Wirtualny zysk

Istnieje w naszej (przynajmniej polskiej rzeczywistości) pojęcie zysku, który wynika z nie poniesienia straty i wydatku. Wymyślili to geniusze od łupienia poddanych podatników. Pokrótce polega to na opodatkowaniu wirtualnego „zysku”, gdy otrzymamy za darmo coś, za co powinniśmy w innej sytuacji zapłacić. Kiedyś była głośna prób sprawa opodatkowania Linuxa, gdy próbowany użytkowników tego systemu obarczyć podatkiem za brak kosztu w postaci licencji jakiegoś odpowiedniego produktu Microsoftu. Ta idea, zapisana ustawie, wciąż działa. Co gorsza, tę absurdalną konstrukcję podtrzymują sądy, ale czego oczekiwać po ludziach, którzy nie biorą odpowiedzialności za swoje decyzje? Okazało się, że jakiś sąd stwierdził, że pożyczka bez odsetek to zysk, który trzeba opodatkować.

Ja nie wiem, gdzie ci sędziowie się uczyli. Proponuję im przeanalizować następujący przypadek – mam 0 talarów, pożyczam 1000 talarów od znajomego bez procentów, oddaję mu za jakiś cza te 1000 talarów i znów mam 0. Gdzie jest ten zysk do opodatkowania? Oczywiście, nie mam też długu, ale wciąż nie widzę tutaj żadnego zysku…

Dobry komentarz z Onetu:

To pomału robi się chore! Dziewczyna jak idzie z facetem do łóżka to powinna potem wziąć pieniądze, bo jak tego nie zrobi to facet będzie miał zysk. Przecież w agencji za całą noc zapłacił by spore pieniądze, nieprawdaż?

Młodociani seks-przestępcy

Prawo amerykańskie jest nieubłagane, szczególnie w kwestii pornografii dziecięcej, czyli działań przestępców seksualnych. Czyli takich, których nie tylko kara się więzieniem, ale też naznacza się na całe życie, czasem gorzej niż morderców czy innych poważnych przestępców. Bo to najwyraźniej najgorsza kategoria złoczyńców.

Czyżby?

Wyobraźmy sobie sytuację (bynajmniej nie wydumaną), w której trójka dziewcząt w wieku 14-15 lat robi sobie nagie lub półnagie zdjęcia telefonami komórkowymi, które obecnie praktycznie zawsze wyposażone są w cyfrowe aparaty fotograficzne. Następnie panny wysyłają te zdjęcia poprzez MMSy do swoich odrobinę starszych chłopaków (16-17 lat). Nauczyciele przypadkiem odbierają chłopcom komórki i odkrywają straszną zawartość. I po chwili policja aresztuję szajkę nieletnich zboczeńców. Dziewczęta oskarżone są o produkcję i rozpowszechnianie pornografii dziecięcej (no, powiedzmy z udziałem nieletnich), a chłopcy o posiadanie takowej pornografii. I świat staje się lepszy, bo ze złem trzeba walczyć bezwględnie.

Czyżby?

Ja wiem, że intencje były inne. Ale zrujnowanie życia tym ludziom (jeśli zapadną stosowne wyroki, mogą zostać na całe życie napiętnowani mianem przestępców seksualnych i zapisani w stosownym rejestrze) z pewnością nie będzie mniejszym złem niż czyn, którego się dopuścili. Jak dobre intencje zaczynają dominować, to się źle kończy. Ja bym uznał to za większe niebezpieczeństwo, niż fakt, że jak sobie nieletni trzaśnie nagą fotkę, to nic dobrego z tego nie będzie (czytat z linkowanego artykułu).

Corruptissima republica plurimae leges

Jak w tytule, Tacyt kiedyś powiedział:

Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze są prawa.

I, jak go rozumiem, im bardziej państwo zepsute i skorumpowane, tym więcej ma (i stanowi) praw. To tak, jak w miłościwie panującej nam RP, UE i w wielu innych, kiedyś wolnych, krajach. Przepisów wciąż przybywa, coraz absurdalniejszych, ale zdecydowanie mających na celu wyciskanie z nas kasy tam, gdzie dotychczas kasy nie dało się wyciskać. Dwa przykłady z ostatniego tygodnia…

Certyfikaty energetyczne dla każdego lokalu. Budujesz, wynajmujesz, sprzedajesz dom lub lokal? To będziesz musiał wykosztować się na certyfikat energetyczny za tysiaka. Bo takie teraz prawo. A że kupującego nie interesuje charakterystyka energetyczna lokalu? Trudno, twarde prawo, ale prawo. Cieszą się oczywiście ci, którzy będą tego tysiaka inkasować i chyba oni są jedyną grupą, która cieszy się nowego nakazu. Szczególnie, że to ściśle określona grupa, więc konkurencja zawsze będzie mniejsza i przymus zapewni stały dopływ chętnych na ekspercką usługę.

Pozostali chętnie wydaliby te pieniądze na inne cele. A jak ktoś naprawdę ciekawy jak tam z energetyką danego lokalu, to powinien wymagać takiego dokumentu przy zakupie (co mu pewnie utrudniłoby znalezienie stosownego lokalu), albo powinien sobie sam zafundować stosowną ekspertyzę. A teraz to dopiero będzie okazja do łapówek za „zaoczne” sporządzenie ekspertyzy – bo skoro już trzeba ją zrobić, to po co się kłopotać z jakimiś tam testami, wyliczeniami i badaniami…

Strażak w każdym „zakładzie pracy”. No może niekoniecznie strażak (choć spełnia on wymogi), ale specjalista od ochrony ppoż. Nawet w firmie, w której taki specjalista jest jednocześnie jedynym pracownikiem. Co gorsza, to nie może być byle kto, żaden tam domorosły strażak Sam, bo wymogi też są określone, no i oczywiście po stosownym kursie, znów za ponad tysiaka. I znów ci, którzy będą inkasować pewnie się cieszą, a pozostali zżymają się na głupotę tych, którzy to wymyślają. Skoro przeszkoleni strażacy są niezbędni do funkcjonowania przedsiębiorstwa i całej gospodarki, to może wprowadzimy wymóg, że w każdej rodzinie czy innym stadle powyżej 2 osób mieszkających razem, jedno z nich musi takie przeszkolenie mieć, inaczej wpadnie jakieś komando i wlepi im 30 tysi kary. Przecież ma być bezpiecznie nie tylko w pracy…

Oświetleniowych absurdów ciąg dalszy

To, że Polska jest krajem, w którym wyjątkowo aktywnie działają rozmaici polepszacze świata, chyba nie powinno mnie specjalnie dziwić. Generalnie ich działalność jakoś tak mnie ogólnie opływa i rozmywa się w ogóle produkowanych przez nich absurdów. Ale bywa, że czasem coś szczególnie mi dopiecze.

Kiedyś wymyślili, że trzeba jeździć na światłach cały rok, bo to rzekomo poprawia bezpieczeństwo. O ile ta korzyść jest iluzoryczna (statystyki na razie jej nie wykazują), to koszty w postaci zwiększenia zużycia paliwa i żarówek są jak najbardziej namacalne. No, ale więcej paliwa to więcej podatków, o co może tutaj naprawdę chodzić, reszta to typowe mydlenie oczu. Zwiększy się może bezpieczeństwo, a przy okazji nakosi hajsu na poprawianie świata w innych dziedzinach. I, przy okazji, dla siebie.

A globalne ocieplenie, któremu ponoć nie sprzyja zwiększone spalanie? Na to pozbiera się kasę przy innej okazji. Na przykład opodatkowując jeszcze bardziej paliwo. Zawsze znajdzie się sposób.

Ale wracając do tematu – dopuszcza się u nas też jazdę na specjalnych światłach do jazdy dziennej (DRL), które generalnie mają mniejszą moc i zużycie energii. Dodatkowo część samochodów ma możliwość pracy normalnych świateł w trybie zredukowanej jasności, które wtedy pełnią rolę świateł do jazdy dziennej. Nawet europejscy poprawiacze świata ze stosownej komisji przygotowali odpowiednią dyrektywę ECE-R87, która harmonizuje przepisy dotyczące świateł w krajach członkowskich WE.

Mój nowy samochód, choć nie europejczyk, ma stosowny tryb DRL. Wygodny, automatyczny, zmieniający na światła mijania przy spadku jasności, miód malina. Wszystko zgodne ze stosowną normą. Powinienem się cieszyć, bo mogę jeździć bezpiecznie, zgodnie z normami europejskimi (przecież nie ma nic lepszego na tym świecie, nieprawdaż?), a przy okazji nie ocieplać globu tak bardzo, tak jak mógłbym. Otóż nie, gdyż polscy naprawiacze świata postanowili być bardziej papiescy niż europejscy papieże biurokratycznej wiary i postanowili postanowienia dyrektywy trochę „poprawić”.

Otóż światła do jazdy dziennej w Polsce muszą jednocześnie świecić z tylnymi światłami pozycyjnymi (po naszemu, światłami tylnymi po prostu). Na to nie wpadli oryginalni pomysłodawcy, gdyż im najwyraźniej zależało na zwiększeniu widoczności samochodów nadjeżdżających z przeciwka, które się do nas niebezpiecznie zbliżają (i sumują się nasze wzajemne prędkości), a nie zwiększeniu widoczności samochodów oddalających się. Ba, na chłopski rozum, to włączone tyle światła pozycyjne zmniejszają widoczność włączania świateł stop, które na bezpieczeństwo mają dość znaczący wpływ i lepiej, gdy ich się w dzień nie używa. No, ale nie będę takich rzeczy uczył naszych najtęższych sejmowych głów – na pewno wiedzą lepiej.

No cóż, mój samochód światła DRL ma zaprojektowane pod wymogi mniej nadgorliwych drogowych faszystów, więc na terenie naszego kraju muszę jeździć na światłach mijania. I dodatkowo ocieplać nasz udręczony glob, jakby mało było efektów działania silnika V6, który mam pod maską.

Zalać ich papierami

Pewien niemiecki artysta postanowił publicznie wykonać 33-sekundowy utwór składający się wyłącznie z cytatów innych utworów audio. A konkretnie z cytatów z 70200 innych utworów. W świetle prawa autorskiego na użycie każdego z nich (jak „własność”, to „własność”) musi otrzymać licencję. Na szczęście dla niego, Niemcy mają swoje organizacje zarządzania prawami autorskimi, czyli swoje ZAiKSy, więc wystarczy zwrócić się do takiej organizacji o stosowną licencję wypełniając odpowiedni formularz. Po jednym na użyty fragment, czyli w sumie wystarczy wypełnić 70200 formularzy i przedstawić je organizacji GEMA (ciekawe jak z opłatami?).

To oczywiście pewien rodzaj protestu przeciw koncepcji, że raz zawłaszczona idea zostaje już w czyimś posiadaniu niemalże na zawsze i każde użycie jej w dziele pochodnym wymaga zezwolenia (licencji). Niestety, protest taki połowiczny, bo artysta wolałby, aby zamienić taki licencjonowanie na zwiększone podatki od nośników informacji – leczenie jednej choroby inną, zamiast pozbycia się nowotworu. Ale zawsze daje do myślenia…