Mieczysława

Dziś moje domowe stado kotów zmalało do 2 sztuk, gdyż najstarsza starowinka, czyli 16-letnia kotka Mietka dokonała żywota.

I po tym smutnym wstępie, przechodzimy do równie niewesołuch zagadnień związanych z wolnością gospodarczą i wolnością w ogóle. Kotkowi należy się pochówek, choćby jakimś podwarszawskim lesie. Potrzeba jest łopata (szpadel), której ktoś, kto nie ma ogrodu po prostu w domu nie trzyma. Niby nie jest to problem, mieszkam niedaleko 2 hipermaketów budowlanych, więc można by było po drodze do lasu kupić stosowne narzędzie, a potem najwyżej go komuś podarować.

Niestety, kretyni na Wiejskiej, uznali, że to nie konsumenci i sprzedawcy mają decydować kiedy chcą dokonywać dobrowolnych transakcji, ale właśnie to oni – politycy – wiedzą lepiej ode mnie, kiedy będę potrzebował łopaty. Uchwalili więc prawo, które zabrania zabrania nam zaspokojania swoich potrzeb i robienie dobrowolnych interesów z tymi, którzy chcieliby takie potrzeby zaspokoić, w określone dni roku. Dziś właśnie jest taki dzień.

Powodów jest zawsze wiele: Bóg, rodzina, proletariat, ale tak naprawdę, chodzi o to, że mamy czuć, że jesteśmy niewolnikami, że ktoś za nas może decydować o tak wielu sprawach.

Wkurzyłem się. Gdybym był czarownicą, rzuciłbym na nich wszystkich urok. Z korzyścią dla wszystkich pozostałych.

Niebezpieczne auta

Od dwóch tygodni jestem posiadaczem nowego auta. No, nie nowego, bo w opinii przeciwników importu aut używanych, to jest dwuletni wrak z małym przebiegiem zagrażający bezpieczeństwu ruchu drogowego znacznie bardziej od mojego obecnego, 9-letniego koreańczyka wyprodukowanego w Polsce. Co gorsza, ta obiegowa opinia znajduje potwierdzenie w stanie prawnym – na razie auto nie może zostać dopuszczone do ruchu po przestronnych i bezpiecznych drogach RP. A dlaczego? A to dlatego, że choć to auto japońskie, to zostało sprowadzone z USA, znanego siedliska najgorszego motoryzacyjnego zła.

Jak wiadomo, w USA porusza się ponad 250 milionów szalenie niebezpiecznych maszyn, dopuszczenie których na nasze fantastyczne drogi krajowe, zagroziłoby życiu, zdrowiu i mieniu pozostałych uczestników ruchu. Źródłem zagrożenia ze strony mojego auta jest jego oświetlenie, i to zarówno to, które ma, jak i to, którego nie ma.

Zacznijmy od tyłu, czyli od świateł brakujących. Otóż nie ma tam tylnego światła przeciwmgielnego. Czyli tego, którego w zasadzie nie można używać, gdyż określane prawem sytuacje zdarzają się przeciętnemu kierowcy niezmiernie rzadko. Ja sam, przez 9 lat jeżdżenia, użyłem go może ze 2 razy, a i w tych obu przypadkach też bym sobie jakoś poradził. Amerykanie jakoś sobie radzą, a nie wydaje mi się, aby mgły nie nawiedzały kontynentu amerykańskiego tak często, jak nas. O ile uzasadnione użycie tylnego światła przeciwmgielnego to rzadkość, to nieprzepisowe i znacznie bardziej niebezpieczne przypadki włączania tego światła, gdy nie ma żadnej potrzeby, to właściwie norma.

Natomiast światła, które mam, czyli symetryczne światła mijania, to druga przeszkoda w dopuszczeniu auta do ruchu. O ile mogę zrozumieć ten przepis, to rzeczywistość jest całkiem inna. Mimo symetryczności, światła w moim samochodzie świecą całkiem nieźle i raczej nikogo nie oślepiają. Z pewnością świecą lepiej niż wiele świateł, które widuję na co dzień, w bezpiecznych i dopuszczonych do ruchu autach europejskich. No ale norm nie spełniają i już.

Oczywiście, rozwiązaniem problemu jest wymiana świateł, z czym oczywiście liczyłem się zakupując auto w USA. Niemniej jednak, wymiana sprawnych urządzeń na inne, tylko dlatego, że ktoś ma taki właśnie pomysł naprawiania świata, trochę mnie wkurza. O kosztach nie wspominając.

Dla pewności postanowiłem sprawdzić statystki. Skoro mamy takie przepisy, to pewnie jednak u nas jest dzieki tym oświetleniowym wymogom znacznie lepiej. Jak się spodziewałem, nie tutaj tkwi problem bezpieczeństwa na drogach. Przynajmniej w Polsce.

Ze statystyk z 2006 roku z Polski i USA wyciągnąłem następujące dane:

  • W USA, ponad 251 milionów pojazdów spowodowało wypadki z 42624 ofiarami śmiertelnymi, co daje prawie 17 ofiar na 100 tysięcy pojazdów.
  • W Polsce, znacznie bezpieczniejsze, bo przecież właściwie oświetlone pojazdy w liczbie 18 milionów spowodowały wypadki z 5243 ofiarami śmiertelnymi, a więc ponad 27 ofiar na każde 100 tysięcy poruszających się pojazdów.

Tak, oświetlenie musi być tutaj kluczową sprawą, nieprawdaż? Szczególnie w Polsce.

Nowe auto sobie stoi w warsztacie, a ja szukam tanich reflektorów na wymianę. No i jeżdżę starym. Bezpiecznym i świetnie oświetlonym.

Wyrok

Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał wyrok, który stwierdza, że faktura przesłana klientowi elektronicznie (np. w formie PDFa) i wydrukowana u niego fakturą nie jest. I już. Bo faktura elektroniczna to co innego (podpis elektroniczny i takie tam). Tak więc, gdy ktoś dokonuje takiej operacji, dopuszcza się zapewne przestępstwa karno-skarbowego.

Być może sąd nie mógł stwierdzić inaczej, bo rzeczywiście definicja faktury elektronicznej jest określona i nie spełnia jej przesłany mejlem PDF. Z drugiej jednak strony, ten PDF to jedynie sposób zakodowania informacji w drodze do drukarki. Przecież dla każdego rozgarniętego człowieka nie ma różnicy pomiędzy fakturą wydrukowaną na miejscu u wystawcy, a następnie dostarczoną odbiorcy osobiście, przez wytresowanego psa, gołębia poczytowego, dyliżansem, kurierem rowerowym czy w bardziej tradcyjny sposób: pocztą państwową, a fakturą wydrukowaną zdalnie, u odbiorcy, z użyciem udostępnionej drukarki, lub poprzez wirtualną sieć prywatną (VPN), albo pulpit zdalny z użycie oprogramowania odbiorcy, albo po prostu z dostarczonego pocztą elektroniczną pliku w uzgodnionym formacie.

Można przedstawić sądowi kilkanaście faktur dostarczonych odbiorcy w każdy z wymienionych tu sposobów i są nie będzie w stanie ich odróżnić. Czy sąd nie ma co robić? Po co tworzyć prawną fikcję?

Pedofilsko-prawne paradoksy

Para nastolatków (17 lat on, 16 lat ona) zabawiała się nago i pstryknęli sobie przy tej okazji fotki. Następnie parę tych fotek przesłali z komputera dziewczyny na konto pocztowe chłopaka, a potem na jego komputera. I tu mogła się sprawa zakończyć. Niestety, o zdjęciach dowiedziała się jakoś policja i sprawa się skomplikowała. Młodzież aresztowano i oskarżono oboje działania w celu produkcji, reżyserii i promocji zachowań seksualnych z dziećmi. Chłopak jeszcze zaliczył zarzut posiadania pornografii dziecięcej na swoim komputerze. Obrona próbowała argumentować, że celem prawa jest ochrona dzieci przed wykorzystywanie przez dorosłych. Sędziowie (w stosunku 2:1) mieli inne zdanie: młodzi mogli przecież kiedyś te zdjęcia sprzedać, pokazać znajomym, albo pozwolić komuś włamać się do komputera i w ten sposób doprowadzić do ich rozpowszechnienia. A do tego przecież nie można dopuścić, wszakże chodzi o dzieci! O dzieci!

Ciekawe, że utrwalanie czynności, która nie jest zabroniona, jest zabronione.

U nas, niestety, nie jest lepiej, bo pedofilia jest dyżurnym straszakiem, niczym Czarna Wołga w czasach mojego dzieciństwa. Co rusz to pedofil tu czy tam, a w sieci to już tragedia. Łapanie pedofilii to jakieś lukratywne zajęcie, bo policja i dziennikarze co chwila chwalą się jakąś udaną akcją. A wplątać się w ich sidła łatwo, o czym przekonał się Jacek Sierpiński, którego odwiedziła i przeszukała policja, właśnie na okoliczność posiadania czy wspierania pedofilii, a to wszystko za sprawą artykułu krytykującego obowiązującą wykładnię w tym temacie. Oczywiście nic nie znaleźli (Jacek ma teraz „oficjalne” potwierdzenie, że nie jest pedofilem), ale niesmak jakiś pozostaje.

Co gorsza, ja również wygłaszałem jakieś takie „pro-pedofilskie” komunikaty, nawet w komentarzach pojawił się Mały Książę, wróg publiczny nr 1. Pewnie też muszę się spodziewać się wizyty…