Pasy w Trybunale

Trybunał Konstytucyjny zajmie się kwestią legalności obowiązku zapinania pasów w samochodach. Nie oczekuję pozytywnego rozstrzygnięcia, bo TK to dość elastyczny twór, który często orzeka w zgodzie z bliżej nieokreślonym interesem ogółu, czyli najczęściej jak zawieje wiatr historii. A i sama konstytucja to nadęty zlepek bzdur, więc można ją naginać dowolnie i olewaćm gdy zajdzie potrzeba, jak robi się chyba z każdą obecnie konstytucją na świecie.

A w samym temacie, przytoczę zdanie mojego przyjaciela z USA, który tak podsumował tamtejsze podejście motocyklistów do jazdy w kasku: jak kto sobie ceni łeb, to taki zakłada na niego kask. Słusznie, jego sprawa, czy chce sobie czachę rozwalić. Z pasami jest podobnie – jak ktoś nie ceni sobie życia i zdrowia, ani swoich pasażerów, to niech się nie zapina. Ja się zapinam.

Natomiast objęcie tej czynności obowiązkiem jest niczym innym, a dobitnym przykładem tego, że państwo nie uznaje nas za ludzi wolnych, ale za swoich niewolników. I nie pomoże argumentacja o kosztach leczenia itp. bo to też wymysł naszego państwa, który podobnie jak przymus zapinania pasów, należałoby znieść.

I obserwując debaty na ten temat, widzę jak wielu ludziom trudno jest zrozumieć, że można pochwalać jeżdżenie w pasach, a jednocześnie być przeciwnikiem przymusu ich zapinania. Jedno naprawdę nie wynika z drugiego. Na zakończenie znakomity filmik w temacie, z którego także nie wynika, że powinien być przymus:

Niebezpieczni kierowcy

Mark R. Crovelli pisze o problemie niebezpiecznych kierowców i ich prawnej kategoryzacji:

Jednym z najbardziej rażących problemów z prawem dotyczącym nietrzeźwych kierowców jest to, że ono w oczywisty sposób dyskryminuje i karze tylko jedną klasę niebezpiecznych kierowców. Nietrzeźwi kierowcy są aresztowani, płacą wysokie grzywny, otrzymują wyroki więzienia, tracą „przywilej” prowadzenia pojazdów, muszą przechodzić odwyk, itp. Inni niebezpieczni kierowcy nie są podmiotem tak drakońskich kar. Jeśli babcia zostanie zatrzymana przez policję za przekraczanie linii ciągłej na ten przykład, to nikt nie wywlecze jej z jej Cadillaca, nie zostanie skuta kajdankami, osadzona w areszcie, skazana na odwyk i doprowadzona grzywnami do bankructwa. Co najwyżej, o ile nikogo nie skrzywdziła, zostanie odstawiona do domu i być może straci „przywilej” prowadzenia pojazdów po państwowych drogach (nie utraci jednak „przywileju” opłacania ich). Podobnie, mężczyzna, który postanowi nie jeździć w wymaganych przez prawo okularach lub soczewkach kontaktowych, nie musi martwić się, że zostanie zatrzymany na „rutynową kontrolę szkieł korekcyjnych”, gdzie policja drogowa będzie łowić bezokularowych kierowców, aby ich poniżać, aresztować, karać mandatami i wysyłać do więzień. Przeciwnie, ten niebezpieczny kierowca podczas zatrzymania przez policję zostanie poinstruowany, że musi nosić okulary i najwyżej dostanie rutynowy (i zasilający policyjną kasę) mandacik. Z pewnością nie musi martwić się on o to, że zostanie wysłany na wiele lat do więzienia, gdy zdecyduje się na jazdę bez okularów – chyba że kogoś faktycznie skrzywdzi.

Takie ostre ściganie wyłącznie pijanych kierowców, zamiast wszystkich niebezpiecznych kierowców, sprawia, że nasz system prawny staje się kpiną. Jest to sytuacja, gdy jedna grupa demonizowanych i społecznie napiętnowanych kierowców jest bezlitośnie ścigana, a inni nie demonizowani kierowcy są praktycznie ignorowani – mimo że obie grupy narażają życie innych ludzi. Człowiek, który zapomina albo celowo ignoruje konieczność noszenia okularów, które są mu potrzebne do bezpiecznej jazdy, tak samo naraża życie innych jak ktoś, kto wypija pięć drinków i siada za kółkiem. Babcia ryzykuje życiem innych, gdy decyduje się na przejażdżkę do fryzjerki w sytuacji, gdy nie posiada już odpowiednich predyspozycji umysłowych czy motorycznych. Nastolatek, który przegląda swoją kolekcję płyt CD jadąc 100 km/h także naraża życie innych. Mamuśka, która uspokaja dzieci na tylnych siedzeniach, próbując zmusić je do zaprzestania wyrywania sobie nawzajem włosów podczas jazdy, także naraża życie innych. Policjant, który kieruje kolanami, gdy jednocześnie wprowadza dane do pokładowego komputera, naraża życie innych. Kobieta przeglądająca zawartość swojej torebki w poszukiwaniu tuszu do rzęs jadąc trasą szybkiego ruchu, naraża życie innych. Kierowca ciężarówki, który prowadząc poszukuje zaginionego pod siedzeniem batonika, naraża życie innych. Taką listę można rozciągać w nieskończoność.

Czy któremuś z tych niebezpiecznych kierowców grozi obudzenie się wśród betonowych ściań lokalnego więzienia za to, że nieostrożnie narażali życie innych? Z pewnością nie, a właściwie to są kompletnie ignorowani przez policję i prawodawców. Mogą, owszem, otrzymać jakiś mandat, może jakieś punkty, gdy zostaną zatrzymani, ale z pewnością nie muszą się martwić, że wylądują w państwowym więzieniu, gdy zacznie zdarzać się to częściej. Nie muszą martwić się o utratę pracy, ani też nie będą musieli wypełniać formularzy, w których będą zwierzać się, że zostali aresztowani za nakładanie makijażu podczas jazdy. Nie muszą martwić się, że stracą prawa jazdy na lata, bo szukali batonika pod siedzeniem. A już z pewnością nie muszą martwić się, że rząd będzie wyciągał od nich tysiące dolarów.

[…]

Skupiając się na wybranej grupie niebezpiecznych kierowców zapomniałem zauważyć, że jazda samochodem jest jedną z najniebezpieczniejszych rzeczy, które może robić człowiek w USA – dla siebie i innych na drodze. Jeśli zasadą jest, że musimy karać tych, którzy ryzykują życiem innych, co jest powodem istnienia praw dotyczących prowadzenia pod wpływem alkoholu w tym kraju, więc może lepiej pójść na całość i w ogóle zabronić prowadzenia pojazdów. Gdy osoba siada za kółkiem samochodu, to przecież naraża na ryzyko nie tylko swoje życie, ale życie wszystkich innych na drodze. Jeśli nie podoba ci się pomysł takiego kompletnego zakazu, to jesteś nieczułym draniem, który nie zna nikogo, kto zginął w wypadku samochodowym.

Oczywiście, istnieje sposób na ominięcie wyciągania takich wniosków, który na dodatek zgodny jest z zasadą równości wobec prawa, a polega na tym, że karze się ludzi, gdy faktycznie uczynią komuś krzywdę. Dotyczy to kierowców po 65 roku życia, nastolatków, malujących się kobiet, a także pijanych kierowców. Ta opcja może zostać zastosowana uniwersalnie do wszystkich istot ludzkich, w dowolnym miejscu i czasie, zgodnie z zasadą równości wobec prawa, a na dodatek nie będzie wymagała stworzenia ścisłego państwa opiekuńczo-policyjnego. To opcja, która uznaje nadane ludziom przez Boga prawo do życie, wolności i własności.

Taka opcja także nie wciąga nas w hipokryzję, gdy wytyka się komuś piwo w dłoni własną ręką dzierżącą tusz do rzęs.

Trudno się nie zgodzić z autorem, że mamy do czynienia z demonizowaniem pewnych zachowań. Dlaczego jest to demonizowanie? Bo nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. W Polsce ponad 90% wypadków powodują niebezpieczni kierowcy, którzy są zupełnie trzeźwi. Jazda po pijaku nie jest ani główną, ani największą przyczyną wypadków.

Być może jest to jednak efektem prewencji i społecznego demonizowania niebezpiecznej jazdy na gazie? I gdyby nie to, to w zasadzie mielibyśmy masowe mordy dokonywane przez nieustannie pijanych kierowców, które stałyby się takim sportem narodowym? To jest ten sposób argumentacji, którego używają ci, którzy są przeciwni dania obywatelom prawa do skutecznej samoobrony przy użyciu broni palnej.

Znów sięgnę po statystki, aby poszukać informacji, jak ma się wpływ limitu zawartości alkoholu we krwi na ilość wypadków związanych z pijanymi kierowcami. Przyjąłem, że większy limit oznacza tolerancję dla pijanych kierowców i większe przyzwolenie społeczne na jazdę po spożyciu alkoholu.

Zacznijmy od USA, gdzie limit jest wysoki, bo wynosi 0,08%. Oficjalne statystyki wskazują na znaczny odsetek pijanych kierowców w wypadkach, bo wynoszący aż 32%. Co ciekawe, nie wszyscy się z tym zgadzają i tutaj natrafiłem na opracowanie, które twierdzi, że w oparciu o faktyczne dane, odsetek ten wynosi 12,8% (i nawet jest nagroda dla tego, kto potwierdzi dane oficjalne). Przy okazji wyszło, że akurat te dane statystyczne fałszuje się niejako z urzędu. Uwzględniają one także sytuacje, w których niekoniecznie sprawca wypadku jest pijany. Zresztą u nas chyba też za sprawcę wypadku uznaje się kierowcę, który był nietrzeźwy niezależnie, czy był faktycznym sprawcą wypadku – to podwyższa ilość wypadków spowodowanych przez nietrzeźwych.

W UK limit jest także wysoki (0,08%) i tam nietrzeźwi odpowiedzialni są za 6% ofiar wypadków i za 16% ofiar śmiertelnych. Trochę więcej niż w w naszym kraju i na poziomie podobnym do USA.

Pozostaje pytanie, czy gdyby w Polsce limit był 0,08%, to ilość wypadków z winy nietrzeźwych znacząco by wzrosła? Trudno mi orzec, bo z jednej strony sprawcy wypadków, który obecnie uznawani byliby za nietrzeźwych, przy wyższym limicie przestaliby nimi być. Podniesiony limit mógłby rzeczywiście zachęcać do jazdy po alkoholu. Nie wydaje mi się, że można stwierdzić jednoznacznie, że podniesienie limitu poskutkowałoby natychmiast radykalną zmianą statystyk – wciąż większość śmiertelnych wypadków powodowaliby całkiem trzeźwi, a bardzo niebezpieczni kierowcy.

Na końcu uwaga – nie jestem zwolennikiem jazdy po pijaku i nie zamierzam pijanych kierowców usprawiedliwiać. Jest to zachowanie nierozważne i niebezpieczne, a sprawcy wypadków pod wpływem alkoholu powinni być karani, podobnie jak sprawcy innych wypadków. Nie jeżdżę kilkanaście godzin po wypiciu nawet najmniejszej ilości alkoholu, a po dobrej imprezie nie jeżdżę całą następną dobę.

Oświetleniowych absurdów ciąg dalszy

To, że Polska jest krajem, w którym wyjątkowo aktywnie działają rozmaici polepszacze świata, chyba nie powinno mnie specjalnie dziwić. Generalnie ich działalność jakoś tak mnie ogólnie opływa i rozmywa się w ogóle produkowanych przez nich absurdów. Ale bywa, że czasem coś szczególnie mi dopiecze.

Kiedyś wymyślili, że trzeba jeździć na światłach cały rok, bo to rzekomo poprawia bezpieczeństwo. O ile ta korzyść jest iluzoryczna (statystyki na razie jej nie wykazują), to koszty w postaci zwiększenia zużycia paliwa i żarówek są jak najbardziej namacalne. No, ale więcej paliwa to więcej podatków, o co może tutaj naprawdę chodzić, reszta to typowe mydlenie oczu. Zwiększy się może bezpieczeństwo, a przy okazji nakosi hajsu na poprawianie świata w innych dziedzinach. I, przy okazji, dla siebie.

A globalne ocieplenie, któremu ponoć nie sprzyja zwiększone spalanie? Na to pozbiera się kasę przy innej okazji. Na przykład opodatkowując jeszcze bardziej paliwo. Zawsze znajdzie się sposób.

Ale wracając do tematu – dopuszcza się u nas też jazdę na specjalnych światłach do jazdy dziennej (DRL), które generalnie mają mniejszą moc i zużycie energii. Dodatkowo część samochodów ma możliwość pracy normalnych świateł w trybie zredukowanej jasności, które wtedy pełnią rolę świateł do jazdy dziennej. Nawet europejscy poprawiacze świata ze stosownej komisji przygotowali odpowiednią dyrektywę ECE-R87, która harmonizuje przepisy dotyczące świateł w krajach członkowskich WE.

Mój nowy samochód, choć nie europejczyk, ma stosowny tryb DRL. Wygodny, automatyczny, zmieniający na światła mijania przy spadku jasności, miód malina. Wszystko zgodne ze stosowną normą. Powinienem się cieszyć, bo mogę jeździć bezpiecznie, zgodnie z normami europejskimi (przecież nie ma nic lepszego na tym świecie, nieprawdaż?), a przy okazji nie ocieplać globu tak bardzo, tak jak mógłbym. Otóż nie, gdyż polscy naprawiacze świata postanowili być bardziej papiescy niż europejscy papieże biurokratycznej wiary i postanowili postanowienia dyrektywy trochę „poprawić”.

Otóż światła do jazdy dziennej w Polsce muszą jednocześnie świecić z tylnymi światłami pozycyjnymi (po naszemu, światłami tylnymi po prostu). Na to nie wpadli oryginalni pomysłodawcy, gdyż im najwyraźniej zależało na zwiększeniu widoczności samochodów nadjeżdżających z przeciwka, które się do nas niebezpiecznie zbliżają (i sumują się nasze wzajemne prędkości), a nie zwiększeniu widoczności samochodów oddalających się. Ba, na chłopski rozum, to włączone tyle światła pozycyjne zmniejszają widoczność włączania świateł stop, które na bezpieczeństwo mają dość znaczący wpływ i lepiej, gdy ich się w dzień nie używa. No, ale nie będę takich rzeczy uczył naszych najtęższych sejmowych głów – na pewno wiedzą lepiej.

No cóż, mój samochód światła DRL ma zaprojektowane pod wymogi mniej nadgorliwych drogowych faszystów, więc na terenie naszego kraju muszę jeździć na światłach mijania. I dodatkowo ocieplać nasz udręczony glob, jakby mało było efektów działania silnika V6, który mam pod maską.

Niebezpieczne auta

Od dwóch tygodni jestem posiadaczem nowego auta. No, nie nowego, bo w opinii przeciwników importu aut używanych, to jest dwuletni wrak z małym przebiegiem zagrażający bezpieczeństwu ruchu drogowego znacznie bardziej od mojego obecnego, 9-letniego koreańczyka wyprodukowanego w Polsce. Co gorsza, ta obiegowa opinia znajduje potwierdzenie w stanie prawnym – na razie auto nie może zostać dopuszczone do ruchu po przestronnych i bezpiecznych drogach RP. A dlaczego? A to dlatego, że choć to auto japońskie, to zostało sprowadzone z USA, znanego siedliska najgorszego motoryzacyjnego zła.

Jak wiadomo, w USA porusza się ponad 250 milionów szalenie niebezpiecznych maszyn, dopuszczenie których na nasze fantastyczne drogi krajowe, zagroziłoby życiu, zdrowiu i mieniu pozostałych uczestników ruchu. Źródłem zagrożenia ze strony mojego auta jest jego oświetlenie, i to zarówno to, które ma, jak i to, którego nie ma.

Zacznijmy od tyłu, czyli od świateł brakujących. Otóż nie ma tam tylnego światła przeciwmgielnego. Czyli tego, którego w zasadzie nie można używać, gdyż określane prawem sytuacje zdarzają się przeciętnemu kierowcy niezmiernie rzadko. Ja sam, przez 9 lat jeżdżenia, użyłem go może ze 2 razy, a i w tych obu przypadkach też bym sobie jakoś poradził. Amerykanie jakoś sobie radzą, a nie wydaje mi się, aby mgły nie nawiedzały kontynentu amerykańskiego tak często, jak nas. O ile uzasadnione użycie tylnego światła przeciwmgielnego to rzadkość, to nieprzepisowe i znacznie bardziej niebezpieczne przypadki włączania tego światła, gdy nie ma żadnej potrzeby, to właściwie norma.

Natomiast światła, które mam, czyli symetryczne światła mijania, to druga przeszkoda w dopuszczeniu auta do ruchu. O ile mogę zrozumieć ten przepis, to rzeczywistość jest całkiem inna. Mimo symetryczności, światła w moim samochodzie świecą całkiem nieźle i raczej nikogo nie oślepiają. Z pewnością świecą lepiej niż wiele świateł, które widuję na co dzień, w bezpiecznych i dopuszczonych do ruchu autach europejskich. No ale norm nie spełniają i już.

Oczywiście, rozwiązaniem problemu jest wymiana świateł, z czym oczywiście liczyłem się zakupując auto w USA. Niemniej jednak, wymiana sprawnych urządzeń na inne, tylko dlatego, że ktoś ma taki właśnie pomysł naprawiania świata, trochę mnie wkurza. O kosztach nie wspominając.

Dla pewności postanowiłem sprawdzić statystki. Skoro mamy takie przepisy, to pewnie jednak u nas jest dzieki tym oświetleniowym wymogom znacznie lepiej. Jak się spodziewałem, nie tutaj tkwi problem bezpieczeństwa na drogach. Przynajmniej w Polsce.

Ze statystyk z 2006 roku z Polski i USA wyciągnąłem następujące dane:

  • W USA, ponad 251 milionów pojazdów spowodowało wypadki z 42624 ofiarami śmiertelnymi, co daje prawie 17 ofiar na 100 tysięcy pojazdów.
  • W Polsce, znacznie bezpieczniejsze, bo przecież właściwie oświetlone pojazdy w liczbie 18 milionów spowodowały wypadki z 5243 ofiarami śmiertelnymi, a więc ponad 27 ofiar na każde 100 tysięcy poruszających się pojazdów.

Tak, oświetlenie musi być tutaj kluczową sprawą, nieprawdaż? Szczególnie w Polsce.

Nowe auto sobie stoi w warsztacie, a ja szukam tanich reflektorów na wymianę. No i jeżdżę starym. Bezpiecznym i świetnie oświetlonym.

Powiew wolności dla kierowców w Kalifornii

Już wkrótce kierowcy w Kalifornii będą mogli cieszyć się odrobiną wolności. Przynajmniej ci, którzy chcieliby przykleić sobie na przedniej szybie urządzenie do nawigacji GPS. Bo będą to mogli robić bez obawy o mandat za złamania tamtejszego prawa. Teraz przyssanie sobie dżipiesa do przedniej szyby jest legalne. Ciekawym jednak jest zastrzeżenie, że może ono być używane jedynie do nawigacji „door to door” – nie można go używać, aby tak sobie po prostu wyświetlać pozycję na mapie?