Dwa dzieła, dwa podejścia

Najpierw dzieła:

The Passenger” – krótkometrażowa animacja, pięknie zrealizowana w 3D, kompletne dzieło jednego człowieka, który na nie poświęcił 8 lat życia i zainwestował sporo czasu oraz własnych pieniędzy.

Sita Sings the Blues” – pełnometrażowa animacja, oparta o technikę 2D (konkretnie Flash), ale równie efektowna, autorstwa Niny Paley. Tutaj także mamy do czynienie z niesamowitym zaangażowaniem autorki, wydaniem $50000 na „uwolnienie” spod jarzma praw autorskich piosenek, które były istotnym elementem filmu i inspiracją do jego powstania.

Teraz podejścia:

„The Passenger” dostępny jest jedynie poprzez zakup fizycznego DVD, gdzieś w jakimś sklepie online w Australii, oraz oczywiście jest na YouTube, umieszczony w chwili, jak to określił sam autor, słabości. Ta wersje jest celowo w gorszej jakości obrazu oraz dźwięku, a sam autor nie wie, czy pozwoli jej tam długo być. Widać, że jest rozgoryczony, bo nie tak miało być.

„Sita Sing the Blues” dostępna jest swobodnie w sieci na licencji CC-BY-SA. Mamy do wyboru cały zestaw formatów, włączając w to edycje HD. Licencja pozwala na dystrybucję komercyjną, przenoszenie na dowolne formaty (DVD, czy taśmę 35mm). Dzięki swobodnemu dostępowi użytkownicy przygotowali tłumaczenia i napisy. Każdy, kto chce, może obejrzeć sobie film z najwygodniejszym mu formacie.

Z jednej strony mamy wpisy dość zgorzkniałego faceta, który poświęcił tyle wysiłku na swój film, że nawet nie jest zainteresowany jego szeroką dystrybucją i dotarciem do maksymalnej liczny odbiorców. Na dodatek, technika go gdzieś przegoniła i nawet nie jest w stanie uaktualnić filmu do obecnych standardów (choćby rozdzielczości HD). Być może, gdyby podszedł trochę mniej „właścicielsko” do swojego dzieła, opublikował materiały źródłowe, to jakiś wspólny wysiłek pozwoliłby na aktualizację filmu.

Natomiast Nina Paley wydaje się być zadowolona z obranej drogi, wystarczy poczytać jej blog. Mimo że film jest dostępny swobodnie, autorka zaplanowała i wdraża różne mechanizmy zarabiania na swoim dziele, takie, które nie wymagają nadzoru nad dystrybucją każdej kopii. Dotarła do takiej rzeczy odbiorców, o której autor pierwszego filmu może tylko marzyć. Ale chyba nie o to mu chodziło…

Rozdawaj i zarabiaj

Gnomy z Sount Parku miały taki swój biznesplan:

  1. Zbieranie bielizny
  2. ?
  3. Zarobek!

Niestety, jak w wielu przedsięwzięciach, krytyczny bywa właśnie punkt drugi. Okazuje się jednak, że plany, w których brakuje drugiego etapu mogą być całkiem zyskowne. Na przykład takie:

  1. Udostępniaj swoje dzieła za darmo
  2. Mimo tego zarabiaj!

Przekonali się o tym członkowie trupy Monthy Pythona, który zaczęli udostępniać na YouTube nagrania swoich skeczy, o tak, zupełnie za darmo. Poprosili jedynie o klikanie na odpowiednie linki i kupowanie DVD z ich twórczością. Efekt – wzrost sprzedaży o 23000%

Równie ciekawe doświadczenia ma grupa Nine Inch Nails. Ostatnie albumy rozpowszechniane były całkiem swobodnie i za darmo w sieci na licencji CC, a mimo to przyniósły grupie całkiem niezłe zyski ze sprzedaży wersji kolekcjonerskich, które rozchodziły się jak świeże bułki, a do tego te same utwory kupowano w sklepie Amazon MP3, czyniąc tamże album Ghost i-IV najlepiej sprzedającym się wydawnictwem ubiegłego roku.

Zamordyści kontra liberałowie

Piątek, 25 kwietnia to będzie ciekawy dzień. Odbędą się 2 konferencje o podobnej tematyce, obie w Warszawie, obie chyba nawet niedaleko siebie.

Pierwsza to typowy zjazd kopyrajtowych zamordystów, zwanych przeze mnie IP Gestapo – konferencja Jak przeciwdziałać piractwu intelektualnemu” z okazji Światowego Dnia Własności Intelektualnej 2008. Dość intensywny program, do tego zachęcający plakacik i kupa sponsorów.

Druga, to konferencja kopyrajtowych liberałów, których dość lubię, bo przynajmniej myślą w dobrym kierunku i prędzej z nimi można się dogadać w sprawie ewentualnej reformy praw „własności” intelektualnej. Czy wolna kultura jest legalna? Licencje Creative Commons w polskim prawie autorskim. jest tematem tej drugiej konferencji.

Obie mnie interesują, ale wybiorę się najpewniej na tę drugą – po prostu mój organizm nie jest w stanie wytrzymać tyle anty-pirackiej papki, którą będą się wzajemnie karmić na tej pierwszej. Oczywiście najlepiej byłoby skonfrontować uczestników obu konkurencji. Kulturalna dyskusja starszych uczestników, jakaś zadyma młodzieżówek CC i ZAiKSu. To byłoby coś.

Inna sprawa, czy rzeczywiście na pierwszej konferencji padną jakiekolwiek niewygodne pytania? Czy ktoś zepsuje atmosferę wzajemnego zrozumienia, poklepywania się po plecach i zadumy nad niedolą artysty i autora, reprezentowanych przez stosowne organizacje?

Ciekawi mnie, czy dobór terminów był celowy czy przypadkowy…

CC działa

Jakiś czas temu zakręciłem się i opublikowałem moje stare (vintage) gry na bardzo liberalnej licencji Creative Commons. Głównie chciałem, aby ludzi sobie mogli legalnie i bez wyrzutów sumienia (bo nie każdy ma tak nieczułe sumienie w tej kwestii, jak mam ja) w nie pograć. Licencja także pozwala na modyfikacje i adaptacje tych gier, choć nie ułatwiam nikomu tego zadania, bo nie opublikowałem kodów źródłowych.

Wczoraj dowiedziałem się, że ktoś jednak postarał się i wykonał grę Heartlight w wersji na przenośną konsolę PSP. I bardzo ładnie, cieszę się, że licencja CC działa i ludzie korzystają ze swobody przez nią oferowanej.

Lustracji nadszedł czas

Ponoć muszę się zlustrować. Moje teksty zostały opublikowane w jakiejś prasie, co niby czyni mnie dziennikarzem. A właściwie osobą pełniącą funkcję publiczną, bo każdy dziennikarz jest przy okazji osobą pełniącą funkcję publiczną, przynajmniej w definicji z ustawy lustracyjnej. A dziennikarz to ten, kto jest takowym według ustawy Prawo Prasowe:

dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji,

Przy tej definicji to rzeczywiście dziennikarzem jest ktokolwiek, kto będzie miał styczność z materiałem prasowym:

materiałem prasowym jest każdy opublikowany lub przekazany do opublikowania w prasie tekst albo obraz o charakterze informacyjnym, publicystycznym, dokumentalnym lub innym, niezależnie od środków przekazu, rodzaju, formy, przeznaczenia czy autorstwa,

No a prasa to:

prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki i czasopisma, serwisy agencyjne, stałe przekazy teleksowe, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne oraz kroniki filmowe; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, w tym także rozgłośnie oraz tele – i radiowęzły zakładowe, upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania; prasa obejmuje również zespoły ludzi i poszczególne osoby zajmujące się działalnością dziennikarską,

Skoro publikuję w prasie, to jestem dziennikarzem, osobą sprawującą funkcję publiczną, a więc podlegającą lustracji. I tutaj zachodzi ciekawa zjawisko – dziennikarzem jestem najczęściej nieświadomie, często nawet bezwiednie. Teksty publikowane na moim blogu są objęte licencją Creative Commons Uznanie Autorstwa i każdy redaktor może je sobie wziąć, zredagować, opublikować, a wszystko bez każdorazowej mojej zgody i wiedzy, byle podał autora/źródło. Zgoda znaczy jest domniemana, bo wynika z opublikowanej licencji, ale wiedza już niekoniecznie. Czy mogę w ten sposób jakoś kontestować obowiązek lustracji? Bo nie jestem dziennikarzem z mojego wyboru, ale tak mimo chodem. Czy mogę odpowiedzieć nie na ten obowiązek i w zasadzie jakie czekają mnie konsekwencje?

Z lustracją jako taką nie mam problemu, bo nie współpracowałem ze służbami PRL, ani też nie współpracuję ze służbami obecnego reżimu. Wypełniłem nawet stosowne oświadczenie i pewnie je wyślę. Choćby po to, aby nie współpracować z zwolennikami obecnego bojkotu, wśród których pewnie od TW aż się roi. Choć mi się lustracja w takiej formie nie podoba, nie chcę z nimi stanąć w jednym rzędzie. Bo oni nie dlatego są przeciwni lustracji w tej formie, bo narusza wolność, choćby wykonywania zawodu dziennikarza, ale dlatego, że nie chcą ujawnienia swej tajnej współpracy.

Ja nie chcę lustracji. Chcę ujawnienia. Czyli zdigitalizowania całych archiwów i najlepiej zatrudnienia Google do udostępnienia tych informacji każdemu, kto zechce je oglądać. I to wystarczy.