Moja polemika z T. Telukiem

Początkowo miał zamiar napisać do Najwyższego Czasu! i odrobinę popolemizować z artykułem Tomasza Teluka dotyczącego „własności intelektualnej”. Co zabawniejsze sam opublikowałem w tym tygodniku artykuł o podobnej treści, czyli domagającej się poszanowania „własności intelektualnej”, z tym że było to około 10 lat temu i od tego czasu chyba zmądrzałem. Poczytałem, przemyślałem i zrozumiałem. Największy wpływ na zmianę mego zdania w tej kwestii miał Stephan Kinsella i jego artukuł In Defense of Napster and Against the Second Homesteading Rule. Więcej dowiedziałem się z kolejnego tekstu tegoż autora Against Intellectual Property. Potem już było z górki. Zrozumiałem, że nie istnieje coś takiego jak „własność intelektualna”, chyba że zgodzimy się na erozję normalnej własności, która jest nieuchronną konsekwencją akceptacji koncepcji, że można być właścicielem ideii i implementacji tych ideii.

Nie będę powtarzał argumentów, których użył Kinsella, każdy może sobie sam je przeczytać. Kiedyś dla tych, u których język angielski nie jest najmocniejszą stroną, przetłumaczę ten pierwszy artykuł, bo to dobra rzecz. Jak znajdę czas. Szukam go już parę lat, niestety.

Wracając do właściwej polemiki, posłużę się jedynie celnym argumentem zauważonym w komentarzach serwisu Slashdot. Dyskusja tamże dotyczyła zjawiska nagminnego „piracenia” programów telewizyjnych, w czym przoduje Zjednoczone Królestwo. Jeden z komentatorów napisał coś w tym rodzaju: skoro nadawcy wypuszczają tego dżina z butelki z prędkościa światła (nadając programy w eter), nie myślą chyba, że uda im się wepchnąć go z powrotem do butelki.

Mam nadzieję, że dotrze to do Tomasza Teluka – gdy jakaś idea opuszcza naszą głowę, co w obecnym świecie techniki cyfrowej, najczęściej dzieje się to z prędkością światła, naiwnością jest myśleć, że uda się nad tą ideą zapanować i ją kontrolować.

Chciałoby się, ale nic z tego. Będą próby zapanowania nad informacją (information wants to be free), ale wiem, że są one z góry skazane na przegraną. Im prędzej zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej.

Licho nie śpi

Jak donosi CNet licho (Royal Philips Electronics) nie śpi i pracuje na techniką cyfrowego znaczenia (digital fingerprinting) danych zawierające treści objęte prawami autorskimi. Mają nadzieję, że da to korporacjom medialnym nową oręż do walki z wymianą muzyki, filmów i innych ciekawych plików przez Internet. Co ciekawe, technologia ma pozwalać wykrywać znaczniki nawet w plikach, które zostały skompresowane, częściowo zmodyfikowane, czy zmieniono im format, czyli ma się opierać na własnościach materiału źródłowego np. muzyki, a nie cyfrowej reprezentacji. Tego typu technologia wsparta odpowiednią legislacją (a pieniędzy korporacjom na razie nie brakuje), może doprowadzić do sytuacji, gdy np. prowajderzy internetowi zostaną zmuszeni do blokowania ruchu plików zidentyfikowanych na podstawie takich znaczników.

Całe szczęście, że problem jest trudny i na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać, nawet lata. Przez ten czas sposoby wymiany plików mogą ulec znacznemu udoskonaleniu, choćby przez zapewnienie stronom wymiany anonimowości, oraz ukrycia ich przed wścibskimi. Niewykluczone, że ta metoda będzie przestarzała już na starcie.

Publiczne miejsca a prawa autorskie

Niejako w nawiązaniu do poprzedniego wpisu dotyczącego wieży Eiffela, podobne zjawisko w Chicago. W publicznym parku (Millenium Park) zbudowanym za pieniądze podatników artysta Anish Kapoor wystawił rzeźbę zwaną potocznie „fasolą”. Mnie się zakurat ta rzeźba podoba, ale nie o to w tym chodzi. Otóż ta rzeźba objęta jest prawami autorskimi rzeźbiarza i w związku z tym nie można uwieczniać jej na fotografiach. Na razie mowa jest o wykorzystaniu komercyjnym takich fotografii, więc turystom pewnie uchodzi fotografowanie tego dzieła na sucho, ale przyszłość może być zupełnie inna. W taki oto sposób autorzy mogą zawłaszczać fragmenty przestrzeni publicznej. Więcej o tej historii tutaj.

Wieża Eifella objęta prawami autorskimi

Jak się okazało, pewna firma francuska zmieniła nocną dekorację wieży Eiffela i nowy design objeła prawami autorskimi. W ten sposób publikacja nocnych zdjęć tej budowli może być naruszeniem praw autorskich, a co za tym idzie, nielegalne. Firma zapewnia, że nie będzie ścigać tych, którzy publikują takie zdjęcia na swoich prywatnych stronach, ale kto to wie… Więcej o tym tutaj.

Rolnicze piractwo

Tak, to zakrawa na obłęd. Pewna firma sprzedaje rolnikom modifkowane zboża, które są odporne na szkodniki. Jest jeden warunek – rolnicy nie mogą sobie zachować trochę ziarna ze zbioru i posiać go ponownie. Jeśli to zrobią, grozi im proces i więzienie. Z jednej strony kontrakt z firmą zabrania im tego, więc z pewnością mamy tutaj do czynienia do złamania warunków kontraktu. Z drugiej strony, czyją własnością jest ziarno pozyskane z uprawy na własnej ziemi? To jest jasny przykład, gdy „własność intelektualna” jest jakąś super-własnością, znacznie potężniejszą niż normalna własność.

Nawet jeśli jeden rolnik złamie kontrakt i podzieli się ziarnem ze zbioru z innymi rolnikami, to tamci powinni mieć pełne prawo używać tego „copyrightowanego” ziarna bez żadnych ograniczeń, wszakże ich kontrakt nie wiąże.