Automat perkusyjny

Jako że mam taki wspominkowy tydzień, głównie za sprawą wywiadu dla Polygamii, postanowiłem sprawdzić, co stało się z programem „Automat Perkusyjny”, który napisałem kiedyś na małe Atari. Mile ten program wspominam, bo zarobiłem na nim tyle, że stać mnie było na dość drogi magnetowid firmy Sony, mój pierwszy w życiu i ostatni. Program napisałem zupełnie hobbystycznie – to dowód na to, że kasa nie jest motywem tworzenia – a kasa wpadła przy niespodziewanie i przy okazji. Była więc i satysfakcja, i także finansowa gratyfikacja. Idealne rozwiązanie.

Szybkie wyszukiwanie w Google i znalazłem stronkę, gdzie było stosowne archiwum programów na 8-bitowe Atari. Ściągnąłem plik, który, jak się okazało, zawierał nie tylko wykonywalny plik programu, ale także kody źródłowe (a nie doczytałem tego na stronie, choć tam to jasno napisane – Atari XL/XE Source Archive). To zdziwiło mnie o tyle, że ja sam tych kodów nie mam, bo gdzieś mi tam zaginęły przez te niemalże 20 lat, które upłynęły od napisania programu. Co za ciekawa niespodzianka, po tylu latach odzyskać niektóre swoje źródła, bo znalazłem tam także inne swoje programy.

Po kolejnym przejrzeniu wyników wyszukiwania zdobyłem emulator Atari i po chwili pobawiłem się automatem perkusyjnym mojego autorstwa. No dobrze, nie całkiem mojego, bo same próbki instrumentów bezczelnie zripowałem („ukradłem”) z innego, podobnego programu na Atari. Tamten program miał próbki, których nie miałem jak zdobyć, ale też miał jakiś koszmarny i zupełnie nieużyteczny interfejs, który czynił go niezdatnym do praktycznego użytku. Ja wtedy postanowiłem naprawić tę niedogodność i zaoferować światu coś użytecznego. Przy okazji, to jaskrawy przykład tego, że monopol prawno-autorski stoi na przeszkodzie udoskonaleniom.

Pobawiłem się chwilę, ale jakość parobitowych sampli (nie pamiętam już, jaką rozdzielczość miały) jest raczej trudna do zniesienia, więc przestałem i pomyślałem, że fajnie byłoby znaleźć coś podobnego na PC, z równie łatwym programowaniem i lepszym brzmieniem. Pomyślałem wprawdzie o systemie Audiotool, o którym kiedyś pisałem, ale pomyślałem, że to zbyt poważna sprawa jak na moje chęci i możliwości – wolałbym coś o poziomie skomplikowania obsługi właśnie atarowskiego automatu, a nie rozbudowany i wierny emulator maszyn Rolanda.

Natychmiast o sprawie zapomniałem, bo internet umie rozpraszać na miliony sposobów. Aż tu dzisiaj, jakoś zupełnie przypadkiem, czytając elektroniczne wydanie branżowego magazynu o dźwięku i muzyce, natrafiłem na ciekawy link – Monkey Machine. To właśnie prosty automat perkusyjny, aplikacja Java działająca online, której nawet nie trzeba instalować, a można się zacząć bawić. Nic skomplikowanego, ale przynajmniej nieźle brzmi (różne zestawy bębnów do wyboru) i nie sili się na coś specjalnego. Dokładnie to, o co chodziło.

Strumieniem z PC na iPoda

Mój wysłużony iPod touch to urządzenie pierwszej generacji zakupione z ciekawości tuż po premierze i jestem z tej decyzji ogromnie zadowolony. Dzięki niemu obejrzałem setki odcinków sitcomów, na które nie miałbym inaczej zupełnie czasu, posłuchałem trochę muzyki w chwilach, gdy nie miałem pod ręką ani radia ani komputera, no i zapewniał mi kontakt ze światem podczas wielu podróży dzięki WiFi i doskonałym programom, w tym przeglądarce.

Niestety, 8GB to nie za wiele jak na takie urządzenie – połowę zajmuje muzyka, kilkaset megabajtów różne aplikacje, a resztę przeznaczam na bieżący zapas odcinków aktualnie oglądanego serialu. Na dodatek zarządzanie tym wszystkim odbywa się poprzez program iTunes, który nie jest zbyt wygodnym narzędziem (aż dziw, że firmuje to Apple) oferującym przesadną mnogość opcji i możliwości. Nie tyle ubogość samego iTunes jest tu problemem, ale fakt, że muszę go używać zamiast korzystać zapewne z wielu innych narzędzi, które byłby dostępne w sytuacji, gdyby iPod był otwartym systemem, na który po prostu kopiuje się pliki.

Moja biblioteka muzyczna to oczywiście więcej niż 4 GB, więc muszę starannie dobierać sobie to, co zamierzam na iPodzie przechowywać. I jak to w życiu bywa, najczęściej nie ma na nim tego, czego chciałbym w danym momencie posłuchać. Jest to szczególnie upierdliwe, gdy chcę skorzystać z nabytej okazyjnie stacji dokującej Logitecha, która mimo niewielkich gabarytów, całkiem przyjemnie gra. W takich sytuacjach jestem skazany na to, co aktualnie siedzi na iPodzie, albo mogę skorzystać z wielu stacji radiowych dostępnych poprzez uruchamiane na iPodzie aplikacje. Z drugiej strony, na komputerze domowym mam dość bogatą bibliotekę plików muzycznych, które tylko czekają na odtworzenie ich poprzez iPoda osadzonego w stacji dokującej. Przecież jest WiFi, wystarczy tylko jakoś sprząc te 2 urządzenia. Postanowiłem zgłębić temat tzw. streamowania muzyki z PC na iPoda.

Okazało się to prostsze niż myślałem. Są dwa szybkie i proste rozwiązania. Oba płatne, ale nie są to jakieś powalające koszty, a w przypadku jednego rozwiązań wręcz pomijalne. W obu przypadkach instalujemy na PC (także na Macu, a nawet Linuxie) darmowy serwer, który indeksuje naszą bibliotekę muzyczną, a następnie serwuje strumieniem interesującą nas muzykę do, już płatnej, aplikacji na iPoda touch czy iPhone’a. Sterowanie całością oczywiście odbywa się po stronie iPoda, komputer pozostaje jedynie wykonawcą naszych poleceń. W obu przypadkach nawiązywanie połączenia odbywa się poprzez centralny serwer serwisu, co może wydawać się przesadą, ale też ma rozliczne zalety -możemy naszej muzyki słuchać także poprzez internet, gdziekolwiek się do niego podepniemy, a w przypadku iPhone’a, gdziekolwiek mamy internet mobilny (i stać nas na taką rozrzutność). Dodatkową zaletą centralnego serwera kontaktowego jest możliwość dzielenia się naszą muzyką z innymi użytkownikami.

Simplify Media to rozwiązanie droższe, choć wydaje mi się, że trochę ładniej dopracowane – głównie ze względu na mniejszy zestaw możliwości. Pozawala ono udostępniać jedynie pliki audio oraz fotografie. Instalacja serwera jest prosta, choć przedstawiane możliwości wyboru, które pliki chcę udostępniać, wprawiły mnie w zakłopotanie, bo wydawały mi się nie ofiarować opcji przydatnej mnie osobiście, czyli po prostu wyboru konkretnego folderu. Opcja taka, oczywiście, jest, ale jakoś tak źle nazwana. Poza instalacją serwera, który jest widoczny jako ikonka w zasobniku systemowym (trayu), trzeba jeszcze zarejestrować się w serwisie: wybrać sobie nazwę użytkownika i hasło, które pozwoli nam połączyć się z iPoda z naszym serwerem. Po stronie iPoda musimy nabyć odpowiednią aplikację, niestety, osobną do muzyki i osobną do zdjęć. Mnie interesowała tylko muzyka, więc musiałem wyskoczyć z 6 euro.

Sama aplikacja jest mniej więcej funkcjonalnym odpowiednikiem odtwarzacza z iPoda, możemy przeglądać zawartość muzycznej biblioteki po albumach, wykonawcach, wyszukiwać, zaznaczać ulubione, no i oczywiście, odtwarzać. Jeśli w plikach zakodowana jest okładka, to ją zobaczymy. Dodatkowo program umie wyszukać informacji o wykonawcy (czasem po polsku) i zapodać tekst, jeśli znajdzie. Prosto i przyjemnie, co widać na obrazkach, ale trzeba trochę zapłacić.

Drugie rozwiązanie – system Orb – jest tańsze i na dodatek oferuje znacznie więcej funkcji. Działa analogicznie – instalujemy darmowy serwer, który wskakuje do zasobnika, wskazujemy mu jaki folder chcemy udostępniać, związujemy go z kontem w serwisie i jesteśmy gotowi do zabawy, czyli użytkowania udostępnionych plików medialnych.

W przeciwieństwie do poprzedniego rozwiązania, tu możemy udostępniać całą gamę plików: muzykę, fotografie, wideo, dokumenty, a nawet gry. Po drugie, ilość urządzeń, na których możemy korzystać z tych plików jest znacznie większa. Przede wszystkim dowolny komputer z przeglądarką podłączony do internetu – i już mamy dostęp do udostępnianych danych. Są oczywiście specjalne aplikacje na iPoda i iPhone’a, można dostać się poprzez przeglądarki innych urządzeń mobilnych, a także z poziomu nowoczesnych konsol do gier (PS3, X360 czy Wii). Jak reklamują twórcy serwisu – możemy uwolnić swoje pliki medialne i mieć do nich dostęp wszędzie.

Mnie interesowała jedynie muzyka i to na iPodzie, więc zakupiłem w AppStore odpowiednią aplikację, tym razem za niezmiernie przystępną cenę 79 eurocentów. Sama aplikacja to znów standard – możliwość przeglądania udostępnionych folderów z muzyką i odtwarzanie czego tam chcę z funkcjonalnością zbliżoną do standardowego odtwarzacza. Oczywiście wyświetla okładki płyt. Jeśli chcemy mieć dostęp do wszystkich rodzajów mediów, to trzeba zapłacić 8 euro.

Całość sprawia trochę wrażenie mniej dopracowanej, ale ilość możliwości jest przecież olbrzymia i z pewnością warta jest swojej ceny i przymknięcia oka na pewne niedoskonałości. Jeśli ograniczymy się do samej muzyki, przynajmniej na iPodzie, to koszty też są minimalne.

Oba systemy wypróbowałem zdalnie, czyli poprzez naszą firmową sieć. Bez problemu obie aplikacje automatycznie połączyły się z moim komputerem i serwowały mi muzykę, którą sobie zażyczyłem. Dodatkowo wytestowałem dostęp do systemu Orb z przeglądarki na komputerze stacjonarnym i wszystko działało jak trzeba, łącznie z flashowym playerem.

Oba systemy pozwalają na udostępnianie naszej muzyki innym użytkownikom tych serwisów. Nie zgłębiałem jeszcze tego tematu, bo na razie wśród moich znajomych jestem pierwszą osobą, która zbadała ten temat. W każdy razie da się i może kiedyś z tego skorzystam.

Tak naprawdę, to chciałem jedynie posłuchać sobie muzy z kompa poprzez iPoda i stację dokującą, a odkryłem całkiem nowy świat ciekawych możliwości. Wszystko fajnie, ale mój stacjonarny komputer zużywa zbyt dużo prądu, aby działać jako serwer medialny non-stop. Gdybmł miał jakiegoś nettopa, to co innego. Ale gdybym zdecydował się na taki wydatek, to pewnie dawno kupiłbym sobie iPoda touch 64GB i w ogóle nie zainteresowałbym się tym tematem…

Pomysłowy artysta

Moldover – nie tylko nagrał płytę, ale wydał ją w bardzo interesujący sposób. Wydanie specjalne „Awesome Edition” to nie tylko płyta w pudełku, ale specjalny układ elektroniczny, gdzie ścieżki drukowane są spisem utworów, ale jednocześnie pełni on rolę instrumentu muzycznego (z głośniczkiem i gniazdkiem słuchawkowym) – czymś w rodzaju sterowanego światłem theremina.

Brawa za pomysłowość!

Trent Reznor radzi

Trent Reznor, muzyk, który bardziej znany ze swej formacji Nine Inch Nails na własnym forum postanowił udzielić paru dobrych rad aspirującym wykonawcom, którzy stoją na początku muzycznej kariery. Ponieważ najgorszym przekleństwem dla artysty jest pozostanie nieznanym, to rady Reznora potwierdzają ten znany od dawna fakt.

Proponuje w zasadzie dwie drogi. Pierwsza, to sprzedaż się do jednej z czołowych wytwórni i skorzystanie z ich potencjału marketingowego, sprzedanie milionów płyt i zarobienie megakasiory. Świetny plan, ale praktycznie niedostępny, wymagający niesamowitego szczęścia.

Druga to wzięcie spraw w swoje ręce:

Przestań myśleć o tym, że zarobisz prawdziwe pieniądze na sprzedaży płyt. Wyprodukuj swą płytę tanio (ale dobrze) i ROZDAJ JĄ. Jako artysta chcesz, aby usłyszało ją jak najwięcej ludzi. Ustne rekomendacje to jedyny rodzaj marketingu, który się liczy.

Dalej artysta daje konkretne rady jakich metod dystrybucji używać, jakich nowoczesnych narzędzi marketingowych używać i jak zarabiać. Konkretnie i bez darcia szat – należy zaakceptować sytuację jaka jest, zaadaptować się i korzystać z tego, co oferuje internet.

Prawda jest taka: nikt nie wie, co teraz robić, łącznie ze mną. Muzyczny model biznesowy jest właśnie się zepsuł. To oznacza, że każdy etat w przemyśle muzycznym wymaga reedukacji, aby nauczyć się / odkryć / zaadaptować do nowej sytuacji. Zmiany mogą być bolesne, trudne i przerażające.