Jednak się da

Nagrałem z Polygamią okolicznościową Polygadkę, w której, między innymi, rozmawialiśmy o mijającej rocznicy Electro Body (Electro Mana). W rozmowie padła kwestia przeniesienia gry na jakąś platformę mobilną, a ja wyraziłem swoje powątpiewanie w sensowność tego zabiegu, bo uważam, że w takie gry źle się gra dotykiem. Okazało się jednak, że mocno się myliłem, bo właśnie odkryłem wideo pokazujące Androidowy port remake’u gry:

Sterowanie sprytnie pomyślane – obyło się bez wirtualnego joysticka. Wschodni sąsiedzi, jak zauważyłem w rozmowie, jednak potrafią.

20 lat Electro Body

Jak podają różne internetowe źródła, 20 lat temu, 21 lutego 1992 roku miała premierę moja pierwsza profesjonalnie wyprodukowana gra – Electro Body. Warto uczcić to jakimś okolicznościowym wpisem.

Electro Body dyskietka

Oto fragment z wersji premierowej gry:

Gra powstała w ciągu 9 miesięcy, z inicjatywy jej producenta i wydawcy – Marka Kubowicza, który zdecydował się w 1991 roku na bardzo odważny krok, czyli stworzenie od podstaw firmy zajmującej się tworzeniem i wydawaniem oprogramowani pudełkowego na PC, w czasach, w których nie istniało pojęcia praw autorskich w odniesieniu do programu komputerowego, a piractwo formalnie uprawiało się jedynie na odległych akwenach. Marek zaproponował mnie i Januszowi Pelcowi przejście do jego nowej firmy i wyprodukowanie dla niego pierwszej gry, którą mógłby wstawić na półkę.

Gra praktycznie w całości (mieliśmy małe wsparcie z doskoku), łącznie z przygotowaniem i promowanie produktu powstała w naszym dwuosobowym zespole, na jednej maszynie XT or jednej AT, które w sumie posiadały 3 MB RAMu. Musieliśmy zaprojektować grę, napisać cały kod, narzędzia, oraz stworzyć grafikę, animacje, ułożyć z niej poziomy wraz z rozgrywką, a potem wszystko przetestować i następnie przygotować produkt do wydania – napisać i złożyć podręcznik, przygotować projekt pudełka (tzw. trumienka), oraz zapewnić materiały reklamowe. Muzykę skomponował i nagrał Daniel Kleczyński, z który współpracowałem jeszcze wielokrotnie.

Chcieliśmy, aby gra oferowała nabywcom specjalne zalety, których nie miała przecież wersja piracka (nawet wtedy nie nielegalna), więc w pudełku ukazała się kaset magnetofonowa ze ścieżką dźwiękową gry. Czyli od razu była to wersja kolekcjonerska.

Były też specjalne wydania z dołączonym przetwornikiem DAC, popularnie zwanym Covoxem, który podłączało się do portu LPT, a niego płynęła znakomita jak na owe czasy 8-bitowa cyfrowa muza i efekty dźwiękowe:

Co ciekawe chyba też wyprzedziliśmy o prawie 2 dekady inny trend, tak skutecznie obecnie wykorzystywany przez firmę CD Projekt Red, czyli wydawanie gry ponownie w Edycji Rozszerzonej (Enhanced Edition). EB pojawiła się w wersji 1.5, ze zmienioną i poprawioną grafiką, przy okazji przygotowywania wersji na rynek zagraniczny, nowym, bardziej kolorowym i większym pudełkiem, oraz z kasetą z przemiksowaną ścieżką dźwiękową.

Wersja 1.5 w wersji na rynek zachodni, przemianowana na życzenie wydawcy na Electro Man wyglądała tak:

Gra odniosła dość niezły sukces, pojawiła się poza polską na rynku niemieckim, angielskim, a potem USA, gdzie wydaniem zajął się Epic MegaGames (ten sam Epic Games, który jest obecnie znanym graczem na rynku gier wideo). W Polsce gra niewątpliwie uzyskała status gry kultowej, która wzbudza nad wyraz dużo pozytywnych emocji i wspomnień wśród tych, którzy w nią grali. To miłe.

Gra doczekała się nawet remake’u, wzbogaconego o edytor:

Że też się ludziom chce…

Electro Body – wprowadzenie

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Przeglądałem wczoraj moje backupy, jeszcze pochodzące z początku lat 90. w poszukiwaniu elektronicznej wersji podręcznika do Electro Body. Odnalazłem, napisałem w Pythonie program do przekodowywania polskich znaków z Mazovii na współczesne kodowanie, zacząłem czytać i wspominać. Gra Electro Body miała w podręczniku krótką historię wprowadzającą, mego autorstwa. Nic specjalnego, ale postanowiłem zamieścić ją poniżej, jako ciekawostkę z 1992 roku.

Jak to się wszystko zaczęło

Jacek obudził się, podniósł głowę spoczywającą na stole, przetarł oczy i spojrzał na zegarek. Było sporo po północy i nie zdziwił się, że pozostał w laboratorium zupełnie sam. Każdy normalny człowiek po dniu wytężonej pracy śpi o tej porze w swojej kabinie.

Zerknąwszy na notatki stwierdził, że próby przekonania samego siebie o własnej chęci do wytężonej pracy mijają się całkowicie z celem. W tej chwili chciał tylko jednego – znaleźć się jak najszybciej w łóżku.

Powoli, by nie rozbudzić się całkowicie, wyłączał, jedno po drugim, pracujące wciąż urządzenia laboratoryjne. Pokój wypełniał się ciszą. Po chwili do jego uszu dobiegał tylko szum wentylacji. Przez moment zastanawiał się, dlaczego konstruktorzy baz kosmicznych i planetarnych nie eliminują tego dźwięku. Być może twórcy stacji nie chcieli, aby jej użytkownicy mieli poczucie zupełnej izolacji, być może miało to imitować zgiełk ziemskiego miasta.

Nagle, zupełnie niespodziewanie ucichł także ten delikatny szum. Jacek zmarszczył czoło i podniósł brwi. Tu, na stacji, awaria wentylacji mogła i powinna budzić niepokój. Wsłuchiwał się z zaciekawieniem w otaczającą go ciszę. Oczekiwał na start wentylacji awaryjnej, powinna właściwie rozpocząć pracę już w momencie awarii.

Fakt takiego dziwnego zachowania się systemów bezpieczeństwa nie budził w nim strachu, miał zaufanie do otaczających go nowoczesnych urządzeń. Był zdziwiony, że technika, od której tak wiele zależy, nagle zawodzi. Zapewne na ekranach w pomieszczeniach kontrolnych pojawiły się ostrzegawcze komunikaty, rozbrzmiewały sygnały alarmowe.

Przynajmniej nie jestem jedynym, który nie śpi – pomyślał i uśmiechnął się w duchu.

Usiadł ponownie przy stoliku i sięgnął po komunikator. Wybrał połączenie z pomieszczeniami kontroli. Po chwili na ekranie pojawiła się czyjaś gniewna twarz. Zanim zdążył otworzyć usta, usłyszał:

– Nie czas na pytania. Mamy tu poważne kłopoty! i ekran zgasł.

W tym momencie zorientował się, że awaria musi być poważna. Przez chwilę zastanawiał się, którego ze swych kolegów obudzić i powiadomić o tych interesujących wydarzeniach. Ponieważ nie mógł się na żadnego zdecydować, pomyślał o żonie. Wybrał połączenie i czekał. Odpowiedź była niespodziewanie szybka. Przeczytał komunikat: „Połączenie niemożliwe do zrealizowania – awaria systemu łączności wewnętrznej”.

Resztki snu uleciały z niego całkowicie. Ruszył ku drzwiom, otworzył je i wyszedł na korytarz. Tu spotkała go kolejna niespodzianka – na korytarzu było ciemno. Nie paliły się nawet światła awaryjne.

Ruszył w mrok, w kierunku windy. Namacał guzik przywołania i nic się nie wydarzyło. Ponowił próby ściągnięcia windy, ale bezskutecznie. Nie zapalała się kontrolka potwierdzająca jej przyjazd. Nie dowierzając coraz bardziej zawodzącej technice, przytknął ucho do drzwi. Cisza potwierdziła jego przypuszczenia – coraz mniej urządzeń działało tej nocy.

Gwałtowny i nieoczekiwany rozwój wypadków wymagał zdecydowanego działania. Postanowił przedostać się na poziom mieszkalny, gdyż zaczął niepokoić się o śpiącą, jak sądził, rodzinę. Dotarcie do nich wymagało skorzystania ze schodów awaryjnych, nie używanych chyba od czasu wybudowania stacji. Przejrzał kilka szuflad i szafek w poszukiwaniu jakiegoś przenośnego źródła światła. Pod stertą notatek znalazł latarkę należącą do jego syna, którą zabrał mu karząc za czytanie książek pod kołdrą. Sprawdził, działała całkiem dobrze, i ruszył spowitym mrokiem korytarzem.

Drzwi na schody awaryjne były tradycyjne, nie wspomagane elektrycznie, pneumatycznie ani hydraulicznie. Otwarcie wymagało tylko odryglowania zamków i użycia dość sporej siły do rozsunięcia ich.

Snop światła z latarki rozjaśnił przestrzeń za drzwiami i okazało się, że schody rzeczywiście tam są. Rozpoczął wspinaczkę w górę. Stukot butów rozbrzmiewał głośnym echem na klatce schodowej. Czuł się trochę nieswojo. Stopnie pokryte były cieniutką warstewką kurzu, który wzbijał się w powietrze, drażniąc nozdrza przywykłe do sterylnego powietrza w pozostałych częściach bazy. Nie orientował się, ile podestów ma do pokonania do następnego poziomu, gdyż nigdy go nie interesowały szczegóły konstrukcji urządzeń, których używał, ani pomieszczeń, w których przebywał. Gdy skierował latarkę w górę, promień zniknął w ciemności.

Nagle przykuł jego uwagę dziwny hałas, wydobywający się z otworów wentylacyjnych i rozbrzmiewający w całej klatce schodów awaryjnych. Usłyszał dalekie echa sygnałów alarmowych, odgłosy uderzeń i wybuchów. Ponaglony tymi niepokojącymi dźwiękami ruszył biegiem w górę schodów.

Po przebyciu paru podestów znalazł się przy drzwiach prowadzących na kolejny poziom. Za nimi powinny znajdować się magazyny. Hałas, który żołnierz bez wątpienia zidentyfikowałby jako odgłosy walki, rozlegał się w dalszym ciągu w pomieszczeniu schodów awaryjnych. Odryglował zamki i rozsunął drzwi.

Korytarz na poziomie magazynowym nie był zupełnie ciemny. Mrok lekko rozjaśniały włączone lampy awaryjne. Było wyraźnie ciszej. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł komunikator na ścianie. Gdy podszedł do niego, ekran rozjarzył się wyświetlając komunikat: „Alarm czerwony – natychmiastowa ewakuacja całego personelu”.

Z otwartych drzwi docierał do niego coraz głośniejszy hałas. Ktoś zbiegał po schodach. Po chwili na korytarz wypadł mężczyzna, którego ubiór jednoznacznie wskazywał na przynależność do wojskowej części obsady bazy.

Żołnierz przystanął gwałtownie i spojrzał na Jacka ze zdziwieniem. Ten rozpoznał w mężczyźnie znajomego ze szkolenia – Placka. Placek ściskał w ręce broń, sporej wielkości miotacz. Skierował go prosto w brzuch Jacka, który zdrętwiał spostrzegłszy ten ruch i wyraz oczu żołnierza. Powoli rozłożył ręce pragnąc tym gestem uspokoić przeciwnika. Placek przypomniał go sobie.

– Co ty tu robisz? – zapytał ze zdziwieniem w głosie. – Myślałem, że na dole nie ma o tej porze nikogo.

– Nie zadawaj głupich pytań – odpowiedział Jacek. – Usiłuję dostać się na górę. Co tam się dzieje? Nic nie działa, nie ma łączności, wentylacji. Oświecisz mnie trochę?

– Nie uwierzysz, ale mamy tu właśnie najazd pieprzonych Obcych – odpowiedział Placek stosownym dla siebie językiem. – Podeszli nasze systemy obronne i przejęli kontrolę nad połową instalacji. Potem wkroczyli i właśnie czyszczą sobie teren.

– Co z resztą załogi?

– No cóż, można powiedzieć, że stawili bohaterski, ale krótki opór przeważającym siłom wroga. Zaryzykuję stwierdzenie, że tylko mnie udało się uciec.

– Co z cywilami? – zapytał Jacek myśląc o swej rodzinie. – Muszę się tam dostać jak najszybciej.

– Zapomnij o nich – odparł Placek sprawdzając stan trzymanej w ręku broni. – Z poziomem mieszkalnym załatwili się bardzo sprawnie. Po prostu go rozhermetyzowali. Nikt tego nie przeżył. Pozostali tylko ci, którzy byli wyżej i niżej, tak jak my. Tych z góry, jak podejrzewam, już wykończyli, pozostaliśmy więc tylko my.

– Idę tam – rzucił Jacek i ruszył w kierunku schodów awaryjnych.

Reakcja Placka była gwałtowna i stanowcza. Wyprzedził Jacka i stanął mu na drodze z bronią wycelowaną w brzuch.

– Nic z tego, stary. Próbowałem dostać się na ten poziom. Drzwi awaryjne są zablokowane. Blokada przy dehermetyzacji. Poza tym Obcy są już poziom nad nami i nie zamierzam tu na nich czekać. I tobie też nie pozwolę.

– Tam jest moja żona i syn – odparł Jacek przez zaciśnięte zęby. – Muszę się tam dostać i ty mi nie będziesz w tym przeszkadzał.

Udając zniechęcenie próbował zmylić uwagę Placka i powalić go jednym skutecznym ciosem, tak jak to widywał na filmach. W momencie, gdy ruszył ręką, żołnierz chwycił go za nią i przystawił mu wylot miotacza do czoła.

– Daj spokój! Przykro mi, stary. Naprawdę – powiedział żołnierz odsuwając broń. – Teraz musimy myśleć tylko o sobie. Oni zaraz tu będą i nie będziemy na nich czekać. Weź się w garść, potem będziemy rozpaczać. Ja też straciłem tam wiele naprawdę bliskich mi osób. Teraz jednak czas na działanie.

W końcu korytarza rozległ się szum rozsuwających się drzwi windy. Za nimi pojawiło się coś w rodzaju samojezdnej maszyny. Placek bez zastanowienia wystrzelił z miotacza w kierunku ruszającego w ich stronę robota. Strzał był niecelny, ale ze ściany buchnął płomień i posypały się szczątki konstrukcji, co zdezorientowało przeciwnika. Placek wystrzelił jeszcze raz, tym razem celnie, trafiając robota w sam środek. Wybuch był na tyle silny, że upadli na podłogę, zasypani szczątkami maszyny. Zaczęła działać  instalacja przeciwpożarowa. Placek podniósł się szybko i pomógł wstać Jackowi. Skierował go w stronę schodów awaryjnych.

– Wiejemy – rzucił – i to szybko. Teraz wiedzą, że ktoś tu jest i będą się starali nas wyeliminować. Pozwolisz, że przejmę inicjatywę.

Wpadli do klatki schodów awaryjnych. Placek zasunął drzwi i z małej odległości wystrzelił z miotacza topiąc zamek. Byli zabezpieczeni na wypadek próby dehermetyzacji tego poziomu. Pchnął Jacka w dół i zaczęli szaleńczo zbiegać po schodach. Po chwili minęli poziom laboratoriów zamykając po drodze otwarte  drzwi awaryjne.

– Dokąd biegniemy? – dysząc zapytał Jacek.

– Do hangarów – rzucił Placek przez ramię. – Zamierzam uciec z tej planety, a do tego potrzebny jest statek. Zniszczymy im kontrolę nad hangarami i lądowiskiem i spróbujemy zwiać w kosmos.

Po chwili przed nimi pojawiły się drzwi do hangarów. Nie było kłopotów z ich otwarciem, poziom był hermetyczny. Z korytarza Placek skierował się do pomieszczeń kontroli. Tam dokonał dzieła zniszczenia wypalając miotaczem wszystkie urządzenia i kable, jakie dojrzał.

– Co robisz? – zapytał Jacek.

– Są tu urządzenia do sterowania hangarami. Chcę pozbawić ich możliwości  kontroli nad naszymi poczynaniami. Teraz poszukaj dla nas skafandrów, gdyż zamierzam otwierać wrota bronią pokładową.

Ruszył w kierunku sporego statku stojącego na wprost olbrzymiej bramy  prowadzącej na lądowisko. Otworzył śluzę i wszedł na pokład. Jacek ruszył w kierunku stojaków ze skafandrami, ale został zawrócony krzykiem  dobiegającym z pokładu statku.

– Wracaj! Nie będą nam potrzebne. Ten statek ma wystarczające zabezpieczenia do walk w próżni i wrogiej atmosferze. Właź na pokład.

– Potrafisz tym sterować? – zapytał Jacek po usadowieniu się w fotelu drugiego pilota.

– Szkolono mnie na podobnym modelu. Mam nadzieję, że dam sobie teraz radę. Będzie mi potrzebna pomoc. Gdy ruszymy z miejsca, będziesz musiał przebić nam drogę salwą z broni pokładowej.

Placek sprawnie ożywił statek. Rozjarzyły się ekrany. Przed Jackiem pojawił się pulpit sterowania bronią. Zanim zdążył zaprotestować, Placek ustawił wszystkie potrzebne parametry i na ekranie pojawił się najzwyklejszy krzyż celowniczy.

– Musisz wystrzelić, gdy odległość od wrót będzie mniejsza niż 20. Wskaźnik odległości masz w prawym górnym rogu. Jeśli się pośpieszysz, to wiązka o tej mocy będzie zbyt szeroka, może uszkodzić konstrukcję nośną i wtedy pół stacji zawali nam się na głowę. Nie pomogę ci, gdyż będziemy lecieli na ręcznym sterowaniu, co w tych warunkach jest bardzo absorbujące. Wyceluj w środek drzwi i wal, jak będziemy dostatecznie blisko.

Poczuli zmianę ciśnienia towarzyszącą zamykaniu i uszczelnianiu śluzy wejściowej. Natychmiast po tym kabinę wypełnił hałas pracujących silników. Statek uniósł się nad podłogę hangaru i powoli obrócił się w stronę wrót lądowiska. Placek dał znak i ruszyli w tym kierunku. Salwa z dział pokładowych została odpalona we właściwym momencie. Potężny wybuch rozsadził drzwi. Pole widzenia zasłonił dym i latające we wszystkich kierunkach odłamki. Ekrany natychmiast zmieniły obraz rzeczywisty na jego komputerowy odpowiednik pozbawiony elementów utrudniających widzenie. Pola zabezpieczające statek niszczyły i odrzucały odłamki. Placek przyśpieszył i skorygował kurs, lekko tylko zawadzając o szczątki drzwi. Znaleźli się w korytarzu wylotowym. W momencie, gdy pojawiła się wolna przestrzeń, statek prowadzony sprawną ręką ruszył z ogromną prędkością w gwiazdy.  Przyśpieszenie było kolosalne i mimo działania układów kompensujących obaj pasażerowie stracili przytomność.

Po odzyskaniu świadomości Placek sprawdził przestrzeń dookoła – nikt ich nie ścigał. Wyraźnie ucieszył go ten fakt, co zamanifestował głośnym okrzykiem. Zaprogramował kurs i włączył sygnały namierzające. Odpiął pasy przytrzymujące Jacka i przeniósł go do kabin hibernacyjnych. Tam przygotował ich obu do oczekiwania na pomoc.

Po trzynastu miesiącach zostali namierzeni i przejęci przez statek patrolowy, który przetransportował ich na pierwszą cywilizowaną planetę. Tu ich losy rozdzieliły się. Jacek został poddany długiej kuracji, a Placek dostał awans i został przeniesiony na Ziemię.

Po uzdrowieniu ciała i duszy Jacek zrealizował polisy ubezpieczeniowe i uzyskane w ten sposób pieniądze postanowił przeznaczyć na jeden cel – zemstę. Powiększył swoje zasoby finansowe prowadząc różne, nie zawsze czyste interesy. Gdy uznał, że posiadana gotówka wystarczy do realizacji przedsięwziętego celu, pojawił się na planecie, która znana była z kształcenia najlepszych żołnierzy.

Poddał się ryzykownym i kosztownym operacjom mającym przekształcić go w coś w rodzaju cyborga. Dzięki specjalnym konstrukcjom wbudowanym w jego ciało był sprawny i wytrzymały. Udoskonalono także jego zmysły. Mimo nie najmłodszego już wieku z łatwością mógł pokonać wielu młodszych od siebie. Dzięki hipnotycznemu szkoleniu posiadł wiedzę potrzebną do walki z Obcymi. Wyposażył się tylko w taką broń i urządzenia, co do których dane wywiadu potwierdzały, że nie zabraknie im źródeł energii na terenie opanowanej stacji.

Wojsko zapewniło mu bezpieczne przedostanie się w pobliże bazy. Potem musiał zejść specjalnym tunelem na najniższy, techniczny poziom. Pozostawiono go samemu sobie. Zdołał wynegocjować warunek, że gdy pokona wszystkich Obcych i ich pułapki, wezwie oddziały wojskowe do ponownego zajęcia stacji. Dopóki nie wykona tego zadania, może liczyć tylko na siebie.

Ruszył w swoją pierwszą misję.

Moje gry – muzyka

W komentarzach wpisu dotyczącego „uwolnienia” moich pierwszych trzech gier pojawił się wątek muzyki występującej w tychże grach. Jak to określił niedawno mój znajomy, były to czasy, gdy muzyka w grach była „taka niezobowiązująca”. Sam fakt, że komputer wydobywał z siebie jakieś dźwięki był wtedy wciąż sporym wydarzeniem, a naturalna, zdigitalizowana muza to na początku lat 90. odgrywana poprzez prymitywne kart dźwiękowe (Sound Blaster, AdLib), prymitywne przetworniki cyfrowo-analogowe (Covox) czy jeszcze prymitywniejszy głośniczek, który mógł być sterowanie jedynie impulsami o zmiennej szerokości, to już był wypas maksymalny. Muzyka nie musiała i najczęściej nie miała zbyt wiele wspólnego z treścią i akcją gry. Takie czasy.

Bardzo byliśmy dumni z tego, że byliśmy w stanie już w naszych pierwszych grach odtwarzać bardzo realistyczne efekty dźwiękowe i muzykę, zamiast bipów z głośnika, czy syntetycznych efektów z syntezatorów FM ówczesnych kart dźwiękowych. Przetworników typu Covox razem z „Electro Body” pewnie sprzedaliśmy pewnie kilka setek, a dźwięk w naszych grach z Covoxem to był dopiero świetny stosunek jakości do ceny.

Technicznie odtwarzanie było rozwiązaniem dość programistycznie prymitywnym – przerwanie o częstotliwości trochę ponad 8 tysięcy razy na sekundę (albo prawie 17 tysięcy w przypadku głośniczka) wysyłało jeden bajt próbki – 8 bitów – na przetwornik DAC karty Sound Blaster lub port drukarki w przypadku Covoxa lub, po pewnych przekształceniach, na porty karty AdLib (nie miała DACa, ale dało się jakoś 4 bity wyciągnąć z tego syntezatora FM) albo jednobitowo port głośnika. Szczerze mówić, w przypadku tych ostatnich dwóch urządzeń to nie wiem jak to dokładnie działało – bazowałem na kodzie pozyskanym poprzez inżynierię wsteczną z innych gier. Rozumiałem co robi i jak działa, ale nie miałem pojęcia dlaczego właśnie trzeba to robić tak. Ważne, że działało. Muzyka była digitalizowana z magnetofonu za pośrednictwem oryginalnej karty Sound Blaster 1.0, a potem chyba Sound Blaster 16, choć wciąż docelowo przechowywana była i odtwarzana 8-bitową rozdzielczością.

W czasie, gdy tworzyliśmy „Electro Body”, taki gatunek muzyczny dominował w naszym życiu, stąd taki tytuł gry i muzyka w grze ((w USA przemianowana została na „Electro Man”, z przyczyn mi nie znanych). Została ona skomponowana przez Daniela Kleczyńskiego, muzyka takich legendarnych już formacji jak „No Smoking„, „Trumpet & Drums„, a ostatnio „Fading Colours” i wielu innych, mniej prominentnych formacjach. Z Danielem współpracowałem jeszcze przy kilku kolejnych grach, ale to inna opowieść.

Muza z gry bardzo się nam podobała, ale sposób jej reprodukcji na komputerze już mniej, więc gra „Electro Body” w pudełku zawierała kasetę z muzyką z gry. Niestety, nie zachowałem sobie ani kasety, ani zgranej wersji tej muzy i nawet nie pamiętam jak brzmiała. W grze zaś brzmiała tak:
[audio:eb1.mp3]
[audio:eb2.mp3]
[audio:eb3.mp3]

„Heartlight PC” to był w zasadzie solowy popis Janusza Pelca – ja pełniłem rolę wspierającego programisty silnika i współproducenta całości. Janusza zaprojektował grę (jeszcze na Atari), napisał wersję PC, stworzył grafikę, skomponował i nagrał muzykę. To była jedyna z naszych gier tego okresu, która obsługiwała 2 kanały dźwięku, czyli mogła odtwarzać muzykę i efekty dźwiękowe jednocześnie. Wcześniej nie umiałem tego oprogramować, a później chyba potrzebowaliśmy więcej mocy procesora na grafikę. W grze był jeden utwór, ale za to można było go słuchać cały czas, aż do znudzenia:
[audio:hlpc.mp3]

W przypadku „Robbo” muzyka znów powróciła na ekran tytułowy, finalny i w przerwy pomiędzy rozgrywkami – w pozostałych były efekty specjalne oraz, irytujący niezmiernie po pewnym czasie, głos oznajmiający co tam robocik wykonał. Wtedy jednak byliśmy z tego głosu niezmiernie dumni. Aha, tutaj anegdota – próbowaliśmy pozyskać do tego głosu Jerzego Stuhra, ale odmówił, ponoć nie chcą babrać się tak niską sztuką, za jaką wtedy uchodziły gry komputerowe. W roli głosu więc wystąpili dziennikarze RMF (wtedy jeszcze chyba Radia Małopolska FUN).

Muzykę skomponował i nagrał Bogusław Pezda, wciąż członek znanej i popularnej industrialnej formacji „Agressiva 69„, a wcześniej wspominanej już „Trumpets & Drums”. Po latach muzyka z „Robbo” podoba mi się najbardziej – najlepiej wytrzymała próbę czasu, no i zdigitalizowana została chyba lepszą kartą, bo lepiej brzmi nawet w tych 8-bitach:
[audio:robbo1.mp3]
[audio:robbo2.mp3]
[audio:robbo3.mp3]
[audio:robbo4.mp3]

Jeszcze o technikaliach – sposób przechowywania i odtwarzania muzyki. Po zgraniu była ona cięta na segmenty (długości jednego lub dwóch taktów), a następnie ogrywana na podstawie listy odtwarzania, która po prostu opisywała kolejność odtwarzania tych segmentów. Dodatkowo można było odgrywać połówki i ćwiartki segmentu, co pozwalało na większą różnorodność przy zachowaniu minimalnej liczby segmentów i zajętości pamięci. Pamiętajmy, że kod gry i wszystkie jej dane (grafika, dźwięki i muzyka) musiały zmieścić się w około 512 kilobajtach pamięci. Tak, pół megabajta. Dzisiejsze konsole mają 1000 razy więcej pamięci, o pecetach nie wspominając.

Osadzone powyżej pliki MP3 zostały zgrane z emulatora DOSBox, ze specjalnie spreparowanych wersji gier. Dla potomnych i tych, którzy chcą sobie powspominać. Jak ja.