W odpowiedzi na cenzurę

Kilka dni temu miały miejsce głośne dość zajęcia przez agencje amerykańskiego rządu kilkudziesięciu domen, pod pretekstem akcji zwalczającej naruszania praw autorskich i handlu podróbkami. Nie była to pierwsza akcja, w której rząd amerykański, zamiast przejmować się jurysdykcją, zasadnością itp. po prostu wykorzystał fakt, że system nazw domenowych (DNS) zarządzany jest centralnie przez jedną instytucję na świecie (ICANN), na dodatek amerykańską i zamiast bawić się z wyrokami, likwidacją hostów i serwerów, bo prostu przejął domenę przekierowując ją na swój serwer z ładnym obrazkiem.

Oczywiście, kontrowersje budzi zarówno kwestia zasadności takich działań – na jakich podstawach wytypowano domeny, czy ich skuteczności – serwisy wciąż działają i dostępne są bezpośrednio poprzez adres IP, czy też inne, nie zajęte jeszcze domeny. Co gorsza, skoro można przejmować domeny na podstawie samych podejrzeń, to co stoi na przeszkodzie, aby użyć tego mechanizmu do cenzurowania treści, jak choćby takich, które pojawiają się w serwisie Wikileaks?

Oczywiście, to działanie połowiczne, nastawione na doraźny zysk i przeszkodzenie mniej umiejętnym użytkownikom internetu. Co gorsza, mają one szanse na powodzenie jedynie w sytuacji istnienia scentralizowanego systemu nazw domen. Sam fakt, że jest on pod kontrolą instytucji amerykańskiej dodatkowo ułatwia sprawę, ale to nie jest największa wada tego systemu.

W odpowiedzi na takie działania, z pewnością nie ostatnie, rozpoczęto prace na alternatywnym, rozproszonym systemem nazw domen – dot-p2p.org – oparty o zasadę P2P, czyli wymiany informacji o nazwach pomiędzy komputerami uczestniczącymi w systemie bez pośrednictwa systemu centralnego przy pomocy protokołu podobnego do bittorrent. Czy system powstanie i będzie działał, to się okaże, ale obserwując działania rządu USA i nowe cenzorskie prawo tamże uchwalane, ma duże szanse na powodzenie w walce z cenzurą. Na razie rząd wygrywa potyczki, ale jeszcze nie wygrał wojny z wolnością słowa w internecie.

Infoanarchiści w Libertasie?

Wojciech Wierzejski donosi:

Pierwszy projekt to Ustawa o wolności w Internecie. – Nie może być tak, że jakiekolwiek osoby będą ścigane czy też wsadzane do więzienia, za ściąganie plików z Internetu. Tego typu działania można porównywać do walk z cywilizacją, które tłumią rozwój najbardziej zaawansowanej technologicznie formy przekazu informacji – powiedział dr Tomasz Sommer, lider pomorskiej listy Libertas.

Nie, nie czytam Wierzejskiego – dowiedziałem się z Onetu. Niemniej jednak, dobrze że problem wychodzi do na szersze wody. Nic z tego nie będzie, ale zawsze ziarenko zostanie zasiane.

Oddajcie kasę, złodzieje!

Ciekawy wpis o „ściągactwie”.

Porównanie obu sytuacji wyraźnie dowodzi, że mamy do czynienia z terrorem tzw. twórców i ich aliantów wymierzonym w ludność cywilną. Wszelkie przywileje zachłannie zgarniają pod siebie wytwórcy, wszelkimi obciążeniami obarczając odbiorców. Wobec tak nierównego traktowania stawianie zarzutów o niemoralności ściągaczy jest… niemoralne właśnie. A skoro to niemoralne postępowanie, to mamy prawo się bronić. Poprzez ściągactwo.

Spectrial

Minął własnie drugi tydzień procesu właścicieli i operatorów największego trackera torrentowego The Pirate Bay. Jest to spore wydarzenie medialne w Szwecji oraz bardzo interesujące wydarzenie dla wszystkich interesujących się problemami P2P i swoich praw w sieci. Sami oskarżeni nie tracą dobrego humoru i starają się nadać sprawie jak największy rozgłos, nie na darmo nazywając go „spectrial”, czyli połączeniem procesu i spektaklu. Jest on relacjonowany na żywo poprzez internet, serwis Twitter i na wielu stronach.

Jak na razie prokuratorom nie idzie najlepiej. Już wycofali połowę najcięższych zarzutów i wykazali się kompletnym brakiem rzetelnej wiedzy technicznej niezbędnej w sprawie tego rodzaju. Zobaczymy jak będzie dalej.

W piątek przesłuchiwano świadków obrony i z tym wiąże się ciekawe wydarzenie. Jednym ze świadków był profesor Roger Wallis, który wypowiadał się w kwestiach faktycznego wpływu wymiany plików na sprzedaż płyt czy filmów. Oczywiście jego tezy o braku negatywnego efektu niezbyt podobały się oskarżycielom, którzy próbowali go zdyskredytować. Gdy go na koniec zapytano o wynagrodzenie za swoje wystąpienie, odpowiedział „Wyślijcie kwiaty mojej żonie”. I społeczność fanów serwisu The Pirate Bay odpowiedziała wysyłając w ciągu następnych dni pani Wallis dziesiątki bukietów i upominki w sumie za ponad 4000 euro. Tak trzymać!