Prawidłowa reakcja

Sytuacja na Ukrainie jest poważna. Nasi politycy groźnie pohukują, apelują o reakcję mocarstw, straszą bojkotem i sankcjami, a najbardziej technicznie zaawansowani groźnie tweetują. My nawzajem straszymy się wojną tuż za naszymi granicami. Ludzie demonstrują pod ambasadami. Przez telewizję przewalają się tabuny gadających głów, każda z inną receptą na rozwiązanie tej sytuacji. Gazety robią infografiki. Straszymy się wrogiem u bram, czy to rosyjskim, czy banderowskim, i ogólnie nadchodzącą wojną światową. Ale generalnie to nic się faktycznie nie dzieje, bo praktycznie wszystko to jedynie grożenie palcem w bucie, które Putin odbiera raczej jako bekę i powód do dobrej zabawy przy wódce i kawiorze (czy co tam teraz na Kremlu się pije i zakąsza). Nikt nie traktuje nas poważnie. I słusznie.

Chcecie, aby nas poważano? Chcecie być przygotowani na nieoczekiwany rozwój sytuacji? Chcecie wiedzieć, jaka powinna być prawidłowa reakcja na te zagrożenia? Trzeba mieć jaja i pokazać, że z nami nie będzie żartów. Ale nie metodą wysłania Radka ze smartfonem, ale czymś znacznie skuteczniejszym.

Otwórzmy wojskowe arsenały i wydajmy każdemu dorosłemu obywatelowi aktualnie używany przez naszą armię karabin szturmowy, czy to Beryl, czy co tam jeszcze mamy w magazynach. Tu uwaga dla genderowców – jeśli takim chętnym obywatelem będzie kobieta, tranwestyta, transeksualista, czy ktokolwiek z tych 40+ płci, które uznaje Facebook, to także niech tę broń przydziałową dostanie. Do tego skrzynka amunicji do ćwiczeń i druga na wypadek wojny. Niech każdy chętny ma obowiązek kupić jakąś niedrogą skrzynkę na to wszystko, aby dzieciaki nie bawiły się bez pozwolenia. Oczywiście chętnych pewnie będzie więcej niż broni, a to chyba będzie dobra wiadomość dla rodzimego producenta tej broni.

Tym, którzy chcą ulepszyć to podstawowe, dostarczone na koszt państwa (czyli nas wszystkich) wyposażenie, należy pozwolić za swoje pieniądze nabywać karabiny z dowolnego kraju, czy to izraelski Tavor TAR-21, czy austriacki Steyr Aug, czy niemiecki HK416, amerykański M4, czy cokolwiek innego, akceptującego standardową amunicję NATO. Bez żadnych akcyz, czy innych dodatkowych podatków – tak tanio, jak każdy inny towar, albo nawet taniej, z obniżoną stawką VAT. Niech kupują sobie kamizelki taktyczne, ładownice, kevlarowe hełmy, zaawansowaną optykę, kolimatory i cokolwiek, co będzie przydatne. Pozwólmy im kupować amunicję do broni, aby mogli ćwiczyć więcej niż pozwolą im państwowe przydziały.

Otwórzmy w każdej gminie strzelnice, zamiast budować lodowiska dla panczenistów, czy orliki dla piłkarzy, bo obiekty sportowe to doskonale spełniają swoją rolę, gdy trzeba spędzić gdzieś cywili przed deportacją czy masowymi egzekucjami, ale nie pomogą nam, gdy wróg stanie u bram. Na tych strzelnicach niech regularnie pracują wojskowi instruktorzy, którzy będą uczyć posługiwania się ową przydziałową bronią. Co więcej, pozwólmy ludziom tworzyć własne strzelnice na terenie własnych posiadłości, o ile zachowają minimum zasad bezpieczeństwa (czyli będzie kulochwyt).

A skoro zdecydowalibyśmy się na powierzenie obywatelom broni samoczynnej, to przecież nic już nie stoi na przeszkodzie, aby mogli kupować i nosić taką mniej groźną broń samopowtarzalną, czyli pistolety, strzelby śrutowe, czy broń myśliwską. Dzięki temu będą mogli bronić się przed bandytami na co dzień, ale także będą mogli intensywniej ćwiczyć korzystając z tańszej amunicji, szczególnie bocznego zapłonu.

Ale to nie koniec. Pozwólmy ludziom i to nie tylko dorosłym łączyć się w organizacje o charakterze obronnym, których jedynym celem nie będzie składanie kwiatów w rocznice rozmaitych wydarzeń historycznych (choć nikt przecież im nie zabroni), ale doskonalenie swojej wiedzy i umiejętności obronnych, szczególnie w wojny partyzanckiej oraz konfliktów asymetrycznych. Niech te organizacje sobie zatrudniają wojskowych specjalistów, którzy podzielą się wiedzą – naszych, krajowych, ale także zagranicznych. Niech prowadzą własny badania w zakresie najskuteczniejszych metod i taktyk w walce z przewyższającym nas liczebnie i technologicznie wrogiem. Niech inwestują w sprzęt i wyposażenie, które może przydać się w razie konfliktu. Za własne pieniądze, bez ustawianych przetargów, przewałów i bezsensownych “strategicznych zakupów”.

Zamiast w przypadku agresji brać w kamasze przypadkowych ludzi, bez wyszkolenia, umiejętności, a przede wszystkim chęci, stwórzmy największą ochotniczą i zawsze gotową armię obronną w tej części Europy. Chrześcijańsko-ateistyczną armię, która będzie w stanie skutecznie uprzykrzyć życie dowolnym agresorom z bliższej czy dalszej okolicy: Rosjanom, ukraińskim banderowcom, Niemcom, islamskim dżihadystom, a nawet Amerykanom. Bądźmy pod tym względem lepsi niż Szwajcaria. Wyciągnijmy wreszcie wnioski z historii i nie dajmy się znów zaskoczyć licząc na wątpliwych sojuszników. Pokażmy, że trzeba się z nami liczyć i przestańmy liczyć na innych.

Pamiętajmy, że to my jesteśmy swoją pierwszą, a bardzo często ostatnią linią obrony. Niezależnie, czy mamy do czynienia z pospolitym bandytą, czy żołdakiem obcej armii. Nikt nas za nas nie obroni, jeśli nie będziemy bronić się sami. A na razie wmówiono nam, że nie jesteśmy do takiej obrony zdolni, czy to na co dzień, czy w przypadku znacznie rzadszych konfliktów militarnych. W obu przypadkach ma nam z pomocą przyjść państwo, albo poprzez policję, której nigdy nie ma, gdy jest potrzebna, czy niezwyciężoną armię, której zdolność obronna naszego kraju oceniana jest zaledwie na kilka dni obrony naszego terytorium.

Oczywiście żadna z tych propozycji nie nigdy zostanie zrealizowana, bo nasi faktyczni okupanci (niezależnie od politycznej przynależności) doskonale sobie zdają sprawę, że uzbrojone społeczeństwo w końcu powie dość i zafunduje im Dzień Sznura, na który wielu sobie zasłużyło. Teraz czują się bezpieczni, ostatecznie im dostępu do broni oraz uzbrojonych obrońców nikt nie odmawia.

Dobra, jestem radykałem w tej kwestii, ale w sprawach poważnych nie wolno zdawać się na półśrodki, bo one nie działają. Jak ktoś woli łagodniejszy wariant, to ROMB także coś postuluje. Ale to jedynie półśrodek.

Niebezpieczne wypieki

Nie, nie chodzi o przeglądarkowe „ciasteczka”, czyli cookies, które stały się tematem przynajmniej z grubsza znanym każdemu użytkownikowi sieci, dzięki czuwającym nad naszym bezpieczeństwem urzędnikami. Tym razem o sprawach poważniejszych, czyli znów o broni palnej.

To, że w Polsce hoplofobia ma się dobrze, to rezultat kilkuset już lat warunkowania, przez obcych i własnych okupantów. Tzw. przeciętny człowiek wie, że broń to zło, które zamienia każdego porządnego człowieka w pałającego żądzą krwi potwora i jedynie niebywałe zdolności przewidywania tego stanu rzeczy rządzących nami panów uchroniły Polskę przed spłynięciem krwią. Próba podjęcia dyskusji na ten temat przeważnie kończy się lekkim napadem histerii i roztaczaniem makabrycznych wizji.

Co dziwniejsze, w USA, w kraju, który ma największe na świecie nasycenie bronią palną (88%, czyli 0,88 sztuki broni na każdego obywatela), można by się było już z tematem broni oswoić. Przynajmniej zorientować się, że te setki milionów sztuk broni nie zamieniły Ameryki w strefę wojny (za wyjątkiem opanowanych przez kolorowe gangi dzielnic dużych miast, ale to temat na inną rozmowę). Cytując klasyka, „był czas przywyknąć” i zorientować się, że broń sama nie strzela, oraz że broń nie czyni z dobrych ludzi bandytów.

Wystarczy jednak medialnie nagłośniona akcja jakiegoś szaleńca i zaraz w ludziach ujawniają się pokłady irracjonalności i pojawia się ostra forma hoplofobii, która przybiera chorobliwe formy w postaci postawy „zero tolerancji dla broni w szkołach”.

To wszystko, rzecz jasna w trosce o bezpieczeństwo dzieci, bo przecież nie nie można zlekceważyć żadnych sygnałów wobec potencjalnych zagrożeń, szczególnie ze strony wypieków. Histeria hoplofobów nasila się i ten irracjonalny strach przenosi się na dzieci. Te same, które przecież trzeba chronić „za wszelką cenę”, bo przecież „wszystkie dzieci są nasze”.

Połączenie państwowej edukacji, kolektywizmu, totalniactwa i medialnego terroryzmu nie może prowadzić do niczego dobrego. W opisanych przypadkach nikomu nic się nie stało i nie mogło się stać, a jedyni naprawdę nieodpowiedzialni za terror i strach kretyni nie zostali ukarani.

Stawianie oporu tyranii

W USA trwa obecnie burzliwa dyskusja nad ograniczeniem prawa do posiadania broni palnej. Przeciwnicy tego prawa robią, co mogą, aby świeże tragedie się nie zmarnowały i po trupach zamordowanych dzieci dążą do celu, jakim jest rozbrojenie Amerykanów i zamach na Drugą Poprawkę. Pada setki argumentów, jeszcze więcej manipulacji i bardzo często zapomina się o tym, że posiadanie broni ma znaczenie fundamentalne w obronie wolności. Nie brakuje oczywiście prób nadania broni cech żywego organizmu, niezależnego od woli posiadacza tej broni, a nawet przejmującego nad nim kontrolę. W tej kwestii warto przytoczyć 2 cytaty autorstwa Jeffa Coopera (m.in. autora terminu hoplofobia) z jego książki „The Art of the Rifle”:

Karabin to broń. Tu nie może być pomyłki. To narzędzie narzucania władzy, zupełnie uzależnione od moralnej postawy jego użytkownika. Jest równie użyteczne w zapewnieniu mięsa na stół, w zniszczeniu grupy wroga na polu bitwy, czy w stawieniu oporu tyranii. Tak naprawdę, to jest jedyny środek pozwalający przeciwstawić się tyranii, gdyż obywatele uzbrojeni w karabiny po prostu nie mogą zostać styranizowani.

Karabin sam w sobie nie ma postawy moralnej, gdyż nie posiada własnej woli. Naturalnie, może zostać użyty przez złych ludzi w złych celach, ale jest więcej dobrych ludzi niż złych, i choć ci drudzy raczej nie dadzą się sprowadzić na dobrą drogę propagandą, to z pewnością mogą tego dokonać dobrzy ludzie z karabinami.

O drukowaniu broni

Ze dwa dni temu media obiegła sensacyjna wiadomość – ktoś sobie „wydrukował” broń palną. Chodziło, oczywiście, o metodą druku 3D, czyli tworzenie trójwymiarowych obiektów na podstawie elektronicznego opisu ich wyglądu (wymiarów). Wiadomość dotarła także do mediów głównego nurtu, co oznacza, że totalniacy naprawdę się zaniepokoili. Bo jakby to było, gdyby ktoś tak sobie mógł wyprodukować broń na żądanie, nie pytając o pozwolenie, a inwestując zaledwie w komputer i coraz tańszą drukarkę 3D? Takiej wolności nie można przecież ludziom dać, no nie?

Trochę poczytałem i okazało się, że wiadomość aż tak sensacyjna nie była. Bo wcale nie wydrukowano kompletnej broni, ale zaledwie (albo aż) część zwaną lower receiver karabinu AR-15. W przypadku jet broni jest to ta część, na którą składa się uchwyt, slot na magazynek, osłona spustu, a mieści się w niej mechanizm spustowy z bezpiecznikiem. Po dołączeniu reszty, czyli faktycznego mechanizmu spustowego, upper receivera – w którym znajduje się zamek, dodanie lufy i reszty elementów, spowodowało, że rzeczywiście skompletowano całą broń. Która, jak wykazały testy, zafunkcjonowała, choć jedynie w konfiguracji o małym kalibrze bocznego zapłonu .22LR, i wystrzeliła bezproblemowo 200 pocisków.

Opis i zdjęcia.

Skąd więc taka afera? Ano stąd, że według amerykańskiego prawa, za broń uważa się jedynie tę część, która jest opatrzona numerem seryjnym. W przypadku pistoletów jest to szkielet, a w przypadku karabinu AR-15 jest to właśnie lower receiver. Prawo reguluje posiadanie czy też handel takimi numerowanymi częściami, choć ponoć pozwala też wykonać je samodzielnie, co jednak jest poza zasięgiem przeciętnego śmiertelnika. Pozostałe elementy składowe nie są w rozumieniu prawa bronią, więc można je posiadać, handlować, kolekcjonować. Jeśli wykonamy samodzielnie ten istotny element, to już nic nie stoi na przeszkodzie, aby skompletować sobie całą broń. A przecież jeszcze prościej powierzyć wykonanie tej istotnej części sterowanej komputerowo maszynie – nie wymaga to specjalnych umiejętności.

Strach padł na zamordystów całkiem słusznie, bo po raz kolejny technika staje na przeszkodzie ograniczaniu wolności. Na razie drukarki 3D tworzą rzeczy głównie z termoformowalnego plastiku, z którego prawdziwej broni zrobić się nie da, ale z biegiem czasu powstaną maszyny zdolne do drukowania przedmiotów z trwalszych materiałów – ceramiki czy metali. Wtedy wytworzenie broni będzie jedynie kwestią ściągnięcia odpowiednich plików i uruchomienia maszyny.

Coś trzeba będzie z tym zrobić. Jakieś restrykcje w dostępnie do planów? Może maszyny łączące się z centralnym serwerem? A może drukarki 3D za pozwoleniem, tylko dla pupilków reżimu? Z pewnością coś tam wymyślą, ale i tak w końcu przegrają. Niech technika sprawi, że wolność zwycięży.