Złodzieje kłócą się o kasę

Mowa oczywiście o politykach, którzy właśnie wrzucili sobie na tapetę temat finansowania partii politycznych z budżetu. Temat wypłynął, bo okazało się, że za część tych ukradzionych nam pieniędzy ktoś w PO dobrze się ubrał, popił, zakąsił i zapalił. Elegancko, jak na gangstera przystało.

Tak, w budżecie są wyłącznie pieniądze odebrane nam wszystkim siłą, w skutek działania zorganizowanej grupy przestępczej zwanej państwem. To, że to samo państwo rozgrzeszyło siebie z tej bandyckiej działalności nie zmienia faktu, że niczym to się nie różni od zwykłej grabieży.

Oczywiście pada wiele argumentów za tym, aby jednak finansowanie z budżetu pozostawić, ale najciekawszy przedstawił poseł Hofman z PiSu – gdy nie będzie finansowania z budżetu, to do sejmu wejdą gangsterzy i przestępcy. Szkoda, że poseł nie zauważył, że sam jest gangsterem, który uważa, że można spokojnie rabować ojców, matki i dzieci, aby zasilić kasę jego ugrupowania i zapewnić mu beztroskie życie. Złodziei więc w sejmie nie brakuje, nie mamy się więc bać, że sytuacja się jakoś drastycznie zmieni.

Rozmawiajmy o likwidacji podatków

Łatwiej było przekonać ludzi, aby oddawali połowę swoich dochodów, swe dzieci na wojnę, oraz wolność na zawsze – niż zachęcić ich do poważnego zastanowienia się, jak mogłyby funkcjonować drogi przy braku opodatkowania.

Znakomity cytat z wypowiedzi Stefana Molyneux. Właśnie, zazwyczaj, gdy rozpoczyna się dyskusja na bardziej „kontrowersyjne” tematy wolnościowe, to często przeciwnicy wolności, nieważne, czy świadomi, czy też nie, odrzucają nawet propozycje porozmawiania na temat tego, jak mogłyby działać pewne instytucje, które obecnie są domeną państwa i jego urzędników.

Często rozważania na te tematy nazywa się „niedorzecznymi i nierealnymi”, a jednocześnie bez szemrania przyjmuje się za niepodlegający dyskusji pewnik, że od „śmierci i podatków nie ma ucieczki”.

Warto i należy o tym rozmawiać – podatki nie są koniecznością i można bez nich żyć.

Ktokolwiek wygra… my przegramy

Tytuł tego wpisu to slogan reklamowy (tagline) firmy Obcy kontra Predator i idealnie oddaje mój stosunek do aktualnej polityki w naszym kraju oraz mojego stosunku do niej. Chyba oddaje także stosunek wielu wolnościowców, którym zarzuca się bierność i obojętność w zakresie uczestnictwa w wyborach.

Aktualny polski pejzaż polityczny w idealny sposób pasuje do powyższego hasła. Nie ma zupełnie znaczenia, która z wiodących partii wygra wyborczy wyścig i zdobędzie największe poparcie wśród tych, którym jeszcze chce się brać udział w tej zabawie. Nie ma znaczenia, czy będzie to „obciachowy” PiS, czy „cool” PO, czy aparatczykowie z SLD ubrani w drogie garnitury, czy kuci na cztery nogi „chłopi” z PSL pod wodzą blaszanego drwala.

W każdym wypadku przegramy my, ponieważ każda z tych opcji jest taka sama, każda z nich zakłada, że celem państwa jest zabieranie jednym, a dawaniem innym. Zmieniają się odrobinę grupy docelowe tej redystrybucji, ale źródło pozostaje zawsze to samo – my, przegrani. Nie ma znaczenie, na kogo z nich zagłosujemy, bo nie ma wśród nich „mniejszego zła”. Nikt z nich nie zwiększy nam wolności osobistej, ani też nie zwiększy naszej wolności ekonomicznej – bo nie jest to w ich interesie. Opowiadanie się po którejkolwiek ze stron to jedynie próba racjonalizacji naszego postępowania, wyjaśniania sobie dlaczego właściwie godzimy się na to, aby być ich niewolnikami.

Tak, przez pół roku wykonujemy pracę, za którą nie pobieramy żadnego wynagrodzenia, a jego całość przechodzi w ręce naszych „panów”, którzy potem po uważaniu porozdzielają ją innym, zmarnują i, oczywiście, część zachowają dla siebie. Niczym nie różni się to od sytuacji, w której ktoś jasno mówi – w tym kraju nie ma żadnych podatków, wszystko, co zarobicie, zostaje u was, ale… przez pół roku będziecie czyimiś niewolnikami i wszystko, co wypracujecie, zostanie w rękach waszych właścicieli. Nie wątpię, że nie znalazło by się wielu chętnych na taką „umowę społeczną”, ale jak zostało to nam podane w bardziej zawoalowany sposób, to jesteśmy szczęśliwi, że możemy wybrać sobie pana, z nadzieją, że będzie z niego „ludzki pan”.

Nie zamierzam brać udziału w wyborze lepszego pana. Chcę zniesienia niewolnictwa, a udział w wyborach nie przybliża mnie do tego celu. Nie wiem jak zniesiemy to niewolnictwo, ale nie wydaje mi się, że będzie to przy urnach.

Ja już się zrzucam

Poseł PIS, Wiesław Janczyk, zaproponował, aby utworzyć specjalne konto bankowe, na które Polacy mogliby wpłacać pieniądze na spłatę długu. Aby mieli mniejszy dyskomfort patrząc na zegar długu, który nam (i bardzo dobrze) zafundował Balcerowicz, teraz najwyraźniej naznaczony do roli krytyka przecież mu zupełnie nieobcej metody rządzenia gospodarką.

Poseł PIS najwyraźniej zapomniał, że bardzo wielu z nas już zna doskonale numery stosownych kont, na które karnie co miesiąc wpłaca pieniądze, z których przecież ten dług jest spłacany. Są to konta właściwych nam Urzędów Skarbowych. Staramy się jak możemy, ale rządy kolejne (niezależnie od ich politycznego oblicza) zadłużają nas szybciej niż jesteśmy w stanie dostarczać im kasę. Panowie, litości, przecież tak się staramy!

Poseł pomysłodawca chce, abyśmy zabezpieczyli się przed przekroczeniem progu, który pozbawi nas unijnych dotacji, od „których zależy domowy budżet wielu Polaków”. Nie obracam się w kręgach, w których ktoś otrzymuje dotacje do budżetu domowego z Unii, ale poseł Janczyk najwyraźniej ma innych znajomych, bardziej zaradnych w życiu na cudzy koszt. Swoją drogą, bardzo to ciekawa koncepcja, aby wpłacać pieniądze do jakiegoś obcego wora w nadziei, że z innego obcego wora coś nam ktoś da. To nie prościej zatrzymać sobie pieniądze i je po prostu mieć? No, nie wymagajmy jednak elementarnej logiki od posła na Sejm RP. Nie takie potrzebne są do rządzenia nami kwalifikacje. Najwyraźniej.

Owszem, ja jestem bardzo zatroskany o stan finansów państwa i stan ten powoduje u mnie dyskomfort, nawet spory. Nie dlatego jednak, że stan finansów jest zły, ale dlatego, że jestem zmuszony do spłacania (poprzez znane mi doskonale konta US) długów, których nie zaciągałem. I jedyną metodą poprawienia mojego samopoczucia jest zmniejszenie tych danin, a najlepiej zupełna ich likwidacje. A o długi niech się martwią ci, którzy pożyczali – jedni i drudzy – dający i biorący. Tak byłoby słusznie i sprawiedliwe. Wywieźć jednych i drugich na jakąś wyspę, np. na Madagaskar, i niech tam sobie wyjaśnią swoje sprawy. Bo nas zupełnie nie powinno to obchodzić.

Rząd to złodziej

Co gorsza, jest nawet gorszy, jak zauważył Lysander Spooner:

Oczywiście rząd nie napada ludzi na pustkowiu, nie wyskakuje z krzaków przy drodze i nie przetrząsa im kieszeni, przystawiwszy pistolet do skroni. Jednakże wcale nie przestaje być z tego powodu złodziejem i to tym bardziej podłym i godnym potępienia.

Rabuś bierze na siebie odpowiedzialność, ryzyko i konsekwencje swojego czynu. Nie udaje, że ma jakiekolwiek prawo do twoich pieniędzy albo że zamierza ich użyć dla twojego dobra. Nie udaje, że nie jest złodziejem. Nie jest na tyle bezczelny, żeby oświadczyć, iż jest tylko „obrońcą”, który pobiera opłaty od uwielbiających go podróżnych, a w zamian zapewnia im ochronę, nawet jeśli jej nie potrzebują lub nie życzą sobie skorzystać z jego specyficznego systemu ochrony. Ma na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie wygłaszać takich oświadczeń. Co więcej, zabrawszy pieniądze, zostawia cię w spokoju. Nie depcze ci po piętach wbrew twojej woli. Nie narzuca swojego „suwerennego” zwierzchnictwa ze względu na „ochronę”, którą oferuje. Nie daje ci „ochrony”, każąc sobie bić pokłony i usługiwać, polecając robić to czy tamto, to znów zabraniając czegoś. Nie napada cię ponownie za każdym razem, kiedy potrzebuje pieniędzy lub przyjdzie mu na to ochota. Nie nazywa cię buntownikiem, zdrajcą i wrogiem ojczyzny, nie rozstrzeliwuje cię bez litości, jeśli próbujesz podważyć jego autorytet albo odmawiasz mu posłuszeństwa. Jest zbyt przyzwoity na to, żeby dopuścić się tych wszystkich oszustw, obelg i nieprawości. Po prostu, pozbawiwszy cię pieniędzy, nie usiłuje zrobić z ciebie głupka ani niewolnika.

Powyższy cytat pochodzi z tekstu „NO TREASON NO. VI. THE CONSTITUTION OF NO AUTHORITY„, a tłumaczenie zaczerpnąłem z książki Hansa-Hermana HoppeDemokracja – bóg, który zawiódł

Tak, słowa te zostały opublikowane w 1867 roku, czyli 143 lata temu, a nie straciły nic ze swej aktualności. Ba, obecne rządy to dopiero rozzuchwaliły się w rabunku, oczywiście wszystko dla naszego dobra, dla realizowania „sprawiedliwości społecznej”, czy z innego, wymyślonego powodu. Polecam ten tekst tym, który muszą sobie oraz innym usprawiedliwiać to niecne działanie. Jakiekolwiek znajdziecie usprawiedliwienia dla podatków, nic nie będzie w stanie ukryć faktu, że to złodziejstwo, tyle że bardziej perfidne i przypudrowane otoczką „legalności”.