Chaos w mojej głowie

Jakiś czas temu udzieliłem wywiadu dla zine’u „Chaos w mojej głowie„, który w wersji tradycyjnej, czyli papierowej właśnie się ukazał. Ponieważ nie każdy chce spijać nektar mojej mądrości z papieru, to poniżej treść wywiadu w formie elektronicznej. Jeśli kogoś interesuje tematyka tego wydawnictwa, całkiem sporego sądząc po liczbie stron, to zapraszam na stronę do zakupu.

Na początku lat 90-tych byłeś członkiem UPR, obecnie jesteś jednym z bardziej znanych polskich anarcho-libertarian. Droga od konserwatysty do anarchisty wydaje się być długa i kręta. Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom Chaosu jak przebiegała ewolucja Twoich poglądów politycznych?

To tylko pozornie kręta droga – dla mnie to była dość prosta i naturalna ścieżka ewolucji. Ale zacznijmy od początku, czyli dzieciństwa i lat młodzieńczych w czasach realnego socjalizmu, któremu nie udało się mnie zepsuć, mimo przecież dość intensywnej indoktrynacji, i to w czasie, gdy młody umysł jest na tę indoktrynacje najbardziej podatny. Nie wiem, czy to kwestia genów, czy jakiś przypadek, ale organizm mój uodpornił się dość skutecznie na różne przejawy lewicowej myśli, a skuteczność tego mechanizmu obronnego jeszcze pogłębiała codzienna obserwacja świata dookoła.

Potem nastąpiła przemiana ustrojowa, po której szukałem dla siebie jakiegoś sensownego poglądu politycznego i wtedy właśnie wpadł mi w ręce jeden z pierwszych numerów Najwyższego Czasu. Lektura tego tygodnika otworzyła mi oczy na nurty polityczne zupełnie mi wcześniej nieznane, z klasycznym liberalizmem na czele. Z jakiegoś powodu uznałem, że skoro już chcę być takim prawdziwym liberałem, to muszę zostać też konserwatystą. A JKM tylko utwierdzał nas, że to jest jedyna właściwa droga.

A że samo czytanie gazet i książek nie jest specjalnie skuteczną polityczną aktywnością, to po jakimś czasie wstąpiłem do UPR, bo chciałem coś podziałać, choć przyznam szczerze, nie bardzo wiedziałem jak. W UPR podziałałem sobie przez parę dobrych lat. Płaciłem składki, przychodziłem na manifestacje, spotykałem się z ciekawymi ludźmi. Było okay, choć szybko przekonałem się, że dla wielu członków UPR, organizacja ta była jedynie etapem w jakichś ich osobistych planach, a idee, które mi wydawały się dość bliskie, były dla nich jednie czymś, co się zmienia w zależności od różnych pragmatycznych celów. Na moje szczęście, jakiś kryzys osobisty sprawił, że musiałem przestać płacić składki, co poskutkowało tym, że nasze drogi z partią się rozeszły.

Ale zmiana ta nie miała jedynie podłoża ekonomicznego, bo w międzyczasie pojawił się internet z jego bogactwem wiedzy i nowymi sposobami komunikacji. W Najwyższym Czasie pojawiały się co prawda teksty, które oswoiły mnie z terminem libertarianizm, ale dopiero internet pozwolił mi poznać, co się za tym terminem dokładnie skrywa. Okazało się, że liberalizm może mieć także jeszcze radykalniejszą formę, nieskażoną konserwatywną domieszką. To dopiero było odkrycie.

Zaczęło się buszowanie po amerykańskich stronach wolnościowych, odkrywanie całego bogactwa tego ruchu oraz poznawanie w Polsce ludzi o podobnych poglądach. Konstruowanie list mejlowych, potem grup dyskusyjnych, aż do Forum Libertarian. Ciągle szukanie nowej wiedzy, ciągłe krystalizowanie swoich poglądów, dalsza ewolucja w kierunku anarchokapitalizmu. Jako organiczny przeciwnik lewicy, uwielbiam termin kapitalizm, więc nie wstydzę się tej etykietki, a na dodatek wkurza ona lewicowców.

Jak widać, otarcie się o UPR nie oznacza wcale bycia konserwatystą, przynajmniej w politycznym sensie, bo ja w wielu sprawach jestem dość konserwatywny, tylko nie mam ochoty narzucać tego poglądu siłą innym.

Jesteś obok Jacka Sierpińskiego chyba najbardziej rozpoznawalną osobą wśród inicjatorów powołania polskiej Partii Libertariańskiej. Po doświadczeniach z UPR i pochodnymi nie masz już trochę dość polityki?

Ja jestem zwolennikiem zarażenia ideą prawdziwej wolności jak największego kręgu ludzi. Chcę wyciągnąć libertarianizm z pewnego rodzaju getta i pokazać go tzw. przeciętnym ludziom. Jeśli w tym zadaniu może pomóc powołanie „poważnej” instytucji jaką jest partia polityczna, to tylko mogę przyklasnąć takiemu pomysłowi i jakoś go próbować wesprzeć. Ja sam uważa, że taka bardziej głównonurtowa organizacja wolnościowa może naprawdę przekonać wielu, że libertarianizm to jest poważny kierunek polityczny, którym warto się zainteresować.

Choć dla mnie osobiście, okres aktywnej działalności politycznej jest już raczej zamknięty. Chętnie pomogę w powstaniu tej partii, w kreowaniu jej programu (aby był dostatecznie wolnościowo „koszerny”, choć udział Jacka Sierpińskiego – papieża polskiego libertarianizmu – w zasadzie to gwarantuje), czy dobrych form działania. Choć raczej do niej wstąpię, ani też na nią nie zagłosuję – bo nie biorę udziału w wyborach.

Być może moje zaangażowanie się w ten projekt ma inne podłoże niż pozostałych założycieli, ale to, moim zdaniem, nie powinno być przeszkodą w naszej współpracy i osiąganiu wspólnego celu – poszerzanie zakresu wolności i skuteczniejszej walki najpierw z etatyzmem, a w końcu, z państwem.

Jak doszło do tego, że jeden z pierwszych polskich twórców, który zaczął zarabiać na grach komputerowych – a więc wydawać by się mogło beneficjent reżimu praw autorskich – zaczął kwestionować koncepcję tzw. „własności intelektualnej”?

To jest zasługa Stephana Kinselli, a konkretnie jego tekstu dotyczącego Napstera i konfliktu „własności” intelektualnej (IP) z własnością prawdziwą. Ten tekst przetłumaczyłem i opublikowałem na swojej stronie i polecam go każdemu, kto nie ma ochoty na lekturę dłuższych tekstów o tematyce IP tegoż autora.

Oczywiście, do tego czasu byłem typowym copyrightowym zamordystą – chciałem wszystkich wsadzać do więzień za naruszanie moich „praw”. Było to o tyle zabawne, że pierwsze nasze produkcje powstawały w 100% na pirackim oprogramowaniu, co wtedy nie było nawet nielegalne, a i potem zgodność z wyznawanymi poglądami także nie do końca była stuprocentowa ze stanem faktycznym.

To zresztą główny problem, z którym boryka się większość ludzi nafaszerowanych propagandą zwolenników IP – z jeden strony powszechnie narusza się prawa autorskie, a z drugiej strony pouczani jesteśmy jakie to złe i niemoralne jest, niezależnie od prawnego stanu faktycznego, choćby dotyczącego dozwolonego użytku osobistego. Z jednej strony zwolennicy IP próbuj zacisnąć nam na szyi sznur jeszcze większej kontroli, a z drugiej strony zwyczaj dzielenia się cyfrowymi plikami jest już powszechnym standardem.

Każdy, kto choć chwilę zastanowi się na tym problemem, to zauważy, że coś tu jest nie tak. Jeśli zaciekawi go ta kwestia, to bardzo łatwo odkryje, że świat nie jest taki, jaki mu się usiłuje przedstawić. To jak wybór czerwonej matriksowej tabletki – zaczynamy wtedy widzieć świat „własności” intelektualnej takim, jaki jest naprawdę. I nie jest to miły widok.

To naprawdę nie jest trudne – wystarczy poczytać trochę tekstów na mojej stronie, trochę moich wpisów blogowych, w których podaję sporo argumentów, a także odnośników do innych tekstów. Trzeba mentalnie wyzwolić się z kajdan myślenia o IP jako o własności i od razu będzie łatwiej. No i koniecznie trzeba wyzwolić się z narzuconego nam przeświadczenia, że obecny system choćby praw autorskich jest tożsamy z systemem zarabiania na efektach swojej pracy twórczej. Prawa autorskie to ani konieczny warunek do zarabiania na twórczości, ani tym bardziej wystarczający. Gdy oderwiemy się od myślenia o pieniądzach, to od razu zobaczymy jak wątły jest to koncept.

Parafrazując Anarchistyczne FAQ Bryana Caplana – „Dlaczego ktokolwiek miałby się interesować infoanarchizmem?”

Jeśli nie będą się tym interesować, to reżim praw autorskich zainteresuje się nimi. Odbierając im wolność komunikacji oraz swobodę dysponowania swoją własnością. Zresztą reakcja na próbę przemycenia nam umowy ACTA pokazuje, że coś tam zaczyna do ludzi docierać. Jeszcze może nie zdają sobie dokładnie sprawy dlaczego ta koncepcja jest zła, wciąż są pod ogromnym wpływem propagandy, ale już zauważają, że coś tu nie gra. I coraz częściej szukają alternatywnej wiedzy na ten temat.

Coraz więcej ludzi, młodych i starych, w praktyce ma w zupełnym poważaniu kwestie „własności” intelektualnej i, jak to się pejoratywnie określa, „juma” na co dzień muzykę, filmy czy oprogramowanie bez specjalnych zahamowań. Niemniej jednak, gdy ich znienacka zapytamy, to będą głosić wtłoczone do głów formułki o konieczności wynagradzania biednych twórców i wynalazców. Że też nie zauważają tu pewnej niekonsekwencji.

Obracając się od wielu lat w środowisku polskich wolnościowców wydaje mi się, iż nie przesadzę pisząc, iż większość krajowych libertarian popiera Twoje stanowisko w sprawie „własności intelektualnej”. Ciekawy natomiast jestem jak Twoje poglądy w tej kwestii są odbierane przez Twoich znajomych z branży gier komputerowych. Spotkałeś się z jakimiś ciekawymi reakcjami ze strony innych gamedev’ów?

No, bez przesady, jakie tam „moje stanowisko”? Co najwyżej zbieżne z moim – nie roszczę sobie praw do pierwszeństwa, bo polskie teksty anty-IP pojawiały się dużo wcześniej zanim ja się zabrałem za tę tematykę. Ale faktycznie, nurt infoanarchistyczny wydaje się dość mocny wśród polskich wolnościowców, a także całkiem nieźle ma się wśród wolnościowców za granicą.

Moim znajomi nie przyjmują tego ze zrozumieniem, co trochę mnie dziwi, bo ja naprawdę znam trochę sekretów kreatywnych branży i wiem, że z jednej strony wszyscy mówią, że piractwo to zło, a z drugiej strony to znaczna część działalności twórców opiera się na piratach. Więc wygląda to często tak, że każdy twierdzi, że piractwo jest „be” i kiedyś, jak już się dorobi, to przestanie piracić, ale na razie to musi i już. I wymyśla różne usprawiedliwienia.

Trudno też mi przekonywać kolegów po fachu, bo akurat w świecie gier niełatwo jest wskazać alternatywne sposoby zarabiania na swojej twórczości. Bo do tego w praktyce sprowadza się dyskusja o IP – nie zastanawiamy się, czy jest to słuszne czy też nie, ale jak będziemy zarabiać, gdy ten koncept wreszcie umrze. A umrze z pewnością. Zawsze dyskusja schodzi na temat kasy, a nie jakiejś tam kultury czy sztuki.

W dyskusjach z kolegami mam jeden, mocny atut – moje pierwsze gry powstawały, gdy w Polsce nie funkcjonował jeszcze monopol prawnoautorski w zakresie oprogramowania. Piracić można było wszystko zupełnie bezkarnie i legalnie. Co nie zmienia faktu, że stworzyliśmy gry, które nawet w tych warunkach całkiem nieźle sobie finansowo radziły, zadając kłam twierdzeniu, że prawa autorskie są niezbędne, aby na własnej twórczości zarabiać.

Jesteś jednym z inicjatorów i wykładowców Digital Frontier, pierwszej polskiej szkoły dla twórców gier komputerowych. Jak sądzę większość kursantów to ludzi młodzi, którzy dorastali już w czasach stałych łącz sieciowych, a co za tym idzie de facto darmowego dostępu do wszelkich cyfrowych dóbr kultury. Czy dostrzegasz w ich spojrzeniu na biznesowy aspekt tworzenia gier jakieś istotne różnice w stosunku, do tego jaki przyświecał twórcom, w czasach gdy Ty zaczynałeś swoją przygodę z branżą gier?

Wydaje mi się, że istnieje pewne intelektualne rozleniwienie. Oczekiwanie gotowych recept, które wystarczy zastosować i mamy błyskawiczny sukces. A najlepiej, to dajcie mi jakiś papier, który zapewni mi dobrze płatną i niezbyt męczącą pracę.

Nie oznacza to, że nie ma ludzi z inicjatywą, chętnych do poznawania nowych rzeczy, ale zauważam dość dużo oczekiwania na pokierowanie i pokazanie co robić, zamiast na własną inicjatywę i odkrywanie wszystkiego samemu i zadawanie pytań, na które grono fachowców zaproszonych do inicjatywny Digital Frontier chętnie odpowie.

A dostęp do wiedzy i narzędzi obecnie jest przeogromny. To coś, czego nie mieliśmy w czasach, gdy sami zaczynaliśmy tworzyć gry. Wiedzę trzeba było mozolnie zdobywać i odkrywać, a narzędzia w większości wypadków stworzyć samemu. Teraz wszystko jest w zasięgu ręki, a właściwie internetowego łącza. Można skupić się na kreatywności i pasji, które chyba są w tej branży najważniejsze.

W Polsce tworzenie gier to jednak wciąż zajęcie dla ludzi z pasją, którzy chcą to robić, bo ich to fascynuje, sprawia olbrzymią satysfakcję oraz umożliwia twórcze realizowanie się. Owszem, niektórzy nawet nieźle zarabiają, choć nie jest to zawód gwarantujący dobre dochody, jak choćby prawnik czy stomatolog.

Zjawisko „piractwa” komputerowego przyjmuje różne formy. Z jednej strony masz infoanarchistów w postaci np. twórców The Pirate Bay, którzy prowadzą swą działalność z powodów nazwijmy to ideowych, z drugiej zaś ludzi pokroju Kima Dotcoma (założyciela serwisu Megaupload), który robi, to co robi, bo chce na tym trzepać grubą kasę. Czy będąc przeciwnikiem własności intelektualnej jako takiej ma dla Ciebie w ogóle znacznie jakimi motywami kieruje się dany „pirat”?

No, ja za prawdziwych infoanarchistów uznaję jedynie tych, którzy atakują istniejący system ze względów ideologicznych, uważając go za niesłuszny i nie mający usprawiedliwienia. Ci, którzy robią to z innych pobudek, choćby finansowych, też mogą być moimi sprzymierzeńcami, bo przyczyniają się do obnażania problemów istniejącego monopolu i dość skutecznie podkopują jego fundamenty. W gruncie rzeczy, wszystko mi jedno, czy monopol upadnie, bo ludzie zrozumieją, że jest niesłuszny, czy po prostu pokona go technika i powszechne społeczne ignorowanie. Ostatecznie cel przecież zostanie osiągnięty.

Największym „przegranym” cyfrowej rewolucji wydaje się być na dzień dzisiejszy Hollywood. Wprawdzie (wbrew irytującym narzekaniom) przemysł ten całkiem nieźle sobie radzi finansowo, niemniej jednak faktem jest, że w przeciwieństwie do wielu innych twórców kultury póki co, wysokobudżetowi filmowcy nie potrafili się sensownie odnaleźć w realiach społeczeństwa informacyjnego. Steam i podobne platformy znacząco ograniczyły zjawisko piracenia gier, Melvins pokazuje jak mogą sobie radzić w nowych czasach muzycy (zamiast wydawać tradycyjne płyty, które większość woli ściągnąć za darmo z sieci, wypuszczaj limitowane edycje przygotowane z artystycznym zacięciem, np. ręcznie przygotowywanymi okładkami, część z nich sprzedając wyłącznie na koncertach)… A co ma zrobić taki np. Tarantino, który straszy swych fanów, że nie nakręci już żadnego filmu, bo przestali chodzić do kina? Masz jakiegoś własnego faworyta w kategorii „absurdy ochrony reżimu prawa autorskiego i praw pokrewnych”?

Ochrona „własności” intelektualnej przyjmuje różne, niekiedy bardzo kuriozalne formy. Np. ostatnio świat obiegła wiadomość o kasowaniu wpisów na twitterze z powodu zawłaszczania przez ich użytkowników… ciągów maksymalnie 140 znaków. Tak, można z całą powagą uznawać ze dzieło wpis o rozmiarze wiadomości SMS i walczyć o jego „własność”. Litości.

Bardzo podobała mi się akcja „Strata Kazika”, która w inteligentny sposób wyszydzała typową copyrightową arytmetykę, gdzie każda kopia oznacza „stratę” w wysokości detalicznej ceny danego dzieła. Koncepcja automatycznego kopiowania płyty Kazika i sumowania tych iluzorycznych „strat” artystów (obecnie 164 mln złotych) doskonale pokazuje z jakimi absurdami mamy do czynienia.

Co do trudności w odnajdywaniu się w świecie nowoczesnych technologii – nie jest moim zadaniem wymyślanie jak będą działać biznesy w świecie post-copyright. Od tego są przedsiębiorcy – oni bez problemu znajdą sposoby, aby zarobić na tym, co obecnie objęte jest prawnoautorskim monopolem. Potrzeba jest przecież matką wynalazku, a nie ochrona patentowa.

Jeśli pan Tarantino (jestem umiarkowanym fanem) nie zechce już więcej kręcić filmów, to świat naprawdę się od tego nie zawali. Będą filmy kręcić inni, może mniej zainteresowani kwestiami finansowymi, a bardziej artystycznymi, co kinematografii może nawet wyjść na dobre. A ci, którzy oczekują nieskomplikowanej rozrywki, na pewno znajdą sposób, aby skłonić Michaela Baya do zrobienia jakiegoś blockbustera. Poza tym, gdzie jest powiedziane, że filmy muszą kosztować aż tyle? Trochę technika się posunęła przez te ponad 100 lat kina i z pewnością mamy teraz znacznie więcej tanich metod produkcji filmowej.

Często w dyskusjach dotyczących konieczności zniesienia monopolu pada hasło: „z czego będą żyć artyści?” Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale moja odpowiedź czy jej brak nie jest argumentem za czy przeciw – pytanie to nie jest argument w sporze. Jeśli ja nie wiem, z czego będą żyli artyści, to nie oznacza, że monopol, z którego korzystają jest słuszny i usprawiedliwiony. Moja zdolność (lub raczej niezdolność) przewidywania kształtowania się przyszłych modeli biznesowych nie jest argumentem w tym sporze. Nie dyskutujemy o przewidywaniu przyszłości, ale o kwestiach wolności, w tym wolności wymiany informacji, czy swobodnego korzystania z własnych urządzeń elektronicznych czy teleinformatycznych.

Jak sądzę większość czytelników Chaosa nie będzie miała większych problemów z przyklaśnięciem Twoim infoanarchistycznym poglądom, z libertarianizmem będzie już jednak nieco gorzej. Głównym punktem zapalnym pomiędzy anarcho-kapitalistami a nieco bardziej lewicowo nastawionymi wolnościowcami, jest kwestia własności jako takiej. Szczególnie interesującym wydaje mi się być w tym kontekście squatting. Jak odnosisz się do kwestii nielegalnego zajmowania cudzej najczęściej porzuconej i zaniedbanej własności i tworzeniu w niej własnych struktur będących alternatywą dla społeczeństwa, państwa, systemu (lub po prostu próbą życia obok nich/niej)?

Nie ukrywam, że odnoszę się dość niechętnie do zajmowania cudzej własności, niezależnie od tego, czy właściciel jej używa, czy też nie. Natomiast obecny system, z olbrzymim etatystycznym bagażem, sprawie, że wiele sytuacji squattingu jest dość trudnymi kwestiami do jednoznacznej oceny. Uważam, że jest to problem głównie mocno nierynkowych gospodarek, z którymi mamy do czynienia na całym świecie. W prawdziwie wolnym świecie ci, którzy preferują dowolny alternatywny styl życia i kontaktów międzyludzkich, bez problemu będą mogli go uprawiać na swojej własności, którą po prostu zdobędą w drodze dobrowolnej wymiany, bez konieczności uciekania się do użycia przemocy. Kluczem tutaj jest dobrowolność – jeśli będziemy w stanie ułożyć sobie stosunki w oparciu o dobrowolne, pozbawione przemocy działania, to nie mam nic przeciwko dowolnym życiowym alternatywom. Co więcej, jestem przekonany, że tylko mocna własność i jej poszanowanie jest gwarantem realizowania właśnie tych wszystkich, nawet radykalnych alternatyw.

Przyznam, że moje doświadczenie ze squatami ogranicza się do krótkiej wizyty i wykładu w poznańskim Rozbracie. Było sympatycznie, ale nie widzę jakoś przewagi tego typu stylu życia. Ale każdy powinien robić to, co lubi. Byle na swoim.

Kolejnym punktem zapalnym wydaje mi się być kwestia dostępu broni. Ładnych parę lat temu na łamach Chaosu toczyła się na ten temat dyskusja i raczej nie była to „gra do jednej bramki”. Ty jesteś jej zdecydowanym zwolennikiem, ciekawy jestem w związku z tym czy, a jeśli tak to jaki wpływ, na Twe stanowisko w tej sprawie mają takie wydarzenia jak morderstwa w Aurora Kolorado, gdzie podczas projekcji ostatniego Batmana szaleniec zastrzelił dwanaście osób i ranił kilkadziesiąt kolejnych, czy w Newton Connecticut, gdzie inny sprawca zamordował 20 pierwszoklasistów?

Moje stanowisko nie zmienia się pod wpływem takich wydarzeń, bo nie są one czymś szczególnym. To są oczywiście przykre i tragiczne sprawy i szkoda, że mają miejsce, ale to nie sprawi, że zmienię zdanie na temat prawa każdego człowieka do samoobrony oraz wyboru najskuteczniejszego służącego do tego celu narzędzia. Dodatkowo, w przeciwieństwie do wielu ludzi, jestem odporny na medialną propagandę, która towarzyszy takim wydarzeniom i swoich poglądów nie opieram o to, co wciskają mi media. A że studiuję dość intensywnie tematykę broni oraz przemocy, to nauczyłem nie wyciągać pochopnych wniosków. To nie jest tak, jak usiłuje się nam przedstawić.

Ja jestem zwolennikiem prawa do posiadania broni palnej z przyczyn ideowych, a nie pragmatycznych. Uważam, że to prawo w pewnym sensie naturalne, czyli poprzedzające wszelkie formalne ustalenia, wynikające z prawa do ochrony swego życia. Argumenty pragmatyczne, czyli faktyczny wpływ posiadania broni na poziom bezpieczeństwa cieszą mnie, ale nie są dla mnie kluczowe.
To jest dość obszerny temat, o którym ciężko jest podyskutować, bez schodzenia na różne emocjonalne manowce. A emocje raczej nie pomagają w racjonalnej dyskusji.

Jesteś założycielem i jednym z moderatorów forum Libertarianizm.net. Libertarianizm per se jest mocno wywrotowy, ale rzut oka na dział poświęcony kryptoanarchizmowi pozwala łatwo się zorientować, iż jego użytkownicy nie należą raczej do tych, którzy uważają, iż umiarkowanie w dążeniu do wolności jest cnotą. Nie obawiasz się, że tego typu aktywność userów sprowadzi na Ciebie zainteresowanie „smutnych panów”?

Jeśli ci panowie są warci choć ułamek pensji, którą im wypłacamy, to mam nadzieję, że monitorują nasze forum. Zawsze jest szansa, że zmądrzeją i przejmą trochę właściwych poglądów. To jest jednak tylko forum dyskusyjne, gdzie rzadko wychodzi się poza wymianę poglądów, jakkolwiek by one nie wydawały się radykalne. Jesteśmy raczej fotelowymi rewolucjonistami.

Co nie zmienia faktu, że obawiam się tego zainteresowania i jakiejś niespodziewanej porannej wizyty, bo w obecnym świecie drastycznego ograniczania swobody wyrażania swoich poglądów, łatwo dopuścić się myślozbrodni. Niemniej jednak, kto jak nie wolnościowcy ma utrzymywać ten przyczółek wolnego słowa?

Przyznam się, że na życzenie autorów już dokonaliśmy autocenzury pewnych materiałów w naszym wolnościowym wiki – libertarianizm.pl. To przykre, że ulegamy reżimowi, ale nie chcemy, aby to archiwum wolnościowych tekstów znów stało się obiektem szykan. Pewnym, choć marnym, zabezpieczeniem jest, że serwery utrzymywane są w USA, więc nie będzie można ich wyłączyć „na telefon” z prokuratury. Ale też nie jesteśmy organizacją typu Wikileaks i raczej nikt nie będzie o nas demonstrował i protestował, gdy władza wyciągnie na nas jakiś paragraf.

No na koniec najważniejsze pytanie – dlaczego koty są lepsze od psów?

Tu chyba najbardziej pasuje cytat z Pratchetta:

– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

Ale na serio, ja generalnie lubię zwierzęta, także psy. Kiedyś pewnie będę miał psa. A koty są puchate, pachnące i miłe, a do tego stosunkowo bezobsługowe, przynajmniej w porównaniu do psów. No i są jakieś takie bardziej niezależne, indywidualistyczne i wolnościowe. Więc na razie wygrywają.

Bateryjne odkurzanie

Kontynuując lifestyle’owy charakter wpisów w tym miesiącu, dziś znów mini-recenzja gadżetu, tym razem poważniejszego – odkurzacza bezprzewodowego Electrolux Ergorapido Plus.

Mamy robot-odkurzacz Roombę, ale się zepsuła. Konkretnie wysiadł akumulator, który zapewne mogę wymienić na tani chiński odpowiedni z ebaya, ale jakoś nie było okazji. Poza tym Roomba jest odkurzaczem do pracy kompleksowej. Zapuszczamy ją i czekamy, aż zrobi swoje i mozolnie dotrze do miejsca, które nam akurat rzuciło się w oczy. Ze względu na jej algorytm działania zajmuje to najczęściej długą chwilę, choć przy okazji przecież posprząta inne miejsca.

Niestety, z trzema kotami, które zajmują się głównie spaniem i produkcją olbrzymich ilości swobodnie poruszającego się, zbędnego im futra. Futra, które ma tendencję do zbierania się w tzw. koty w różnych zakamarkach. Jest to irytujące, bardzo rzuca się w oczy i jest ciężkie do walki przy użyciu choćby zmiotki.

Najskuteczniejszy jest tu tradycyjny odkurzacz, który jednak ma spore wady – jest ciężki, trzeba ciągnąć za nim kabel i na dodatek mocować się z nim wyjmując go z szafy. To spora niedogodność, gdy chcemy popracować nim 30 sekund w jakimś kącie. Z tego powodu, po śmierci Roomby zdecydowaliśmy na przyjrzenie się ofertom odkurzaczy bezprzewodowych, lekkich i łatwych w obsłudze, doskonałych do rozprawienia się ze zgromadzonymi w kątach kłębkami futra czy drobnymi okruszkami i paprochami pod stołem. Zrobiłem odpowiedni research, poczytałem i pooglądałem na YouTube trochę recenzji i wybór padł na Electroluxa.

Dlaczego? Przeważyła dwuczęściowa budowa urządzenia (2w1) oraz dobra mobilność. Dodatkowo testy porównawcze wskazywały na dobrą skuteczność sprzątania w porównaniu do konkurencji, choć moje doświadczenia w tej dziedzinie nie są najlepsze, o czym poniżej.

Sam odkurzacz ma konstrukcję pionową, czyli ssawka-elektroszczotka na dole, zasadniczy mechanizm odkurzacza w środku pionowego uchwytu, który sterujemy urządzeniem. Samo „serce” odkurzacza to odłączany moduł odkurzacza ręcznego, takiego w sam raz do odkurzania z siebie okruszków po jedzeniu w łóżku. Odkurzacz ręczny może działać zupełnie samodzielnie i wypełniać swoją rolę np. przy odkurzaniu tapicerki czy różnych zakamarków. W komplecie dostajemy 2 nakładane końcówki – jedna ze szczotką, druga cieńsza, do docierania do rozmaitych zakamarków. Nie mniej jednak, zasadniczy tryb pracy, przynajmniej w mojej praktyce, to w komplecie z pozostałymi komponentami, czyli ssawką i pionowym uchwytem.

Sam odkurzacz stosuje metodę cykloniczną zasysając nieczystości do przezroczystego pojemnika, gdzie osiadają na cylindrycznym zestawie filtrującym. Pojemnik łatwo wyjąć i opróżnić, a sam wkład filtrujący można myć pod bieżącą wodą. Jest też specjalny „port”, przez który można wyssać zawartość pojemnika rurą tradycyjnego odkurzacza – tego rozwiązania jednak nie próbowałem, bo prościej po prostu wysypać wszystko do kosza.

Ssawka zawiera ruchomą, kręcącą się szczotkę, która znacząco wpływa na skuteczność urządzenia. Dodatkowo oferuje ona zestaw białych diod LED oświetlających przestrzeń przed szczotką i bardzo ładnie wydobywających zakamuflowane na tle podłogi zanieczyszczenia. Prowadzenia szczotki jest bardzo wygodne, gdyż przegubowy mechanizm łączący ją z rączką pozwala na sprawne manewrowanie i wykonywanie zawiłych slalomów.

Całość systemu dopełnia stacja dokująca, w którą odstawiamy odkurzacz, gdy nie jest nam potrzebny. Stacja przechowuje końcówki do odkurzacza ręcznego oraz zapewnia ładowanie odkurzacza, gdy nie jest w użyciu. To bardzo dobry system, w zasadzie przesądzający o wyjątkowej wygodzie użycia. Widzimy gdzieś zabrudzenie, to bierzemy odkurzacz, rozprawiamy się z nim, odkładamy na stację dokującą i po sprawie. Możemy to robić codziennie, a nawet częściej, bez problemów, bez zmaganiem się z ciężkim odkurzaczem, kablami i rurami. Całość waży trochę ponad 3,5 kilograma, więc nawet wątła osoba sobie poradzi, wszakże urządzenie jeździ po podłodze i nie trzeba go nawet nosić.

Wybrałem wersję z bateriami litowo-jonowymi, nauczony doświadczeniem z martwym akumulatorem NiMH Roomby. Teoretycznie w pełni naładowany odkurzacza w trybie mniejszej mocy może pracować ponad 30 minut. W praktyce nie używam mniejszej mocy, więc urządzenie odmawia pracy po kilkunastu minutach, co i tak jest wystarczającym czasem do załatwienia bieżących brudów. Stan naładowania akumulatora pokazuje drabinka trzech diod LED.

No dobra, a jak to wygląda w praktyce? Niestety, nie tak różowo, jakby można było się spodziewać ze specyfikacji. Podstawowy problem urządzenia to jego znikoma moc, chyba w okolicach 100W, co przekłada się się na moc ssania. Klasyczne odkurzacze mają moc nierzadko sięgającą 1600W i więcej, co sprawia, że sprawują się znakomicie. A tu mała moc pozwala w zasadzie wciągnąć tylko to, co znajdzie się bezpośrednio pod elektroszczotką. Sprzątanie rogów i trudniej dostępnych miejsc sprawia pewne problemy. Nawet odkurzacz ręczny z założoną końcówką będzie miał spory problem z dokonaniem znaczących porządków np. w samochodzie. Okruszki, kocie futro z gładkich powierzchni – tak, bez problemu. Odkurzanie wykładzin i dywanów, szczególnie o odrobinę dłuższym włosem, tylko dla „prawdziwych” odkurzaczy. Nawet odrobinki kociego żwirku, które będą leżały sobie w zagłębieniach pomiędzy płytkami wydają się zbyt dużym wyzwaniem dla tego odkurzacza. A szkoda.

Inną wadą, raczej estetyczną niż użytkową jest to, że urządzenie się przeraźliwie brudzi. Czy to kwestia nieszczelności, czy po prostu procesów elektrostatycznych, ale błyskawicznie wszystkie części odkurzacza, aż po rączkę pokrywają się drobnym kurzem. Moje urządzenie ma ciemną obudowę, co jeszcze bardziej uwydatnia ten problem, który może nie będzie aż tak widoczny w jaśniejszych wersjach kolorystycznych.

Czy opisane problemy dyskwalifikują odkurzacz? Nie, w żadnym wypadku! Jest to bardzo wygodne urządzenie do codziennej walki z plagą kociego futra i do tej funkcji nadaj się znakomicie, jak nic innego. O wiele łatwiej regularnie „przelecieć” nim powierzchnie płaskie i utrzymać wizualny porządek, a raz w tygodniu wyciągnąć z szafy potwora i rozprawić się z brudem porządniej. Zdecydowanie nie zastąpi on odkurzacza z prawdziwego zdarzenia, ale posiadacze sierściuchów z pewnością docenią zalety bateryjnego odkurzania. Kociarzom gorąco polecam.

20 lat Electro Body

Jak podają różne internetowe źródła, 20 lat temu, 21 lutego 1992 roku miała premierę moja pierwsza profesjonalnie wyprodukowana gra – Electro Body. Warto uczcić to jakimś okolicznościowym wpisem.

Electro Body dyskietka

Oto fragment z wersji premierowej gry:

Gra powstała w ciągu 9 miesięcy, z inicjatywy jej producenta i wydawcy – Marka Kubowicza, który zdecydował się w 1991 roku na bardzo odważny krok, czyli stworzenie od podstaw firmy zajmującej się tworzeniem i wydawaniem oprogramowani pudełkowego na PC, w czasach, w których nie istniało pojęcia praw autorskich w odniesieniu do programu komputerowego, a piractwo formalnie uprawiało się jedynie na odległych akwenach. Marek zaproponował mnie i Januszowi Pelcowi przejście do jego nowej firmy i wyprodukowanie dla niego pierwszej gry, którą mógłby wstawić na półkę.

Gra praktycznie w całości (mieliśmy małe wsparcie z doskoku), łącznie z przygotowaniem i promowanie produktu powstała w naszym dwuosobowym zespole, na jednej maszynie XT or jednej AT, które w sumie posiadały 3 MB RAMu. Musieliśmy zaprojektować grę, napisać cały kod, narzędzia, oraz stworzyć grafikę, animacje, ułożyć z niej poziomy wraz z rozgrywką, a potem wszystko przetestować i następnie przygotować produkt do wydania – napisać i złożyć podręcznik, przygotować projekt pudełka (tzw. trumienka), oraz zapewnić materiały reklamowe. Muzykę skomponował i nagrał Daniel Kleczyński, z który współpracowałem jeszcze wielokrotnie.

Chcieliśmy, aby gra oferowała nabywcom specjalne zalety, których nie miała przecież wersja piracka (nawet wtedy nie nielegalna), więc w pudełku ukazała się kaset magnetofonowa ze ścieżką dźwiękową gry. Czyli od razu była to wersja kolekcjonerska.

Były też specjalne wydania z dołączonym przetwornikiem DAC, popularnie zwanym Covoxem, który podłączało się do portu LPT, a niego płynęła znakomita jak na owe czasy 8-bitowa cyfrowa muza i efekty dźwiękowe:

Co ciekawe chyba też wyprzedziliśmy o prawie 2 dekady inny trend, tak skutecznie obecnie wykorzystywany przez firmę CD Projekt Red, czyli wydawanie gry ponownie w Edycji Rozszerzonej (Enhanced Edition). EB pojawiła się w wersji 1.5, ze zmienioną i poprawioną grafiką, przy okazji przygotowywania wersji na rynek zagraniczny, nowym, bardziej kolorowym i większym pudełkiem, oraz z kasetą z przemiksowaną ścieżką dźwiękową.

Wersja 1.5 w wersji na rynek zachodni, przemianowana na życzenie wydawcy na Electro Man wyglądała tak:

Gra odniosła dość niezły sukces, pojawiła się poza polską na rynku niemieckim, angielskim, a potem USA, gdzie wydaniem zajął się Epic MegaGames (ten sam Epic Games, który jest obecnie znanym graczem na rynku gier wideo). W Polsce gra niewątpliwie uzyskała status gry kultowej, która wzbudza nad wyraz dużo pozytywnych emocji i wspomnień wśród tych, którzy w nią grali. To miłe.

Gra doczekała się nawet remake’u, wzbogaconego o edytor:

Że też się ludziom chce…