DRM RIP?

Przynajmniej DRM dotyczący plików z muzyką. Sony-BMG skapitulowało i jako ostatnia duża wytwórnia rozpoczęło sprzedaż plików z muzyką w niezabezpieczonym formacie MP3, dołączając tym samym do wytwórni Warner, EMI i Universal Music, które wcześniej zdecydowały się na taki ruch. Próba zabezpieczenia przed kopiowanie tego, co ze swej natury kopiowane być musi, okazała się klapą.

Tym samy rośnie spora konkurencja serwisowi iTunes, który wciąż większość swojej oferty obkłada zabezpieczeniami DRM. Teraz jeszcze powinniśmy poczekać na ruchy cenowe, gdyż $0.99 dla mnie to wciąż za dużo.

Wytwórnie filmowe jeszcze łudzą się, że dadzą radę zapanować nad bitami, głownie poprzez kontrolę nośników i odtwarzaczy. Ale jak doświadczenie pokazuje, nic z tego nie będzie, tylko się wszyscy umęczymy – producenci i konsumenci.

Jak się właśnie dowiedziałem, zdjęcie ograniczeń systemów DRM nie oznacza, że wytwórnie porzuciły plany walki z własnymi klientami. Technika cyfrowych „znaków wodnych” ma zapewnić wytwórniom gnębienie swych klientów i to tych, którzy wydali pieniądze na ich produkty (muzykę). Wciąż istnieje możliwość, że będziemy mogli kupować swobodnie kopiowalne pliki muzyczne, ale będą ona znakowane kodami pozwalającymi identyfikować kupującego stosowny plik. I jeśli taki plik wyląduje w sieciach P2P, to będzie można dochodzić, kto go nie upilnować i go swobodnie złupić. Na razie to tylko plany, ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Przyszłość czytelnictwa?

Dziś Amazon ujawnił swoją wizję przyszłości czytelnictwa. Oczywiście opartą o elektronicznego e-booka, zwanego Amazon Kindle. Oczywiście cieszy mnie to, bo też uważam, że to przyszłość, choć może niekoniecznie jeszcze jest w pełni gotowa, aby nastać już teraz. Bardzo dobrze, że za ten ruch zabiera się największa księgarnia na świecie, bo przecież tu chodzi właśnie o książki, a nie bajeranckie czytniki. Kto jak kto, ale Amazon to może oferować naprawdę sporo książek.

Co ciekawsze urządzenie ma łączyć się bezprzewodowo (przez sieć komórkową, więc nie będzie wcale fajnie) z księgarnią, co jest samo w sobie świetnym pomysłem – pobieramy książki bezpośrednio do czytnika, bez konieczności używania komputera. Jest, oczywiście, DRM. Cena też nie zachwyca – $399. Zobaczymy, jak będzie wiadomo coś więcej.

Google pokazało palec swoim klientom

Jeśli ktoś chciał zobaczyć jaskrawy przykład, że systemy DRM poza swoimi rozlicznymi wadami, nie są wcale systemami przyjaznymi klientowi, dzięki którym jesteśmy w stanie „wyrwać” coś ze szponów dostawców treści medialnej, to otrzymał go właśnie od Google.

Usługa Google Video oferowała możliwość płatnego „zakupu” i ściągnięcia sobie wybranych materiałów wideo. Oczywiście ściągnięte dane były chronione systemem DRM. Niby były to nasze kopie, ale jak się właśnie okazało, zostały one jedynie „wypożyczone”. Google właśnie postanowiło zlikwidować system „sprzedaży” materiałów wideo i, przy okazji, zdezaktywować klientom wszystkie „sprzedane” filmy. Firma poinformowała, od 15 sierpnia wszystkie „zakupione” filmy odejdą w cyfrowy niebyt, czyli system DRM strzegący je przed piractwem zabroni ich odtwarzania. Dla tych, którzy „kupili” filmy po 18 lipca firma zaoferowała wirtualny kupon w kwocie $5 do wydania w wybranych sklepach online, ważny tylko przez 60 dni.

Czyli ładnie pokazała środkowy palec wszystkim tym, którzy myśleli, że jak kupują coś z systemem DRM, to jest to ich własność. I jeszcze nazwano tę operację „wysiłkiem na rzecz poprawy usług Google”.

Piraci 10 Legale 1

New York Times oświecił nas, że ilość ściągniętych nielegalnie plików muzycznych jest 10 razy większa od ilości utworów ściągniętych legalnie. Zbadała to jedna z firm grupy monitorującej rynek NPD. Są główne dwa powody takiej właśnie proporcji: łatwość pozyskania utworów nielegalnych oraz dostępność i taniość pamięci masowych, czyli dysków twardych.

No właśnie. Aby ściągnąć sobie legalny utwór muzyczny, musimy skorzystać z oferty jakiegoś sklepu online. Tam czeka nas proces logowania, selekcji – trzeba dokonywać rozważnego wyboru, bo przecież każdy utwór kosztuje i szkoda kupować czegoś, co się nam potem nie spodoba, płacenia, no i wreszcie właściwego ściągnięcia. W nagrodę za ten wysiłek otrzymujemy plik muzyczny obłożony systemem DRM, który za nas decyduje, gdzie możemy go odtwarzać, najczęściej przywiązując utwór do konkretnego odtwarzacza muzycznego czy komputera. Niby utwór jest nasz, bo za niego zapłaciliśmy, ale tak naprawdę, to sklep za nas decyduje, co możemy z nim zrobić. No i jesteśmy w swoim wyborze ograniczeni do oferty danego sklepu – jak nie ma w nim tego, co nas interesuje, to nic nie możemy z tym zrobić.

Natomiast pirat nie ma takich problemów. Proces logowania załatwia za niego aplikacja P2P. Rozterek związanych z wyborem nie ma, bo jak się okaże, że to nie jest to, to można po prostu skasować pliki i o nich zapomnieć. Ściągnięte utwory są w przenośnym formacie MP3, który zadziała wszędzie, na każdym komputerze i na każdym odtwarzaczu. Można je nagrać na przenośnego playerka, odsłuchiwać z komputera, z płyty CD w wieży, a nawet w samochodzie. Możemy też podzielić się z rodzeństwem, dziewczyną czy kumplami. Wybór jest olbrzymi, od najświeższych hitów, po trudne do zdobycia gdziekolwiek indziej starocie i muzyka niszowa. Wadą tego systemu są rzekomo przymierający głodem artyści, ale to nie porusza raczej sumień zatwardziałych piratów. Czemu zresztą trudno się dziwić, porównując obie te oferty.

Co do pojemności dysków, to raczej niewiele tutaj się zmieni, poza stały zwiększaniem się pojemności i spadkiem ceny. Ja obecnie mam podłączone do mego systemu 690 GB przestrzeni dyskowej, w znacznej części nieużywanej. I wcale nie musiałem sprzedać rodowych klejnotów, aby posiąść te 5 dysków – po prostu zostawały mi po poszczególnych upgrade’ach systemu. To jest dużo więcej niż jestem w stanie zapełnić i na razie nie widzę możliwości, aby to się miało jakoś zmienić.

Nic dziwnego, że oba wymienione wyżej powody są właśnie przyczyną obecnego stanu rzeczy. To jest kolejny przykład tego, że technika wyprzedza stare myślenie na temat koncepcji „własności” intelektualnej. Będziemy musieli się nieźle nabiedzić, aby ściąganie nielegalnej muzyki uczynić bardziej skomplikowanym od zakupu muzyki legalnej. O zmniejszeniu pojemności dysków i ich ceny nawet nie wspomnę. Technologicznie nie jest to możliwe, ani też nie ma sensu, więc pozostają jedynie metody prawne: taksacja, inwigilacja i penalizacja. Ja wiem, państwo nie takie rzeczy potrafi, więc szykujmy się na najgorsze.