Jak powiększyć kupkę

Jakiś czas temu skarżyłem się na rosnącą kupkę książek do przeczytania. Na razie ubyła z niej jedna pozycja, a od tego czasu zdążyłem dokupić jedną w American Bookstore oraz wysyłkowo kupić 3 kolejne w brytyjskiej wysyłkowej księgarni The Book Depository.

Zachęciła mnie darmowa wysyłka, a same ceny też były bardzo przystępne. Zamówiłem 3 książki, za które w sumie zapłaciłem 22 euro, co nawet przy obecnym kursie daje bardzo przyzwoitą cenę za egzemplarz, mieszczącą się w polskich realiach cenowych. Przesyłka (właściwie 3 koperty) dotarła w ciągu tygodnia, co również jest niezłym wynikiem. Jest to zdecydowanie korzystniejsza alternatywa niż brytyjski, czy amerykański Amazon. Zagraniczne książki, krajowe ceny, darmowa wysyłka – oby jak najdłużej.

Kopiowanie jest naturalne

Cory Doctorow, pisarz science-fiction, tak mówi o powodach, dla których pozwala i popiera kopiowanie jego książek:

A teraz o powodach artystycznych. Jest dwudziesty pierwszy wiek. Kopiowanie nigdy, przenigdy nie stanie się trudniejsze niż jest obecnie (a jeśli tak się stanie, to dlatego że upadła cywilizacja, a wtedy będziemy mieli inne problemy). Dyski twarde nie staną się mniej poręczne, droższe i mniej pojemne. Sieci komputerowe nie staną się wolniejsze i mniej dostępne. Jeśli nie tworzysz sztuki z intencją, że będzie powielana, to nie tworzysz sztuki na miarę dwudziestego pierwszego wieku. Jest coś czarującego w tworzeniu dzieł, których nie chcesz powielać, w taki sam sposób, w jaki fajnie jest odwiedzić skansen i zobaczyć jak kowal w kuźni podkuwa konia. Ale ciężko uznać to za nowoczesne. Jestem pisarzem science-fiction. Moim zadaniem jest pisanie o przyszłości (jeśli mam dobry dzień), albo przynajmniej o teraźniejszości. Sztuka, której nie ma się dać kopiować jest z przeszłości.

Na koniec, spójrzmy na powody moralnie. Kopiowanie rzeczy jest naturalne. W taki sposób się uczymy (kopiujemy rodziców i ludzi wokół nas). Moje pierwsze opowiadanie, które napisałem w wielu sześciu lat, było ponownie opisaną ekstatyczną historią Gwiezdnych Wojen, która właśnie obejrzałem w kinie. A teraz internet – najskuteczniejsza w świecie maszyna kopiująca – jest praktycznie wszędzie, więc nasz instynkt kopiowania będzie odgrywał coraz większą rolę. Nie ma sposobu, aby powstrzymał swoich czytelników, a nawet gdybym spróbował, to byłbym hipokrytą, bo gdy miałem 17 lat nagrywałem taśmy składanki, kserowałem opowiadania i ogólnie kopiowałem na wszystkie możliwe sposoby. Gdyby był wtedy internet, to bym go używał do kopiowania jak by się tylko dało.

Nie ma sposobu, aby to zatrzymać, a ci, którzy próbują to robić, wyrządzają więcej szkód niż jacykolwiek piraci. Bezsensowna święta wojna przemysłu nagraniowego z ludźmi wymieniającymi się plikami muzycznymi (ponad 20 tysięcy fanów muzyki już podano do sądu i to nie koniec!) jest przykładem absurdalności prób wydobycia barwnika z basenu. Jeśli wybór jest pomiędzy zezwoleniem na kopiowanie, a byciem zbirem terroryzującym wszystkich w około, to wybieram to pierwsze.

Polecam uwadze naszym, krajowym pisarzom sci-fi

Kolejka

Dawno nic nie pisałem o fantastyce, a to dlatego, że jakoś inne tematy były ważniejsza, a w ogóle na nic nie mam czasu, więc trzeba sobie ustawiać jakoś blogowe priorytety. Zerknąłem niedawno na półkę, na której zbieram zakupione książki (tutaj uwaga dla pana Pilipiuka, tak, kupuję książki) z szeroko pojętej tematyki science-fiction. Sytuacja zaczyna mnie przerażać – książek przybywa znacznie szybciej niż jestem w stanie je czytać. Teraz w kolejce czekają:

Minie pewnie z rok zanim to przeczytam, bo ostatnio moje tempo czytania zaczęło spadać i zbliżać się niebezpiecznie do średniej krajowej. Wszystko przez ten internet, no i ipoda, na którym można przecież oglądać tyle fajnych seriali.

O fantastyce zbiorczo

Pogoda nie sprzyja poważnym wpisom, więc walnę teraz taki rekreacyjny, zbiorczy wpis z kategorii fantastyka. Głównie na pożytek wyszukiwarkom.

Powróćmy to Alastaira Reynoldsa, którego „Przestrzeń objawienia” bardzo chwaliłem, ale kolejne tomy trylogii już znacznie mniej. Zaliczyłem niedawno tzw. spin-off tej serii, czyli „Chasm City”. W Polsce książka ta wydana została jako „Migotliwa Wstęga”, tyle że w dwóch tomach, czyli znacznie drożej. Naprawdę wkurza mnie ten obyczaj polskich wydawców dzielenia sporych dzieł SF na więcej tomów, niż miał ich oryginał. W ten sposób oryginalna książka może kosztować nawet mniej niż jeden z takich podzielonych tomów. Ja wiem, że to sprytny sposób, aby zarobić więcej, ale bez przesady. Wracając do tematu – „Chasm City” jest świetna, wyraźny powrót do formy.

Również pozytywnie zaskoczył mnie Reynolds w innej książce – „Century Rain”. Kupiłem wydanie w sztywnych okładkach w American Bookstore, z spore pieniądze, i nie żałowałem. Jest to znakomite połączenie detektywistycznej powieści noir z lat 40-tych ubiegłego wieku z nowoczesną techniką przyszłości. Ze sporo jednak przewagą powieści detektywistycznej dziejącej się w czymś w rodzaju alternatywnej wersji naszej przeszłości. Polecam.

Nie ukrywam, że po lekturze 6-tomowej trylogii Petera F. Hamiltona, urósł on w mych oczach do aktualnego mistrza space opery. Stąd z chęcią sięgnąłem po jego inne książki. „Fallen Dragon” raczej mnie rozczarował, choć to dość solidne militarne SF, ale zabrakło w nim takiego rozmachu, jakiego się spodziewałem. Natomiast „Pandora’s Star” i kontynuacja „Judas Unchained” to Hamilton w swojej pełnej space operowej formie. Międzygwiezdna Wspólnota składająca się z setek planet połączonych bramami (wormhole’ami) „otwiera” planetę Pandory, wypuszczając na wolność agresywną rasę obcych, których jedynym celem jest zawładnięcie wszechświatem. Oprócz militarnych rozgrywek, z którymi Hamilton daje sobie znakomicie radę, mamy sporo eksploracji rozmaitych światów, trochę intryg i ponad 1500 stron do przeczytania. Tak, tak, to lubię.

Jakiś czas temu obejrzałem sobie film „Serenity” zachęcony pozytywnymi recenzjami, szczególnie tymi, które podkreślały lekko antypaństwowy charakter tego filmu. Nie byłem przekonany do koncepcji westernu SF, ale film był całkiem niezły. Kilka miesięcy później postanowiłem zapoznać się 14 odcinkami serialu „Firefly”, który był podstawą owego filmu. Warto był – serial jest znacznie lepszy. Muszę powiedzieć, że formuła westernu w serialu sprawdziła się znacznie lepiej. Postacie były znacznie lepiej zarysowane niż w filmie, całe tło także, plus ciekawe fabuły. Świetny serial, naprawdę szkoda, że został zlikwidowany właśnie po tych 14 odcinkach – czasem komercyjne decyzje amerykańskich telewizji bywają zupełnie niezrozumiałe. Jeśli ktoś jeszcze nie widział serialu i filmu, niech obejrzy je w takiej właśnie kolejności – zapewni to znacznie lepsze doznania.

Na koniec Dan Simmons. To oczywiście też jeden z autorów SF, który zna znaczenia „rozmach” w kreacji swoich światów. „Ilion” był niezmiernie zachęcający i z pewną niecierpliwością czekałem na kontynuację – „Olimp”. Niestety, doczekałem się jej w dwóch tomach, czyli drożej. Na dodatek kontynuacja jest znacznie słabsza niż tom pierwszy, co jest chyba jest dość charakterystyczne dla Simmonsa. Ale mało kto tak potrafi zaskoczyć i zachwycić pomysłami, jak Simmons – tu najbardziej urzekł mnie Eiffelbahn, czyli kolejka linowa oplatająca znaczną część Ziemi oparta o połączone kablami repliki wieży Eiffla. Lubię zagłębiać się w światy, które Simmons odważnie kreuje, ale tego odnośniki do literatury plus filozoficzne dysputy często mnie po prostu nudzą. Dziś przypadkiem wpadłem na Ilionowe Wiki, to sobie coś poczytam.