Konrad Gliściński – Pomieszanie z poplątaniem

Jak widać na poniższym nagraniu, nie trzeba być radykalnym wolnościowcem, aby uważać, ze prawo autorskie nie jest prawem własności. Prezentacja Konrada Gliścińskiego z konferencji CopyCamp 2013 pod tytułem „Pomieszanie z poplątaniem. Dlaczego prawo autorskie nie jest prawem własności i co z tego wynika…”

© to nie magiczny symbol

Fragment (moje tłumaczenie) z bardzo, jak zwykle, ciekawego wywiadu z Niną Paley:

Pieniądze zdają się być główną troską artystów, gdy słuszą kogoś mówiącego „uwolnijcie swoje dzieła”. Czy to uzasadniony „strach”? Czy już odzyskałaś wszystkie pieniądze, które wydałaś na produkcję filmu Sita Sings the Blues?

Nie, ten strach nie jest usprawiedliwiony. Ale twoje pytanie jest tendencyjne: „Czy już odzyskałaś wszystkie pieniądze, które wydałaś na produkcję filmu Sita Sings the Blues?”. Jakby niby to było oczywiste przy prawach autorskich! Zarobiłam więcej pieniędzy uwalniając swoje działa niż udałoby mi się korzystając z ograniczeń praw autorskich. Kropka. Skąd bierze się u ludzi przekonanie, że wstawienie znaczka © na czymś sprawi, że zacznie to magicznie generować pieniądze? Nie zacznie. Jeśli by tak było, w pełni popierałabym prawa autorskie i była bogata. Copyright to „prawo do wykluczania innych”, a nie prawo do zarabiania kasy. Możesz swobodnie zarabiać bez praw autorskich, a i masz na to większe szanse.

To jednak z najmocniej pokutujących magicznych przekonań wśród zwolenników IP, że prawa autorskie są nie tylko warunkiem koniecznym, ale i gwarantem zarabiania na swojej twórczości. I dlatego właśnie muszą istnieć, niezależnie od tego, jak kłopotliwe i kosztowne są, o niesłuszności nie wspominając. Copyright to ani warunek konieczny zarabiania – można zarabiać na dziełach nie chronionych, ani też wystarczający – miliardy ludzi tworzy dzieła chronione prawem autorskim, a nie zarobi na tym absolutnie nic.

Cenzura w służbie IP

Gdy w dyskusjach o prawie autorskim, czy „własności intelektualnej” generalnie, pada stwierdzenie, że jest to mechanizm cenzury, przeważnie odbierany jest z niedowierzaniem. Jak to cenzura – to przecież mechanizm do obrony interesów twórców, a nie od gnębienia i cenzurowania innych? Przecież bez praw autorskich nie byłoby co cenzurować, bo kto by tam chciał coś wtedy pisać… jasne.

Dziś pojawiła się informacja dobitnie pokazująca jak w praktyce prawa autorskie i nieuchronnie towarzyszące im prawne rozwiązania pokrewne mogą i w praktyce są używane do działań cenzorskich.

Otóż proste żądanie usunięcia nielegalnej treści oparte o amerykańską ustawę DMCA sprawiło, że sieci zniknęło nagle 1450000 blogów tworzonych przez nauczycieli i uczniów na platformie Edublogs. Tak, prawie półtora miliona blogów, które były przecież mechanizmem porozumiewania się, publikowania i wymiany informacji!

Co było potrzebne, aby tego dokonać? Niewiele. Ustawa DMCA wymaga, aby dostarczyciele rozmaitych treści tworzonych przez użytkowników wdrażali procedurę powiadomienia i blokowania informacji (notice and takedown), co ma dawać im immunitet na odpowiedzialność za zamieszczanie niedozwolonych treści przez użytkowników. Osoba uprawniona wysyła informację, że w serwisie znajduje się treść nielegalna, czyli umieszczona tam bez zgody uprawnionego, a serwis (teoretycznie po zasięgnięciu opinii drugiej strony) taką informację zablokuje.

W przypadku serwisu Edublogs, wydawnictwo Pearson znalazło na jednym z blogów notkę, w której treści została zamieszczona ankieta z jednej z książek należącej do wydawnictwa. Sprawa rozbiła się o 279 wyrazów ankiety opublikowanych oryginalnie w 1974, za które trzeba wydawnictwu zapłacić $120. Pearson zamiast zwrócić się do administratorów platformy Edublogs, wybrał inną ścieżkę i swoje żądanie skierował do firmy hostującej (za ciężkie pieniądze zresztą) serwis. Ta nie namyślając się wiele, wyłączyła cały serwis, a z nim te prawie półtora miliona blogów. Ot, tak. Oczywiście szybko zorientowano się, że była to przesada (nic dziwnego, skoro poszkodowanych było tak wielu), ale sam mechanizm został spektakularnie wyciągnięty na światło dzienne.

Oczywiście, można by stwierdzić, ze to taka pomyłka, wypadek przy pracy. Być może, ale gdyby nie prawa autorskie i mechanizmy ich egzekwowania, nigdy by do takiego wydarzenia do doszło. DMCA daje posiadaczom monopolu olbrzymie uprawnienia – mogą dzięki temu kształtować to, co w sieci się znajduje. Teoretycznie te żądania muszą być wystosowywane z zachowaniem prawdy, pod groźbą prawnej odpowiedzialności. W praktyce jest zupełnie inaczej.

Firmy notorycznie domagają się usuwania treści, które do nich faktycznie nie należą – Google twierdzi, że 37% kierowanych nich żądań jest niewłaściwa. Często odnoszą się do serwisów, które nie naruszają żadnych praw. Wielokrotnie dotyczyły materiałów, których użycie mieści się doskonale w ramach dozwolonego użytku. Znacząca liczna żądań jest generowana automatycznie – niedawno głośne były przypadki transmisji na żywo, która zostały zablokowane przez automaty, mimo że przekazywane tam były zupełnie legalne treści. DMCA jest świetnym mechanizmem blokowania treści krytycznych – wystarczy, że krytyka będzie zawierać materiały, do których ma prawa strona poddawana krytyce, a już będzie mogła zastosować swoje cenzorskie przywileje. Automatycznie generowane żądanie skutkują wzrostem ich ilości, co w konsekwencji skutkuje automatyzacją procesu ich akceptacji – czego konsekwencją będzie zwiększenie się liczby fałszywie atakowanych serwisów i treści, czyli wzrostem cenzury.

Oczywiście, możemy zakładać, że w większości przypadków dotyczy to piratów, więc problem nie istnieje. Ale to naiwne założenie, bo przypadki blokowania dostępu coraz częściej dotyczą zwykłych ludzi i ich własnych, stworzonych przez nich treści. Możemy łudzić się, że nie będzie to dotyczyć nas, ale skoro daliśmy beneficjentom monopolu prawo do decydowania co będzie w internecie, to nie po to, aby z niego nie korzystali.

Intelektualna amunicja w wojnie o wolny internet

Przez Polskę oraz inne kraje przelewa się fala demonstracji sprzeciwu wobec traktatu ACTA. Biorą w niej udział głównie młodzi ludzie, którzy w zacieśnianiu szponów reżimu „własności” intelektualnej widzą zagrożenie dla siebie, swojej wolności, prywatności i własności, oraz przy okazji, dla internetu. Wielu z nich na pewno nie potrafi uzasadnić dlaczego są przeciw, ale wiedzą, że zmiany, które proponują takie akty prawne jak ACTA (czy amerykańska SOPA) stoją w jawnej sprzeczności z ich wyczuciem jaki powinien być porządek prawny w nowoczesnym, w coraz większym stopniu objętym cyfryzacją społeczeństwie. Nie godzą się z tym, że powszechnie nazywa się ich „złodziejami”, a protesty przeciwko rozbudowywanej inwigilacji internetowej komunikacji, przeciwko naruszaniu prywatności, przeciwko ograniczaniu praw obywateli na korzyść organizacji i karteli medialnych, to coś więcej niż walka o prawo „do jumania”.

Wiem, że brakuje młodym ludziom dobrej teoretycznej podbudowy do tego, co czują i co wyrażają swoimi protestami. Przygotowałem więc małą ściągę, kilka publikacji, które warto przeczytać, i które dostarczą dużo intelektualnej amunicji, cennej wiedzy w dyskusjach z tymi, którzy wszystko sprowadzają do kwestii „jumania” muzyki i filmów.

Teksty przeciwko własności intelektualnej po polsku:

Teksty przeciwko własności intelektualnej po angielsku:

Jeśli kogoś interesuje łagodniejsze spojrzenie na problemy praw autorskich (czy ogólnie IP), bardziej zainteresowany jest reformą istniejącego systemu, a nie jego abolicją:

Miłej lektury. I witam po mojej stronie barykady tych, którzy zdecydują się tu pozostać.