy zrobić to czym prędzej. Oczywiście nie dlatego, że występuje korelacja (bo to nie musi być przyczyna), ale dlatego, że to po prostu słuszne.

Źródła:

Młodzież przyszłością narodu

Jak na razie, to młodzież wydaje się „specjalistom” przyszłością narodowej gangsterki (bandziorki). Nic dziwnego, lata nauczania, że zawsze za nas odpowiedzialny jest ktoś inny (rodzina, społeczeństwo, rówieśnicy, nawet państwo) nieuchronnie prowadzi do takich rezultatów. Skończy się, jak zwykle, na alarmach. Nam zawsze pozostanie ucieczka, bo o właściwym przygotowaniu się na rozboje ze strony młodocianych bandytów raczej nie będzie mowy.

Rynek jednak lubi wypełniać próżnię, więc warto wiedzieć, że zawsze znajdzie się jakaś furtka, której powszechni obecnie „rozbrajacze ofiar” nie znajdą. Natknąłem się niedawno na bardzo interesujący koncept i produkt – parasol obronny – bardzo wytrzymały (niełamliwy – po przejechaniu po nim czołgiem „kinda works”) parasol, który poza tradycyjną funkcją, może być niezłym narzędziem do samoobrony, czymś w rodzaju solidnej pałki, która jest znacznie skuteczniejsza w odpieraniu ataków niż gołe ręce (i telefon komórkowy z nieodpowiadającym numerem 997).

Oczywiście, $215 z wysyłką do Polski to nie jest zbyt tanio, szczególnie za parasol. Ale z drugiej strony można go zabrać wszędzie, nie wzbudza też przerażania u tych, którzy z powodu własnych obaw chcą wszystkich wystawiać na niebezpieczeństwo napadów ze strony młodocianych bandziorów, pozbawiając nas prawa posiadania skuteczniejszych środków do samoobrony – broni palnej.

Bo powszechnie wiadomo, że im bardziej bezbronny jesteś, tym bardziej bezpieczny przed bandytami.

Wielki Brat nieskuteczny

Jak donosi BBC, ktoś zadał sobie trud zbadania skuteczności działania miliona kamer obserwujących londyńczyków, oczywiście w celu poprawy ich bezpieczeństwa i podniesienia wykrywalności przestępstw. Okazuje się, że do wykrycia jednego przestępstwa potrzeba 1000 kamer – to znaczy owe milion kamer przyczyniło się do wykrycia zaledwie tysiąca przestępstw. Mimo utopienia milionów funtów w instalację tych urządzeń i topienia dalszych w ich obsługę, efektywność okazała się dość marna. Jak twierdzi policja „społeczności czują się bezpieczniej”, ale fakty pokazują, że wpływ kamer na bezpieczeństwo jest dość iluzoryczny.

No, ale przydadzą się, jak trzeba będzie wprowadzić wreszcie ten Angsoc.