Warto o tym pamiętać

Prowadzę tu, na blogu, sporo dyskusji na temat dostępu do broni palnej oraz prawa do skutecznej samoobrony. Sporo w tych dyskusjach jest teoretyzowania i powoływania się na dość wymyślne przykłady. Sprowadzanie dyskusji w tej kwestii na manowce często bywa ciekawym wyzwaniem intelektualnym, ale rzadko dotyka sedna sprawy – nieważne jak bezpiecznie i pewnie się czujesz, jakie masz doświadczenie, to na bazie swoich dotychczasowych doświadczeń i przekonań, nie możesz zapewnić, że nic złego nie wydarzy ci się się w przyszłości.

To, czy będziesz ofiarą napadu nie zależy od ciebie – ktoś inny o tym zadecyduje. I nie ma znaczenia, czy mieszkasz w dobrej dzielnicy, na strzeżonym osiedlu, uprawiasz sporty walki, ubierasz się skromnie, nie wychodzisz po zmroku z domu, jesteś za młody czy za stary.

Warto pamiętać, że:

  • Ty lub twoi bliscy mogą stać się ofiarami brutalnej napaści, gdziekolwiek i kiedykolwiek. Nie ma takich miejsc, w których zawsze będzie bezpiecznie, nie ma takich pór dnia, w których wszyscy są bezpieczni. Nie ma nikogo, kto nie może zostać ofiarą. Owszem, można manipulować prawdopodobieństwem, ale pewności nigdy nie będzie.
  • Nie zawsze, a raczej rzadko, będzie ktoś, kto będzie mógł pomóc – czy to policja, czy odważny obywatel. Ty jesteś swoją pierwszą linią obrony. Zawsze.
  • Twój dom, czy twoja okolica nie jest odporna na przestępczość. To, że jesteś na swoim, nie jest żadną przeszkodą dla zdeterminowanego przestępcy. Oni nie szanują własności z definicji – ani własności twych rzeczy materialnych, ani też własności twego ciała.

Zanim zaczniesz postulować ograniczanie innym prawa do skutecznej obrony, pomyśl najpierw o sobie. Pamiętaj o tych w wyżej wymienionych kwestiach (pochodzą z tego tekstu) – dotyczą także ciebie. Ty i twoi bliscy także kiedyś mogą zostać ofiarami, więc dyskutując o prawie do skutecznej samoobrony pomyśl przede wszystkim o nich, a potem o sobie.

Ale Meksyk

USA prowadzi od lat wojnę z narkotykami. Nieskutecznie i coraz drożej. Im dłużej ją prowadzi, tym bardziej dostawy narkotyków stają się atrakcyjniejsze dla tych, którzy spragnieni są szybkiego, choć ryzykownego zarobku. Bo pomimo wojny, pomimo antynarkotykowej propagandy, to popyt na narkotyki nie maleje. A skoro jest popyt, i to ciągle rosnący, to znajdą się chętni, aby popyt ten zaspokoić – rynek działa nieubłaganie, niezależnie od zaklęć zwolenników ekonomicznych alternatyw.

Znaczna część narkotykowych dostaw dociera do USA obecnie poprzez Meksyk, w którym rosną w siłę narkotykowe kartele wypełniające pustkę powstałą po osłabieniu karteli kolumbijskich. To pokazuje, że chwilowy „sukces” rządowych wojowników z narkotykami polegający na osłabieniu czy nawet likwidacji kolumbijskich karteli, zaowocował powstaniem ich w innym miejscu, właśnie w Meksyku. Naciski USA na meksykański rząd, aby coś zrobić z tym problemem, zaowocowały jedynie gwałtownym wzrostem przemocy na terenie Meksyku, głównie w wyniku walk konkurencyjnych gangów, której ofiarami często staję się zupełnie niezaangażowani „cywile”. Jak łatwo się domyślić, efekt tej walki są mizerne, choć trup ściele się tam naprawdę gęsto i życie ludzi w przygranicznych rejonach powoli zamienia się w piekło.

Oczywiście, w teorii, bezpieczeństwem obywateli ma zajmować się meksykański rząd. Tenże rząd, w opinii etatystów stworzony wprost do rozwiązywania problemów obywateli, jak żadna inna organizacja, oczywiście zupełnie sobie nie daje rady. Mimo zadawania ciosów kartelom, nie udało się rządowi ani opanować sytuacji w handlu narkotykami, ani zapobiec wojnom pomiędzy gangami, ani też zadbać przynajmniej o bezpieczeństwo tych, którzy w tej całej zabawie nie chcą po prostu uczestniczyć. Kwitnie korupcja, a przeciwnicy rozprzestrzeniającej się dominacji narcotraficantes zostają wyeliminowani.

Uczciwi obywatele są bezradni. Dostęp do broni jest limitowany, oczywiście dla praworządnych obywateli. Handlarze narkotyków nie mają problemu z dostępem do szerokiego spektrum broni palnej, włączając w to broń automatyczną i granatniki, nierzadko pochodzącą z USA, czasem nawet z rządowych programów walki z handlem bronią, niezbędną im do skutecznej walki z rządowymi oddziałami wojska i policji, oraz w walce pomiędzy sobą. Cywile są bezradni, bo słabi, nieuzbrojeni oraz pozbawieni ochrony ze strony państwa, więc często stają się ofiarami rabunków, gwałtów i morderstw, szczególnie w sytuacji, gdy handel narkotykami stał się najłatwiejszą metodą szybkiego zarobku dla tych, którzy nie potrafią robić nic pożyteczniejszego niż zajmowanie się gansterką.

Mieszkańcy pewnej miejscowości – San Mateo Tezoquipan Miraflores – nie mogąc liczyć na rząd, ani też nie mogąc wziąć sprawiedliwości w swoje ręce, zaproponowali, że będą płacić miejscowym gangsterom 20 tysięcy pesos (ok. 4700 PLN) dziennie, aby ci dali im spokój i przestali ich gnębić. Tylko tyle im pozostało w sytuacji, gdy rząd, który uzurpuje sobie prawo do dbania o ich bezpieczeństwo, nie daje sobie rady, a oni sami nie mają sił i skutecznych narzędzi, aby walczyć o swoje mienie, zdrowie i życie. W odpowiedzi, przedstawiciel rządu poprosił mieszkańców o cierpliwość (którą przecież najwyraźniej stracili) i nie wchodzenie w konszachty z gangsterami. Nie wiem, co na to mieszkańcy…

Oświetleniowych absurdów ciąg dalszy

To, że Polska jest krajem, w którym wyjątkowo aktywnie działają rozmaici polepszacze świata, chyba nie powinno mnie specjalnie dziwić. Generalnie ich działalność jakoś tak mnie ogólnie opływa i rozmywa się w ogóle produkowanych przez nich absurdów. Ale bywa, że czasem coś szczególnie mi dopiecze.

Kiedyś wymyślili, że trzeba jeździć na światłach cały rok, bo to rzekomo poprawia bezpieczeństwo. O ile ta korzyść jest iluzoryczna (statystyki na razie jej nie wykazują), to koszty w postaci zwiększenia zużycia paliwa i żarówek są jak najbardziej namacalne. No, ale więcej paliwa to więcej podatków, o co może tutaj naprawdę chodzić, reszta to typowe mydlenie oczu. Zwiększy się może bezpieczeństwo, a przy okazji nakosi hajsu na poprawianie świata w innych dziedzinach. I, przy okazji, dla siebie.

A globalne ocieplenie, któremu ponoć nie sprzyja zwiększone spalanie? Na to pozbiera się kasę przy innej okazji. Na przykład opodatkowując jeszcze bardziej paliwo. Zawsze znajdzie się sposób.

Ale wracając do tematu – dopuszcza się u nas też jazdę na specjalnych światłach do jazdy dziennej (DRL), które generalnie mają mniejszą moc i zużycie energii. Dodatkowo część samochodów ma możliwość pracy normalnych świateł w trybie zredukowanej jasności, które wtedy pełnią rolę świateł do jazdy dziennej. Nawet europejscy poprawiacze świata ze stosownej komisji przygotowali odpowiednią dyrektywę ECE-R87, która harmonizuje przepisy dotyczące świateł w krajach członkowskich WE.

Mój nowy samochód, choć nie europejczyk, ma stosowny tryb DRL. Wygodny, automatyczny, zmieniający na światła mijania przy spadku jasności, miód malina. Wszystko zgodne ze stosowną normą. Powinienem się cieszyć, bo mogę jeździć bezpiecznie, zgodnie z normami europejskimi (przecież nie ma nic lepszego na tym świecie, nieprawdaż?), a przy okazji nie ocieplać globu tak bardzo, tak jak mógłbym. Otóż nie, gdyż polscy naprawiacze świata postanowili być bardziej papiescy niż europejscy papieże biurokratycznej wiary i postanowili postanowienia dyrektywy trochę „poprawić”.

Otóż światła do jazdy dziennej w Polsce muszą jednocześnie świecić z tylnymi światłami pozycyjnymi (po naszemu, światłami tylnymi po prostu). Na to nie wpadli oryginalni pomysłodawcy, gdyż im najwyraźniej zależało na zwiększeniu widoczności samochodów nadjeżdżających z przeciwka, które się do nas niebezpiecznie zbliżają (i sumują się nasze wzajemne prędkości), a nie zwiększeniu widoczności samochodów oddalających się. Ba, na chłopski rozum, to włączone tyle światła pozycyjne zmniejszają widoczność włączania świateł stop, które na bezpieczeństwo mają dość znaczący wpływ i lepiej, gdy ich się w dzień nie używa. No, ale nie będę takich rzeczy uczył naszych najtęższych sejmowych głów – na pewno wiedzą lepiej.

No cóż, mój samochód światła DRL ma zaprojektowane pod wymogi mniej nadgorliwych drogowych faszystów, więc na terenie naszego kraju muszę jeździć na światłach mijania. I dodatkowo ocieplać nasz udręczony glob, jakby mało było efektów działania silnika V6, który mam pod maską.

Niebezpieczne auta

Od dwóch tygodni jestem posiadaczem nowego auta. No, nie nowego, bo w opinii przeciwników importu aut używanych, to jest dwuletni wrak z małym przebiegiem zagrażający bezpieczeństwu ruchu drogowego znacznie bardziej od mojego obecnego, 9-letniego koreańczyka wyprodukowanego w Polsce. Co gorsza, ta obiegowa opinia znajduje potwierdzenie w stanie prawnym – na razie auto nie może zostać dopuszczone do ruchu po przestronnych i bezpiecznych drogach RP. A dlaczego? A to dlatego, że choć to auto japońskie, to zostało sprowadzone z USA, znanego siedliska najgorszego motoryzacyjnego zła.

Jak wiadomo, w USA porusza się ponad 250 milionów szalenie niebezpiecznych maszyn, dopuszczenie których na nasze fantastyczne drogi krajowe, zagroziłoby życiu, zdrowiu i mieniu pozostałych uczestników ruchu. Źródłem zagrożenia ze strony mojego auta jest jego oświetlenie, i to zarówno to, które ma, jak i to, którego nie ma.

Zacznijmy od tyłu, czyli od świateł brakujących. Otóż nie ma tam tylnego światła przeciwmgielnego. Czyli tego, którego w zasadzie nie można używać, gdyż określane prawem sytuacje zdarzają się przeciętnemu kierowcy niezmiernie rzadko. Ja sam, przez 9 lat jeżdżenia, użyłem go może ze 2 razy, a i w tych obu przypadkach też bym sobie jakoś poradził. Amerykanie jakoś sobie radzą, a nie wydaje mi się, aby mgły nie nawiedzały kontynentu amerykańskiego tak często, jak nas. O ile uzasadnione użycie tylnego światła przeciwmgielnego to rzadkość, to nieprzepisowe i znacznie bardziej niebezpieczne przypadki włączania tego światła, gdy nie ma żadnej potrzeby, to właściwie norma.

Natomiast światła, które mam, czyli symetryczne światła mijania, to druga przeszkoda w dopuszczeniu auta do ruchu. O ile mogę zrozumieć ten przepis, to rzeczywistość jest całkiem inna. Mimo symetryczności, światła w moim samochodzie świecą całkiem nieźle i raczej nikogo nie oślepiają. Z pewnością świecą lepiej niż wiele świateł, które widuję na co dzień, w bezpiecznych i dopuszczonych do ruchu autach europejskich. No ale norm nie spełniają i już.

Oczywiście, rozwiązaniem problemu jest wymiana świateł, z czym oczywiście liczyłem się zakupując auto w USA. Niemniej jednak, wymiana sprawnych urządzeń na inne, tylko dlatego, że ktoś ma taki właśnie pomysł naprawiania świata, trochę mnie wkurza. O kosztach nie wspominając.

Dla pewności postanowiłem sprawdzić statystki. Skoro mamy takie przepisy, to pewnie jednak u nas jest dzieki tym oświetleniowym wymogom znacznie lepiej. Jak się spodziewałem, nie tutaj tkwi problem bezpieczeństwa na drogach. Przynajmniej w Polsce.

Ze statystyk z 2006 roku z Polski i USA wyciągnąłem następujące dane:

  • W USA, ponad 251 milionów pojazdów spowodowało wypadki z 42624 ofiarami śmiertelnymi, co daje prawie 17 ofiar na 100 tysięcy pojazdów.
  • W Polsce, znacznie bezpieczniejsze, bo przecież właściwie oświetlone pojazdy w liczbie 18 milionów spowodowały wypadki z 5243 ofiarami śmiertelnymi, a więc ponad 27 ofiar na każde 100 tysięcy poruszających się pojazdów.

Tak, oświetlenie musi być tutaj kluczową sprawą, nieprawdaż? Szczególnie w Polsce.

Nowe auto sobie stoi w warsztacie, a ja szukam tanich reflektorów na wymianę. No i jeżdżę starym. Bezpiecznym i świetnie oświetlonym.

Obroża

Do czego potrzebny jest rząd? Etatyści odpowiedzą, że do wszystkiego, bo sami nie powinniśmy sobie podcierać nawet tyłka. Minarchiści powiedzą, że do funkcji nocnego stróża. Anarchiści – „do rzyci”. I ci ostatni mają rację. Bo każdy rząd, nawet minimalny, będzie w stanie wymyślić najgłupszą rzecz i zaproponować wprowadzenie jej w życie. Słuszną jest przestroga, aby nie sugerować urzędnikom różnych głupich rzeczy, bo jeszcze wezmą to na poważnie i nam je zaaplikują.

Urzędnicy amerykańskiego departamantu bezpieczeństwa (Department of Homeland Security, DHS) całkiem poważnie zaproponowali, aby każdego pasażera linii lotniczych wyposażać na czas podróży w elektroniczną bransoletkę z GPS, która pozwoli na śledzenie każdego z nich, a na dodatek będzie posiadała dodatkową funkcję zdalnego porażania prądem niewygodnych czy niebezpiecznych osobników. Taki kill switch, rodem z filmów sci-fi.

I oni robią to całkiem na serio.