Cenzura w imię interesów

Gdy rozmawiam o przyszłości praw autorskich (czy ogólnie IP), staram się uzmysłowić moim rozmówcom, że jedyną konsekwencją popierania istniejącego systemu będzie rozrastająca się inwigilacja i kontrola komunikacji. W czasach, gdy znacząca większość przedmiotów prawa autorskiego może zostać przeniesiona do postaci cyfrowej, która bez problemu, łatwo i wygodnie może być powielana, rozpowszechniana oraz przechowywana, to nie ma innego sposobu, aby te czynności kontrolować, jak poprzez inwigilację komunikacji oraz tego, w jaki używamy naszych własnych cyfrowych urządzeń.

Naruszanie praw autorskich jest obecnie równie proste jak oddychanie, więc „właściciele” tych praw muszą zatroszczyć się, abyśmy nie mogli sobie swobodnie oddychać. Totalna inwigilacja jest jeszcze poza ich zasięgiem – wciąż mamy miliony komputerów ogólnego przeznaczenia, o których wykorzystaniu jeszcze sami decydujemy, więc automatyczna totalna inwigilacja sprawia pewien kłopot. Tu jeszcze, bez wjazdu na chatę w towarzystwie policji, niewiele się da zrobić.

Natomiast nasza komunikacja w sieci internet to już coś trochę. ACTA to była jedna z wielu prób ograniczenia swobody komunikacji w internecie. W USA właśnie ogłoszono, że dostawcy sieci dogadują się z kartelami medialnymi co do systemu szykanowania i karania tych klientów korzystających z dostępu do internetu, którzy zostaną przez kartele pomówieni o „piractwo”. Im też utrudni się komunikację, jeśli ktoś weźmie ich na celownik.

Gorzej, gdy duża firma, która niewątpliwie jest beneficjentem obecnego reżimu praw autorskich, oferuje jakąś usługę komunikacyjną, z które korzysta wielu użytkowników. Wtedy trudno oprzeć się pokusie, aby z treści przekazywanych właśnie taką usługą wyciąć, niczym cenzorskimi nożyczkami coś, co będzie treścią „niewłaściwą”. Na takim działaniu został właśnie przyłapany Microsoft, który postanowił cenzurować i wycinać odnośniki do serwisu The Pirate Bay w prywatnych wiadomościach, które przekazywali sobie użytkownicy komunikatora Windows Live Messenger. Oczywiście, pod pretekstem, że strona TPB jest niebezpieczna (zawiera złośliwe oprogramowanie) i jest to działanie w trosce o klienta. Każdy, kto korzystał z TPB wie, że to bzdura i jedynie pretekst.

No i na razie jest to działanie jawne – pojawia się komunikat o działaniu cenzury, niczym w gazetach z końca lat 90., ale wiadomo, że kiedyś można przecież pójść dalej i zacząć załatwiać te sprawy bardziej przezroczyście, przynajmniej dla ofiar, pardon, klientów.

Jeśli ktoś potrzebował dowodu, w jakim kierunku musi iść egzekwowanie praw autorskich, to właśnie go dostał. I ja wcale nie przesadzam.