Prawidłowa reakcja

Sytuacja na Ukrainie jest poważna. Nasi politycy groźnie pohukują, apelują o reakcję mocarstw, straszą bojkotem i sankcjami, a najbardziej technicznie zaawansowani groźnie tweetują. My nawzajem straszymy się wojną tuż za naszymi granicami. Ludzie demonstrują pod ambasadami. Przez telewizję przewalają się tabuny gadających głów, każda z inną receptą na rozwiązanie tej sytuacji. Gazety robią infografiki. Straszymy się wrogiem u bram, czy to rosyjskim, czy banderowskim, i ogólnie nadchodzącą wojną światową. Ale generalnie to nic się faktycznie nie dzieje, bo praktycznie wszystko to jedynie grożenie palcem w bucie, które Putin odbiera raczej jako bekę i powód do dobrej zabawy przy wódce i kawiorze (czy co tam teraz na Kremlu się pije i zakąsza). Nikt nie traktuje nas poważnie. I słusznie.

Chcecie, aby nas poważano? Chcecie być przygotowani na nieoczekiwany rozwój sytuacji? Chcecie wiedzieć, jaka powinna być prawidłowa reakcja na te zagrożenia? Trzeba mieć jaja i pokazać, że z nami nie będzie żartów. Ale nie metodą wysłania Radka ze smartfonem, ale czymś znacznie skuteczniejszym.

Otwórzmy wojskowe arsenały i wydajmy każdemu dorosłemu obywatelowi aktualnie używany przez naszą armię karabin szturmowy, czy to Beryl, czy co tam jeszcze mamy w magazynach. Tu uwaga dla genderowców – jeśli takim chętnym obywatelem będzie kobieta, tranwestyta, transeksualista, czy ktokolwiek z tych 40+ płci, które uznaje Facebook, to także niech tę broń przydziałową dostanie. Do tego skrzynka amunicji do ćwiczeń i druga na wypadek wojny. Niech każdy chętny ma obowiązek kupić jakąś niedrogą skrzynkę na to wszystko, aby dzieciaki nie bawiły się bez pozwolenia. Oczywiście chętnych pewnie będzie więcej niż broni, a to chyba będzie dobra wiadomość dla rodzimego producenta tej broni.

Tym, którzy chcą ulepszyć to podstawowe, dostarczone na koszt państwa (czyli nas wszystkich) wyposażenie, należy pozwolić za swoje pieniądze nabywać karabiny z dowolnego kraju, czy to izraelski Tavor TAR-21, czy austriacki Steyr Aug, czy niemiecki HK416, amerykański M4, czy cokolwiek innego, akceptującego standardową amunicję NATO. Bez żadnych akcyz, czy innych dodatkowych podatków – tak tanio, jak każdy inny towar, albo nawet taniej, z obniżoną stawką VAT. Niech kupują sobie kamizelki taktyczne, ładownice, kevlarowe hełmy, zaawansowaną optykę, kolimatory i cokolwiek, co będzie przydatne. Pozwólmy im kupować amunicję do broni, aby mogli ćwiczyć więcej niż pozwolą im państwowe przydziały.

Otwórzmy w każdej gminie strzelnice, zamiast budować lodowiska dla panczenistów, czy orliki dla piłkarzy, bo obiekty sportowe to doskonale spełniają swoją rolę, gdy trzeba spędzić gdzieś cywili przed deportacją czy masowymi egzekucjami, ale nie pomogą nam, gdy wróg stanie u bram. Na tych strzelnicach niech regularnie pracują wojskowi instruktorzy, którzy będą uczyć posługiwania się ową przydziałową bronią. Co więcej, pozwólmy ludziom tworzyć własne strzelnice na terenie własnych posiadłości, o ile zachowają minimum zasad bezpieczeństwa (czyli będzie kulochwyt).

A skoro zdecydowalibyśmy się na powierzenie obywatelom broni samoczynnej, to przecież nic już nie stoi na przeszkodzie, aby mogli kupować i nosić taką mniej groźną broń samopowtarzalną, czyli pistolety, strzelby śrutowe, czy broń myśliwską. Dzięki temu będą mogli bronić się przed bandytami na co dzień, ale także będą mogli intensywniej ćwiczyć korzystając z tańszej amunicji, szczególnie bocznego zapłonu.

Ale to nie koniec. Pozwólmy ludziom i to nie tylko dorosłym łączyć się w organizacje o charakterze obronnym, których jedynym celem nie będzie składanie kwiatów w rocznice rozmaitych wydarzeń historycznych (choć nikt przecież im nie zabroni), ale doskonalenie swojej wiedzy i umiejętności obronnych, szczególnie w wojny partyzanckiej oraz konfliktów asymetrycznych. Niech te organizacje sobie zatrudniają wojskowych specjalistów, którzy podzielą się wiedzą – naszych, krajowych, ale także zagranicznych. Niech prowadzą własny badania w zakresie najskuteczniejszych metod i taktyk w walce z przewyższającym nas liczebnie i technologicznie wrogiem. Niech inwestują w sprzęt i wyposażenie, które może przydać się w razie konfliktu. Za własne pieniądze, bez ustawianych przetargów, przewałów i bezsensownych “strategicznych zakupów”.

Zamiast w przypadku agresji brać w kamasze przypadkowych ludzi, bez wyszkolenia, umiejętności, a przede wszystkim chęci, stwórzmy największą ochotniczą i zawsze gotową armię obronną w tej części Europy. Chrześcijańsko-ateistyczną armię, która będzie w stanie skutecznie uprzykrzyć życie dowolnym agresorom z bliższej czy dalszej okolicy: Rosjanom, ukraińskim banderowcom, Niemcom, islamskim dżihadystom, a nawet Amerykanom. Bądźmy pod tym względem lepsi niż Szwajcaria. Wyciągnijmy wreszcie wnioski z historii i nie dajmy się znów zaskoczyć licząc na wątpliwych sojuszników. Pokażmy, że trzeba się z nami liczyć i przestańmy liczyć na innych.

Pamiętajmy, że to my jesteśmy swoją pierwszą, a bardzo często ostatnią linią obrony. Niezależnie, czy mamy do czynienia z pospolitym bandytą, czy żołdakiem obcej armii. Nikt nas za nas nie obroni, jeśli nie będziemy bronić się sami. A na razie wmówiono nam, że nie jesteśmy do takiej obrony zdolni, czy to na co dzień, czy w przypadku znacznie rzadszych konfliktów militarnych. W obu przypadkach ma nam z pomocą przyjść państwo, albo poprzez policję, której nigdy nie ma, gdy jest potrzebna, czy niezwyciężoną armię, której zdolność obronna naszego kraju oceniana jest zaledwie na kilka dni obrony naszego terytorium.

Oczywiście żadna z tych propozycji nie nigdy zostanie zrealizowana, bo nasi faktyczni okupanci (niezależnie od politycznej przynależności) doskonale sobie zdają sprawę, że uzbrojone społeczeństwo w końcu powie dość i zafunduje im Dzień Sznura, na który wielu sobie zasłużyło. Teraz czują się bezpieczni, ostatecznie im dostępu do broni oraz uzbrojonych obrońców nikt nie odmawia.

Dobra, jestem radykałem w tej kwestii, ale w sprawach poważnych nie wolno zdawać się na półśrodki, bo one nie działają. Jak ktoś woli łagodniejszy wariant, to ROMB także coś postuluje. Ale to jedynie półśrodek.

Bitcoin – przedsionek libertariańskiego piekła?

Bitcoin staje się coraz popularniejszy, a informacje o nim coraz szerzej docierają do mainstreamu. Nic dziwnego, że etatyści i zamordyści zaczynają się niepokoić – nie tak miało być. Nic dziwnego, że rozpoczynają rozmaite propagandowe akcje mające zasiać strach, niepewność i zwątpienie. Jakiś mądrala z Business Insidera postanowił postraszyć Bitcoinem, a przy okazji te swoje strachy przenieść na libertarianizm. Według niego Bitcoin dowodzi, że libertariański koncept raju będzie piekłem na ziemi (artykuł jest po angielsku).

Rozumowania jest proste. Libertarianie lubią Bitcoina, Bitcoina można powiązać ze złymi rzeczami, więc libertarianizm to zło. Prawda jakie to proste? Ale przyjrzyjmy się poszczególnym zarzutom.

Bitcoin jest najbardziej użyteczny dla przestępców. Przecież normalnym ludziom wystarczy fałszywy pieniądz fiducjarny, więc szukanie alternatyw z pewnością dowodzi złych intencji. Dla zwykłych osób nie ma żadnych przekonywujących powodów, aby używać Bitcoina – pisze autor. No pewnie, gdyż takie rzeczy jak wygoda, szybkość transakcji, możliwość wymian potwierdzanych przez trzecią stronę, anonimowość, czy minimalne koszty, to są rzeczy zupełnie nieistotne dla przeciętnego człowieka. A fakt, że wiele organizacji pozarządowych czy charytatywnych akceptuje Bitcoina jest także zapewne dowodem, że przestępcy górą. Najważniejsze jest to, że przestępcom jest łatwiej, więc Bitcoin jest zły.

Bitcoinowi towarzyszy fala przestępstw. Chodzi głównie o przestępstwa bez ofiar, czyli handel narkotykami, a także oszustwa w formie wyłudzeń. Kwestię narkotyków pominę, bo szkoda czasu na wałkowanie tego tematu. Co do oszustw – nie brakuje ich w świecie normalnych ludzi, począwszy od wielkiego oszustwa ubezpieczeń społecznych, które swoim zasięgiem i wielkością przyćmiewają cokolwiek, co dzieje się w kręgach Bitcoina. Bitcoin jest nowością, więc jeszcze wielu niedoświadczonych użytkowników daje się nabrać rozmaitym, odrobinę bieglejszym techniczne oszustom. Oczywiście, należy ubolewać nad ofiarami tych oszustw, ale nie zapominajmy, że dzięki nim uczymy się nowych, bezpieczniejszych metod używanie nowego środka wymiany. Wszyscy uczymy się na ich błędach, więc będzie tylko lepiej.

„Prawo” Bitcoina jest egzekwowane przez wynajętych zabójców. Chodzi oczywiście o zarzuty wobec domniemanego twórcy serwisu Silk Road Rossa Ulbrichta, który miał wynająć płatnych zabójców, aby ukarać ludzi, którzy go oszukali. Ulbricht był libertarianinem, więc tak to właśnie będzie wyglądać libertariańskie prawo – kto ma Bitcoiny, ten będzie zabijał kogo chce. Ten akapit jest o tyle zabawny, że to prawo każdego państwa opiera się właśnie na płatnych zabójcach. Nie ma znaczenia, że mają odznaki i mundury, gdy przyjdzie z nimi toczyć dowolny spór, to albo się poddamy, albo koniec końców, zginiemy. Argument ten więc przede wszystkim dotyczy egzekwowania prawa państwowego, a nie wolnościowego – wie o tym każdy, kto ma jakieś pojęcie o libertarianizmie.

Istnieje dosłownie bitcoinowy rynek zabójstw. Na dowód tego autor podaje jedną (dosłownie) witrynę, której autor jest przekonany, że Bitcoin umożliwi mordowanie przywódców politycznych na szeroką skalę. Niestety, dla autora, koncepcja Assasination Market jest znacznie starsza niż Bitcoin.

Bitcoin jako waluta jest strasznie niestabilny. I tu poparcie się wykresem wzrostu i spadku ceny Bitcoina w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Oczywiście, że ostatnie wzrosty i korekty to rezultat wzrostu popularności kryptowaluty i sporych spekulacji. Takie wydarzenia miały miejsce w przeszłości i pewnie chwilę jeszcze potrwa zanim cena ustabilizuje się. Autor oczywiście obwinia o to brak oparcia o państwowe obligacje czy złoto w bankach centralnych. Oczywiście, wszyscy pamiętamy jak znakomicie stabilne i trwałe są waluty oparte o kłamstwa rządzących polityków – bywa, że drukarnie nie nadążały z drukiem nowych, nic nie wartych banknotów owych wspaniałych, opartych na rządowych obietnicach, walut.

Bitcoin stworzył komiczne nierówności w posiadaniu. Chodzi o to, że znaczne zasoby Bitcoina są w posiadaniu wąskiej grupy ludzi (ponoć 47 jegomościów posiada 1/3 zasobów waluty, a około tysiąca połowę). No cóż, autor zapomina, że celem waluty jest ułatwianie wymiany, a nie osiągnięcie stanu jakiejś równowagi zamożności. Ci sami ludzi, którzy wytykają takie rzeczy Bitcoinowi, zapewne równie ochoczo protestują przeciwko 1%, którzy gromadzą majątki w tradycyjnych walutach – choć oni są zazwyczaj na tyle rozgarnięci, że nie dowierzają fałszywym rządowym pieniądzom i dbają o dywersyfikację swoich aktywów. Autor powinien być zaszokowany, ze mityczny twórca Bitcoina Satoshi Nakamoto może posiadać aż milion Bitcoinów, jeszcze niedawno wartych ponad miliard dolarów. Wielu ludzi weszło w posiadanie waluty, gdy jej kurs wynosił zaledwie kilka dolarów, a nikt nie wierzył w powodzenie tego projektu. Gdyby taki kurs się utrzymał albo nawet spadł, nikt by im nie zazdrościł – teraz nagle podjęcie przez nich ryzyka i zaufanie Bitcoinowi stało się powodem, że czyni się im wyrzuty.

Bitcoin umożliwia tworzenie kartelu, który będzie kontrolował walutę. Tak, pojawiło się jedno opracowanie, którego autorzy przedstawili taką hipotetyczną sytuację. Jak na razie to hipoteza, a sama publikacja jest poddawana krytyce, która wytyka mu różne błędy. Autor cieszy się, że takie rzeczy nie mogą stać się z dolarem – zapominając, że stoi za nim kartel zwany Rezerwą Federalną i rządem USA, który ma pełną i faktyczną (a nie jedynie hipotetyczną) kontrolę nad walutą.

Nawet jeśli zaakceptujesz to wszystko, to i tak czeka cię ciągły chaos. No, bo w banku nie stracisz swoich pieniędzy. Najwyżej rząd je zabierze na ratowanie tegoż banku lub innych. A z Bitcoinem sam strach i przerażenie – możesz skasować portfel, możesz wyrzucić dysk z Bitcoinami wartymi grosze, aby zorientować się po latach, że warte są miliony. Możesz wcisnąć klawisz Delete i stracić całą fortunę. Oczywiście, ludzie nieostrożni mogą zrobić sobie poważną szkodę nawet w kuchni, a nie przekreśla to przecież użyteczności tego pomieszczenia. Portfele bitcoinowe to zabezpieczone hasłami pliki komputerowe, które przecież można powielać i trzymać na kopiach zapasowych, nawet w tradycyjnych bankach. Owszem, trzeba być ostrożnym, mieć dobre hasła i ich strzec (pamiętajmy, gazrurka potrafi złamać większość haseł), ale ostrożność z rzeczami wartościowymi dotyczy nie tylko Bitcoina.

Ech, ten artykuł jest tak żałosny, że dziwię się, że przeszedł jakiekolwiek redakcyjne sito. Przeciwnicy kryptowaluty muszą być bardzo zaskoczeni rozwojem sytuacji, że sięgają po takie marne środki. To dobry znak.

Chaos w mojej głowie

Jakiś czas temu udzieliłem wywiadu dla zine’u „Chaos w mojej głowie„, który w wersji tradycyjnej, czyli papierowej właśnie się ukazał. Ponieważ nie każdy chce spijać nektar mojej mądrości z papieru, to poniżej treść wywiadu w formie elektronicznej. Jeśli kogoś interesuje tematyka tego wydawnictwa, całkiem sporego sądząc po liczbie stron, to zapraszam na stronę do zakupu.

Na początku lat 90-tych byłeś członkiem UPR, obecnie jesteś jednym z bardziej znanych polskich anarcho-libertarian. Droga od konserwatysty do anarchisty wydaje się być długa i kręta. Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom Chaosu jak przebiegała ewolucja Twoich poglądów politycznych?

To tylko pozornie kręta droga – dla mnie to była dość prosta i naturalna ścieżka ewolucji. Ale zacznijmy od początku, czyli dzieciństwa i lat młodzieńczych w czasach realnego socjalizmu, któremu nie udało się mnie zepsuć, mimo przecież dość intensywnej indoktrynacji, i to w czasie, gdy młody umysł jest na tę indoktrynacje najbardziej podatny. Nie wiem, czy to kwestia genów, czy jakiś przypadek, ale organizm mój uodpornił się dość skutecznie na różne przejawy lewicowej myśli, a skuteczność tego mechanizmu obronnego jeszcze pogłębiała codzienna obserwacja świata dookoła.

Potem nastąpiła przemiana ustrojowa, po której szukałem dla siebie jakiegoś sensownego poglądu politycznego i wtedy właśnie wpadł mi w ręce jeden z pierwszych numerów Najwyższego Czasu. Lektura tego tygodnika otworzyła mi oczy na nurty polityczne zupełnie mi wcześniej nieznane, z klasycznym liberalizmem na czele. Z jakiegoś powodu uznałem, że skoro już chcę być takim prawdziwym liberałem, to muszę zostać też konserwatystą. A JKM tylko utwierdzał nas, że to jest jedyna właściwa droga.

A że samo czytanie gazet i książek nie jest specjalnie skuteczną polityczną aktywnością, to po jakimś czasie wstąpiłem do UPR, bo chciałem coś podziałać, choć przyznam szczerze, nie bardzo wiedziałem jak. W UPR podziałałem sobie przez parę dobrych lat. Płaciłem składki, przychodziłem na manifestacje, spotykałem się z ciekawymi ludźmi. Było okay, choć szybko przekonałem się, że dla wielu członków UPR, organizacja ta była jedynie etapem w jakichś ich osobistych planach, a idee, które mi wydawały się dość bliskie, były dla nich jednie czymś, co się zmienia w zależności od różnych pragmatycznych celów. Na moje szczęście, jakiś kryzys osobisty sprawił, że musiałem przestać płacić składki, co poskutkowało tym, że nasze drogi z partią się rozeszły.

Ale zmiana ta nie miała jedynie podłoża ekonomicznego, bo w międzyczasie pojawił się internet z jego bogactwem wiedzy i nowymi sposobami komunikacji. W Najwyższym Czasie pojawiały się co prawda teksty, które oswoiły mnie z terminem libertarianizm, ale dopiero internet pozwolił mi poznać, co się za tym terminem dokładnie skrywa. Okazało się, że liberalizm może mieć także jeszcze radykalniejszą formę, nieskażoną konserwatywną domieszką. To dopiero było odkrycie.

Zaczęło się buszowanie po amerykańskich stronach wolnościowych, odkrywanie całego bogactwa tego ruchu oraz poznawanie w Polsce ludzi o podobnych poglądach. Konstruowanie list mejlowych, potem grup dyskusyjnych, aż do Forum Libertarian. Ciągle szukanie nowej wiedzy, ciągłe krystalizowanie swoich poglądów, dalsza ewolucja w kierunku anarchokapitalizmu. Jako organiczny przeciwnik lewicy, uwielbiam termin kapitalizm, więc nie wstydzę się tej etykietki, a na dodatek wkurza ona lewicowców.

Jak widać, otarcie się o UPR nie oznacza wcale bycia konserwatystą, przynajmniej w politycznym sensie, bo ja w wielu sprawach jestem dość konserwatywny, tylko nie mam ochoty narzucać tego poglądu siłą innym.

Jesteś obok Jacka Sierpińskiego chyba najbardziej rozpoznawalną osobą wśród inicjatorów powołania polskiej Partii Libertariańskiej. Po doświadczeniach z UPR i pochodnymi nie masz już trochę dość polityki?

Ja jestem zwolennikiem zarażenia ideą prawdziwej wolności jak największego kręgu ludzi. Chcę wyciągnąć libertarianizm z pewnego rodzaju getta i pokazać go tzw. przeciętnym ludziom. Jeśli w tym zadaniu może pomóc powołanie „poważnej” instytucji jaką jest partia polityczna, to tylko mogę przyklasnąć takiemu pomysłowi i jakoś go próbować wesprzeć. Ja sam uważa, że taka bardziej głównonurtowa organizacja wolnościowa może naprawdę przekonać wielu, że libertarianizm to jest poważny kierunek polityczny, którym warto się zainteresować.

Choć dla mnie osobiście, okres aktywnej działalności politycznej jest już raczej zamknięty. Chętnie pomogę w powstaniu tej partii, w kreowaniu jej programu (aby był dostatecznie wolnościowo „koszerny”, choć udział Jacka Sierpińskiego – papieża polskiego libertarianizmu – w zasadzie to gwarantuje), czy dobrych form działania. Choć raczej do niej wstąpię, ani też na nią nie zagłosuję – bo nie biorę udziału w wyborach.

Być może moje zaangażowanie się w ten projekt ma inne podłoże niż pozostałych założycieli, ale to, moim zdaniem, nie powinno być przeszkodą w naszej współpracy i osiąganiu wspólnego celu – poszerzanie zakresu wolności i skuteczniejszej walki najpierw z etatyzmem, a w końcu, z państwem.

Jak doszło do tego, że jeden z pierwszych polskich twórców, który zaczął zarabiać na grach komputerowych – a więc wydawać by się mogło beneficjent reżimu praw autorskich – zaczął kwestionować koncepcję tzw. „własności intelektualnej”?

To jest zasługa Stephana Kinselli, a konkretnie jego tekstu dotyczącego Napstera i konfliktu „własności” intelektualnej (IP) z własnością prawdziwą. Ten tekst przetłumaczyłem i opublikowałem na swojej stronie i polecam go każdemu, kto nie ma ochoty na lekturę dłuższych tekstów o tematyce IP tegoż autora.

Oczywiście, do tego czasu byłem typowym copyrightowym zamordystą – chciałem wszystkich wsadzać do więzień za naruszanie moich „praw”. Było to o tyle zabawne, że pierwsze nasze produkcje powstawały w 100% na pirackim oprogramowaniu, co wtedy nie było nawet nielegalne, a i potem zgodność z wyznawanymi poglądami także nie do końca była stuprocentowa ze stanem faktycznym.

To zresztą główny problem, z którym boryka się większość ludzi nafaszerowanych propagandą zwolenników IP – z jeden strony powszechnie narusza się prawa autorskie, a z drugiej strony pouczani jesteśmy jakie to złe i niemoralne jest, niezależnie od prawnego stanu faktycznego, choćby dotyczącego dozwolonego użytku osobistego. Z jednej strony zwolennicy IP próbuj zacisnąć nam na szyi sznur jeszcze większej kontroli, a z drugiej strony zwyczaj dzielenia się cyfrowymi plikami jest już powszechnym standardem.

Każdy, kto choć chwilę zastanowi się na tym problemem, to zauważy, że coś tu jest nie tak. Jeśli zaciekawi go ta kwestia, to bardzo łatwo odkryje, że świat nie jest taki, jaki mu się usiłuje przedstawić. To jak wybór czerwonej matriksowej tabletki – zaczynamy wtedy widzieć świat „własności” intelektualnej takim, jaki jest naprawdę. I nie jest to miły widok.

To naprawdę nie jest trudne – wystarczy poczytać trochę tekstów na mojej stronie, trochę moich wpisów blogowych, w których podaję sporo argumentów, a także odnośników do innych tekstów. Trzeba mentalnie wyzwolić się z kajdan myślenia o IP jako o własności i od razu będzie łatwiej. No i koniecznie trzeba wyzwolić się z narzuconego nam przeświadczenia, że obecny system choćby praw autorskich jest tożsamy z systemem zarabiania na efektach swojej pracy twórczej. Prawa autorskie to ani konieczny warunek do zarabiania na twórczości, ani tym bardziej wystarczający. Gdy oderwiemy się od myślenia o pieniądzach, to od razu zobaczymy jak wątły jest to koncept.

Parafrazując Anarchistyczne FAQ Bryana Caplana – „Dlaczego ktokolwiek miałby się interesować infoanarchizmem?”

Jeśli nie będą się tym interesować, to reżim praw autorskich zainteresuje się nimi. Odbierając im wolność komunikacji oraz swobodę dysponowania swoją własnością. Zresztą reakcja na próbę przemycenia nam umowy ACTA pokazuje, że coś tam zaczyna do ludzi docierać. Jeszcze może nie zdają sobie dokładnie sprawy dlaczego ta koncepcja jest zła, wciąż są pod ogromnym wpływem propagandy, ale już zauważają, że coś tu nie gra. I coraz częściej szukają alternatywnej wiedzy na ten temat.

Coraz więcej ludzi, młodych i starych, w praktyce ma w zupełnym poważaniu kwestie „własności” intelektualnej i, jak to się pejoratywnie określa, „juma” na co dzień muzykę, filmy czy oprogramowanie bez specjalnych zahamowań. Niemniej jednak, gdy ich znienacka zapytamy, to będą głosić wtłoczone do głów formułki o konieczności wynagradzania biednych twórców i wynalazców. Że też nie zauważają tu pewnej niekonsekwencji.

Obracając się od wielu lat w środowisku polskich wolnościowców wydaje mi się, iż nie przesadzę pisząc, iż większość krajowych libertarian popiera Twoje stanowisko w sprawie „własności intelektualnej”. Ciekawy natomiast jestem jak Twoje poglądy w tej kwestii są odbierane przez Twoich znajomych z branży gier komputerowych. Spotkałeś się z jakimiś ciekawymi reakcjami ze strony innych gamedev’ów?

No, bez przesady, jakie tam „moje stanowisko”? Co najwyżej zbieżne z moim – nie roszczę sobie praw do pierwszeństwa, bo polskie teksty anty-IP pojawiały się dużo wcześniej zanim ja się zabrałem za tę tematykę. Ale faktycznie, nurt infoanarchistyczny wydaje się dość mocny wśród polskich wolnościowców, a także całkiem nieźle ma się wśród wolnościowców za granicą.

Moim znajomi nie przyjmują tego ze zrozumieniem, co trochę mnie dziwi, bo ja naprawdę znam trochę sekretów kreatywnych branży i wiem, że z jednej strony wszyscy mówią, że piractwo to zło, a z drugiej strony to znaczna część działalności twórców opiera się na piratach. Więc wygląda to często tak, że każdy twierdzi, że piractwo jest „be” i kiedyś, jak już się dorobi, to przestanie piracić, ale na razie to musi i już. I wymyśla różne usprawiedliwienia.

Trudno też mi przekonywać kolegów po fachu, bo akurat w świecie gier niełatwo jest wskazać alternatywne sposoby zarabiania na swojej twórczości. Bo do tego w praktyce sprowadza się dyskusja o IP – nie zastanawiamy się, czy jest to słuszne czy też nie, ale jak będziemy zarabiać, gdy ten koncept wreszcie umrze. A umrze z pewnością. Zawsze dyskusja schodzi na temat kasy, a nie jakiejś tam kultury czy sztuki.

W dyskusjach z kolegami mam jeden, mocny atut – moje pierwsze gry powstawały, gdy w Polsce nie funkcjonował jeszcze monopol prawnoautorski w zakresie oprogramowania. Piracić można było wszystko zupełnie bezkarnie i legalnie. Co nie zmienia faktu, że stworzyliśmy gry, które nawet w tych warunkach całkiem nieźle sobie finansowo radziły, zadając kłam twierdzeniu, że prawa autorskie są niezbędne, aby na własnej twórczości zarabiać.

Jesteś jednym z inicjatorów i wykładowców Digital Frontier, pierwszej polskiej szkoły dla twórców gier komputerowych. Jak sądzę większość kursantów to ludzi młodzi, którzy dorastali już w czasach stałych łącz sieciowych, a co za tym idzie de facto darmowego dostępu do wszelkich cyfrowych dóbr kultury. Czy dostrzegasz w ich spojrzeniu na biznesowy aspekt tworzenia gier jakieś istotne różnice w stosunku, do tego jaki przyświecał twórcom, w czasach gdy Ty zaczynałeś swoją przygodę z branżą gier?

Wydaje mi się, że istnieje pewne intelektualne rozleniwienie. Oczekiwanie gotowych recept, które wystarczy zastosować i mamy błyskawiczny sukces. A najlepiej, to dajcie mi jakiś papier, który zapewni mi dobrze płatną i niezbyt męczącą pracę.

Nie oznacza to, że nie ma ludzi z inicjatywą, chętnych do poznawania nowych rzeczy, ale zauważam dość dużo oczekiwania na pokierowanie i pokazanie co robić, zamiast na własną inicjatywę i odkrywanie wszystkiego samemu i zadawanie pytań, na które grono fachowców zaproszonych do inicjatywny Digital Frontier chętnie odpowie.

A dostęp do wiedzy i narzędzi obecnie jest przeogromny. To coś, czego nie mieliśmy w czasach, gdy sami zaczynaliśmy tworzyć gry. Wiedzę trzeba było mozolnie zdobywać i odkrywać, a narzędzia w większości wypadków stworzyć samemu. Teraz wszystko jest w zasięgu ręki, a właściwie internetowego łącza. Można skupić się na kreatywności i pasji, które chyba są w tej branży najważniejsze.

W Polsce tworzenie gier to jednak wciąż zajęcie dla ludzi z pasją, którzy chcą to robić, bo ich to fascynuje, sprawia olbrzymią satysfakcję oraz umożliwia twórcze realizowanie się. Owszem, niektórzy nawet nieźle zarabiają, choć nie jest to zawód gwarantujący dobre dochody, jak choćby prawnik czy stomatolog.

Zjawisko „piractwa” komputerowego przyjmuje różne formy. Z jednej strony masz infoanarchistów w postaci np. twórców The Pirate Bay, którzy prowadzą swą działalność z powodów nazwijmy to ideowych, z drugiej zaś ludzi pokroju Kima Dotcoma (założyciela serwisu Megaupload), który robi, to co robi, bo chce na tym trzepać grubą kasę. Czy będąc przeciwnikiem własności intelektualnej jako takiej ma dla Ciebie w ogóle znacznie jakimi motywami kieruje się dany „pirat”?

No, ja za prawdziwych infoanarchistów uznaję jedynie tych, którzy atakują istniejący system ze względów ideologicznych, uważając go za niesłuszny i nie mający usprawiedliwienia. Ci, którzy robią to z innych pobudek, choćby finansowych, też mogą być moimi sprzymierzeńcami, bo przyczyniają się do obnażania problemów istniejącego monopolu i dość skutecznie podkopują jego fundamenty. W gruncie rzeczy, wszystko mi jedno, czy monopol upadnie, bo ludzie zrozumieją, że jest niesłuszny, czy po prostu pokona go technika i powszechne społeczne ignorowanie. Ostatecznie cel przecież zostanie osiągnięty.

Największym „przegranym” cyfrowej rewolucji wydaje się być na dzień dzisiejszy Hollywood. Wprawdzie (wbrew irytującym narzekaniom) przemysł ten całkiem nieźle sobie radzi finansowo, niemniej jednak faktem jest, że w przeciwieństwie do wielu innych twórców kultury póki co, wysokobudżetowi filmowcy nie potrafili się sensownie odnaleźć w realiach społeczeństwa informacyjnego. Steam i podobne platformy znacząco ograniczyły zjawisko piracenia gier, Melvins pokazuje jak mogą sobie radzić w nowych czasach muzycy (zamiast wydawać tradycyjne płyty, które większość woli ściągnąć za darmo z sieci, wypuszczaj limitowane edycje przygotowane z artystycznym zacięciem, np. ręcznie przygotowywanymi okładkami, część z nich sprzedając wyłącznie na koncertach)… A co ma zrobić taki np. Tarantino, który straszy swych fanów, że nie nakręci już żadnego filmu, bo przestali chodzić do kina? Masz jakiegoś własnego faworyta w kategorii „absurdy ochrony reżimu prawa autorskiego i praw pokrewnych”?

Ochrona „własności” intelektualnej przyjmuje różne, niekiedy bardzo kuriozalne formy. Np. ostatnio świat obiegła wiadomość o kasowaniu wpisów na twitterze z powodu zawłaszczania przez ich użytkowników… ciągów maksymalnie 140 znaków. Tak, można z całą powagą uznawać ze dzieło wpis o rozmiarze wiadomości SMS i walczyć o jego „własność”. Litości.

Bardzo podobała mi się akcja „Strata Kazika”, która w inteligentny sposób wyszydzała typową copyrightową arytmetykę, gdzie każda kopia oznacza „stratę” w wysokości detalicznej ceny danego dzieła. Koncepcja automatycznego kopiowania płyty Kazika i sumowania tych iluzorycznych „strat” artystów (obecnie 164 mln złotych) doskonale pokazuje z jakimi absurdami mamy do czynienia.

Co do trudności w odnajdywaniu się w świecie nowoczesnych technologii – nie jest moim zadaniem wymyślanie jak będą działać biznesy w świecie post-copyright. Od tego są przedsiębiorcy – oni bez problemu znajdą sposoby, aby zarobić na tym, co obecnie objęte jest prawnoautorskim monopolem. Potrzeba jest przecież matką wynalazku, a nie ochrona patentowa.

Jeśli pan Tarantino (jestem umiarkowanym fanem) nie zechce już więcej kręcić filmów, to świat naprawdę się od tego nie zawali. Będą filmy kręcić inni, może mniej zainteresowani kwestiami finansowymi, a bardziej artystycznymi, co kinematografii może nawet wyjść na dobre. A ci, którzy oczekują nieskomplikowanej rozrywki, na pewno znajdą sposób, aby skłonić Michaela Baya do zrobienia jakiegoś blockbustera. Poza tym, gdzie jest powiedziane, że filmy muszą kosztować aż tyle? Trochę technika się posunęła przez te ponad 100 lat kina i z pewnością mamy teraz znacznie więcej tanich metod produkcji filmowej.

Często w dyskusjach dotyczących konieczności zniesienia monopolu pada hasło: „z czego będą żyć artyści?” Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale moja odpowiedź czy jej brak nie jest argumentem za czy przeciw – pytanie to nie jest argument w sporze. Jeśli ja nie wiem, z czego będą żyli artyści, to nie oznacza, że monopol, z którego korzystają jest słuszny i usprawiedliwiony. Moja zdolność (lub raczej niezdolność) przewidywania kształtowania się przyszłych modeli biznesowych nie jest argumentem w tym sporze. Nie dyskutujemy o przewidywaniu przyszłości, ale o kwestiach wolności, w tym wolności wymiany informacji, czy swobodnego korzystania z własnych urządzeń elektronicznych czy teleinformatycznych.

Jak sądzę większość czytelników Chaosa nie będzie miała większych problemów z przyklaśnięciem Twoim infoanarchistycznym poglądom, z libertarianizmem będzie już jednak nieco gorzej. Głównym punktem zapalnym pomiędzy anarcho-kapitalistami a nieco bardziej lewicowo nastawionymi wolnościowcami, jest kwestia własności jako takiej. Szczególnie interesującym wydaje mi się być w tym kontekście squatting. Jak odnosisz się do kwestii nielegalnego zajmowania cudzej najczęściej porzuconej i zaniedbanej własności i tworzeniu w niej własnych struktur będących alternatywą dla społeczeństwa, państwa, systemu (lub po prostu próbą życia obok nich/niej)?

Nie ukrywam, że odnoszę się dość niechętnie do zajmowania cudzej własności, niezależnie od tego, czy właściciel jej używa, czy też nie. Natomiast obecny system, z olbrzymim etatystycznym bagażem, sprawie, że wiele sytuacji squattingu jest dość trudnymi kwestiami do jednoznacznej oceny. Uważam, że jest to problem głównie mocno nierynkowych gospodarek, z którymi mamy do czynienia na całym świecie. W prawdziwie wolnym świecie ci, którzy preferują dowolny alternatywny styl życia i kontaktów międzyludzkich, bez problemu będą mogli go uprawiać na swojej własności, którą po prostu zdobędą w drodze dobrowolnej wymiany, bez konieczności uciekania się do użycia przemocy. Kluczem tutaj jest dobrowolność – jeśli będziemy w stanie ułożyć sobie stosunki w oparciu o dobrowolne, pozbawione przemocy działania, to nie mam nic przeciwko dowolnym życiowym alternatywom. Co więcej, jestem przekonany, że tylko mocna własność i jej poszanowanie jest gwarantem realizowania właśnie tych wszystkich, nawet radykalnych alternatyw.

Przyznam, że moje doświadczenie ze squatami ogranicza się do krótkiej wizyty i wykładu w poznańskim Rozbracie. Było sympatycznie, ale nie widzę jakoś przewagi tego typu stylu życia. Ale każdy powinien robić to, co lubi. Byle na swoim.

Kolejnym punktem zapalnym wydaje mi się być kwestia dostępu broni. Ładnych parę lat temu na łamach Chaosu toczyła się na ten temat dyskusja i raczej nie była to „gra do jednej bramki”. Ty jesteś jej zdecydowanym zwolennikiem, ciekawy jestem w związku z tym czy, a jeśli tak to jaki wpływ, na Twe stanowisko w tej sprawie mają takie wydarzenia jak morderstwa w Aurora Kolorado, gdzie podczas projekcji ostatniego Batmana szaleniec zastrzelił dwanaście osób i ranił kilkadziesiąt kolejnych, czy w Newton Connecticut, gdzie inny sprawca zamordował 20 pierwszoklasistów?

Moje stanowisko nie zmienia się pod wpływem takich wydarzeń, bo nie są one czymś szczególnym. To są oczywiście przykre i tragiczne sprawy i szkoda, że mają miejsce, ale to nie sprawi, że zmienię zdanie na temat prawa każdego człowieka do samoobrony oraz wyboru najskuteczniejszego służącego do tego celu narzędzia. Dodatkowo, w przeciwieństwie do wielu ludzi, jestem odporny na medialną propagandę, która towarzyszy takim wydarzeniom i swoich poglądów nie opieram o to, co wciskają mi media. A że studiuję dość intensywnie tematykę broni oraz przemocy, to nauczyłem nie wyciągać pochopnych wniosków. To nie jest tak, jak usiłuje się nam przedstawić.

Ja jestem zwolennikiem prawa do posiadania broni palnej z przyczyn ideowych, a nie pragmatycznych. Uważam, że to prawo w pewnym sensie naturalne, czyli poprzedzające wszelkie formalne ustalenia, wynikające z prawa do ochrony swego życia. Argumenty pragmatyczne, czyli faktyczny wpływ posiadania broni na poziom bezpieczeństwa cieszą mnie, ale nie są dla mnie kluczowe.
To jest dość obszerny temat, o którym ciężko jest podyskutować, bez schodzenia na różne emocjonalne manowce. A emocje raczej nie pomagają w racjonalnej dyskusji.

Jesteś założycielem i jednym z moderatorów forum Libertarianizm.net. Libertarianizm per se jest mocno wywrotowy, ale rzut oka na dział poświęcony kryptoanarchizmowi pozwala łatwo się zorientować, iż jego użytkownicy nie należą raczej do tych, którzy uważają, iż umiarkowanie w dążeniu do wolności jest cnotą. Nie obawiasz się, że tego typu aktywność userów sprowadzi na Ciebie zainteresowanie „smutnych panów”?

Jeśli ci panowie są warci choć ułamek pensji, którą im wypłacamy, to mam nadzieję, że monitorują nasze forum. Zawsze jest szansa, że zmądrzeją i przejmą trochę właściwych poglądów. To jest jednak tylko forum dyskusyjne, gdzie rzadko wychodzi się poza wymianę poglądów, jakkolwiek by one nie wydawały się radykalne. Jesteśmy raczej fotelowymi rewolucjonistami.

Co nie zmienia faktu, że obawiam się tego zainteresowania i jakiejś niespodziewanej porannej wizyty, bo w obecnym świecie drastycznego ograniczania swobody wyrażania swoich poglądów, łatwo dopuścić się myślozbrodni. Niemniej jednak, kto jak nie wolnościowcy ma utrzymywać ten przyczółek wolnego słowa?

Przyznam się, że na życzenie autorów już dokonaliśmy autocenzury pewnych materiałów w naszym wolnościowym wiki – libertarianizm.pl. To przykre, że ulegamy reżimowi, ale nie chcemy, aby to archiwum wolnościowych tekstów znów stało się obiektem szykan. Pewnym, choć marnym, zabezpieczeniem jest, że serwery utrzymywane są w USA, więc nie będzie można ich wyłączyć „na telefon” z prokuratury. Ale też nie jesteśmy organizacją typu Wikileaks i raczej nikt nie będzie o nas demonstrował i protestował, gdy władza wyciągnie na nas jakiś paragraf.

No na koniec najważniejsze pytanie – dlaczego koty są lepsze od psów?

Tu chyba najbardziej pasuje cytat z Pratchetta:

– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

Ale na serio, ja generalnie lubię zwierzęta, także psy. Kiedyś pewnie będę miał psa. A koty są puchate, pachnące i miłe, a do tego stosunkowo bezobsługowe, przynajmniej w porównaniu do psów. No i są jakieś takie bardziej niezależne, indywidualistyczne i wolnościowe. Więc na razie wygrywają.

Złodzieje kłócą się o kasę

Mowa oczywiście o politykach, którzy właśnie wrzucili sobie na tapetę temat finansowania partii politycznych z budżetu. Temat wypłynął, bo okazało się, że za część tych ukradzionych nam pieniędzy ktoś w PO dobrze się ubrał, popił, zakąsił i zapalił. Elegancko, jak na gangstera przystało.

Tak, w budżecie są wyłącznie pieniądze odebrane nam wszystkim siłą, w skutek działania zorganizowanej grupy przestępczej zwanej państwem. To, że to samo państwo rozgrzeszyło siebie z tej bandyckiej działalności nie zmienia faktu, że niczym to się nie różni od zwykłej grabieży.

Oczywiście pada wiele argumentów za tym, aby jednak finansowanie z budżetu pozostawić, ale najciekawszy przedstawił poseł Hofman z PiSu – gdy nie będzie finansowania z budżetu, to do sejmu wejdą gangsterzy i przestępcy. Szkoda, że poseł nie zauważył, że sam jest gangsterem, który uważa, że można spokojnie rabować ojców, matki i dzieci, aby zasilić kasę jego ugrupowania i zapewnić mu beztroskie życie. Złodziei więc w sejmie nie brakuje, nie mamy się więc bać, że sytuacja się jakoś drastycznie zmieni.