140 znaków na wyłączność

Gdy tworzyłem poprzedni wpis o cenzurowaniu w imię ochrony „własności” intelektualnej, nie sądziłem, że wkrótce otrzymam jeszcze lepszy przykład. Bo kwestię chwilowego usunięcia gigantycznej liczby blogów z powodu przedrukowania 279 wyrazów można uznać, od biedy, za nieszczęśliwy wypadek przy pracy.

Okazało się, że przyczyną cenzurowania może być zacytowanie znacznie mniejszej liczby wyrazów. A konkretnie nie większej niż 140 znaków – nie wiem ile to jest średnio wyrazów – czyli nie dłuższej niż maksymalny rozmiar wiadomości jednorazowo publikowanej na platformie mikroblogowej Twitter.

Jak się niedawno dowiedziałem, Twitter dostawał doniesienia o naruszaniu prawa autorskiego właśnie w owych króciutkich wpisach, które to wpisy następnie kasował. Teraz jednak, aby uczynić ten proces bardziej transparentnym, zamiast wpisu dostajemy komunikat, że ten wpis został oprotestowany pod pretekstem naruszania praw autorskich, czyli ocenzurowany.

Tak, okazuje się, że można w 140 znakach naruszyć czyjąś intelektualną „własność”. Są ludzie, którzy na poważnie uważają, że można posiadać na własność ciąg maksymalnie 140 znaków. Że na taki zestaw znaków należy im się wyłączność w zakresie dysponowania nim, bo… tu ciśnie się na ekran jedyny stosowny komentarz:

Cenzura w imię interesów

Gdy rozmawiam o przyszłości praw autorskich (czy ogólnie IP), staram się uzmysłowić moim rozmówcom, że jedyną konsekwencją popierania istniejącego systemu będzie rozrastająca się inwigilacja i kontrola komunikacji. W czasach, gdy znacząca większość przedmiotów prawa autorskiego może zostać przeniesiona do postaci cyfrowej, która bez problemu, łatwo i wygodnie może być powielana, rozpowszechniana oraz przechowywana, to nie ma innego sposobu, aby te czynności kontrolować, jak poprzez inwigilację komunikacji oraz tego, w jaki używamy naszych własnych cyfrowych urządzeń.

Naruszanie praw autorskich jest obecnie równie proste jak oddychanie, więc „właściciele” tych praw muszą zatroszczyć się, abyśmy nie mogli sobie swobodnie oddychać. Totalna inwigilacja jest jeszcze poza ich zasięgiem – wciąż mamy miliony komputerów ogólnego przeznaczenia, o których wykorzystaniu jeszcze sami decydujemy, więc automatyczna totalna inwigilacja sprawia pewien kłopot. Tu jeszcze, bez wjazdu na chatę w towarzystwie policji, niewiele się da zrobić.

Natomiast nasza komunikacja w sieci internet to już coś trochę. ACTA to była jedna z wielu prób ograniczenia swobody komunikacji w internecie. W USA właśnie ogłoszono, że dostawcy sieci dogadują się z kartelami medialnymi co do systemu szykanowania i karania tych klientów korzystających z dostępu do internetu, którzy zostaną przez kartele pomówieni o „piractwo”. Im też utrudni się komunikację, jeśli ktoś weźmie ich na celownik.

Gorzej, gdy duża firma, która niewątpliwie jest beneficjentem obecnego reżimu praw autorskich, oferuje jakąś usługę komunikacyjną, z które korzysta wielu użytkowników. Wtedy trudno oprzeć się pokusie, aby z treści przekazywanych właśnie taką usługą wyciąć, niczym cenzorskimi nożyczkami coś, co będzie treścią „niewłaściwą”. Na takim działaniu został właśnie przyłapany Microsoft, który postanowił cenzurować i wycinać odnośniki do serwisu The Pirate Bay w prywatnych wiadomościach, które przekazywali sobie użytkownicy komunikatora Windows Live Messenger. Oczywiście, pod pretekstem, że strona TPB jest niebezpieczna (zawiera złośliwe oprogramowanie) i jest to działanie w trosce o klienta. Każdy, kto korzystał z TPB wie, że to bzdura i jedynie pretekst.

No i na razie jest to działanie jawne – pojawia się komunikat o działaniu cenzury, niczym w gazetach z końca lat 90., ale wiadomo, że kiedyś można przecież pójść dalej i zacząć załatwiać te sprawy bardziej przezroczyście, przynajmniej dla ofiar, pardon, klientów.

Jeśli ktoś potrzebował dowodu, w jakim kierunku musi iść egzekwowanie praw autorskich, to właśnie go dostał. I ja wcale nie przesadzam.

Intelektualna amunicja w wojnie o wolny internet

Przez Polskę oraz inne kraje przelewa się fala demonstracji sprzeciwu wobec traktatu ACTA. Biorą w niej udział głównie młodzi ludzie, którzy w zacieśnianiu szponów reżimu „własności” intelektualnej widzą zagrożenie dla siebie, swojej wolności, prywatności i własności, oraz przy okazji, dla internetu. Wielu z nich na pewno nie potrafi uzasadnić dlaczego są przeciw, ale wiedzą, że zmiany, które proponują takie akty prawne jak ACTA (czy amerykańska SOPA) stoją w jawnej sprzeczności z ich wyczuciem jaki powinien być porządek prawny w nowoczesnym, w coraz większym stopniu objętym cyfryzacją społeczeństwie. Nie godzą się z tym, że powszechnie nazywa się ich „złodziejami”, a protesty przeciwko rozbudowywanej inwigilacji internetowej komunikacji, przeciwko naruszaniu prywatności, przeciwko ograniczaniu praw obywateli na korzyść organizacji i karteli medialnych, to coś więcej niż walka o prawo „do jumania”.

Wiem, że brakuje młodym ludziom dobrej teoretycznej podbudowy do tego, co czują i co wyrażają swoimi protestami. Przygotowałem więc małą ściągę, kilka publikacji, które warto przeczytać, i które dostarczą dużo intelektualnej amunicji, cennej wiedzy w dyskusjach z tymi, którzy wszystko sprowadzają do kwestii „jumania” muzyki i filmów.

Teksty przeciwko własności intelektualnej po polsku:

Teksty przeciwko własności intelektualnej po angielsku:

Jeśli kogoś interesuje łagodniejsze spojrzenie na problemy praw autorskich (czy ogólnie IP), bardziej zainteresowany jest reformą istniejącego systemu, a nie jego abolicją:

Miłej lektury. I witam po mojej stronie barykady tych, którzy zdecydują się tu pozostać.

Dlaczego „własność intelektualna” nie jest prawdziwą własnością

Wykład wideo Stephana Kinselli “Why ‘Intellectual Property’ is not Genuine Property”:

Dla tych mniej biegłych w rozumieniu angielskiego, tutaj znajduje się transkrypt wykładu. Ja zacytuję przetłumaczone podsumowanie:

Musimy uznać, jako zwolennicy libertarianizmu, jako pryncypialni orędownicy wolności, nauki, ludzkiej wiedzy, informacji, konkurencji na wolnym rynku, sprawiedliwości i prywatnych praw własności, że patenty i prawa autorskie są całkowicie, w 100%, sprzeczne z celem praw własności. Podkopują prawa własności. Zakłócają rozwój nauki i zakłócają proces zdobywania wiedzy oraz swobodę wyrażania swoich opinii. Nauka, wiedza i własność są zaprojektowane tak, aby przezwyciężać problemy niedostatków i pozwalać na osiągnięcie dobrobytu. Popieranie więc czegoś coś, co to podkopuje, jest jednocześnie przeciwstawianiem się dobrobytowi, wolności, wiedzy i ideom. Rzekłbym – nie naprawiajmy, ale pozbądźmy się ich [patentów i praw autorskich].