Chaos w mojej głowie

Jakiś czas temu udzieliłem wywiadu dla zine’u „Chaos w mojej głowie„, który w wersji tradycyjnej, czyli papierowej właśnie się ukazał. Ponieważ nie każdy chce spijać nektar mojej mądrości z papieru, to poniżej treść wywiadu w formie elektronicznej. Jeśli kogoś interesuje tematyka tego wydawnictwa, całkiem sporego sądząc po liczbie stron, to zapraszam na stronę do zakupu.

Na początku lat 90-tych byłeś członkiem UPR, obecnie jesteś jednym z bardziej znanych polskich anarcho-libertarian. Droga od konserwatysty do anarchisty wydaje się być długa i kręta. Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom Chaosu jak przebiegała ewolucja Twoich poglądów politycznych?

To tylko pozornie kręta droga – dla mnie to była dość prosta i naturalna ścieżka ewolucji. Ale zacznijmy od początku, czyli dzieciństwa i lat młodzieńczych w czasach realnego socjalizmu, któremu nie udało się mnie zepsuć, mimo przecież dość intensywnej indoktrynacji, i to w czasie, gdy młody umysł jest na tę indoktrynacje najbardziej podatny. Nie wiem, czy to kwestia genów, czy jakiś przypadek, ale organizm mój uodpornił się dość skutecznie na różne przejawy lewicowej myśli, a skuteczność tego mechanizmu obronnego jeszcze pogłębiała codzienna obserwacja świata dookoła.

Potem nastąpiła przemiana ustrojowa, po której szukałem dla siebie jakiegoś sensownego poglądu politycznego i wtedy właśnie wpadł mi w ręce jeden z pierwszych numerów Najwyższego Czasu. Lektura tego tygodnika otworzyła mi oczy na nurty polityczne zupełnie mi wcześniej nieznane, z klasycznym liberalizmem na czele. Z jakiegoś powodu uznałem, że skoro już chcę być takim prawdziwym liberałem, to muszę zostać też konserwatystą. A JKM tylko utwierdzał nas, że to jest jedyna właściwa droga.

A że samo czytanie gazet i książek nie jest specjalnie skuteczną polityczną aktywnością, to po jakimś czasie wstąpiłem do UPR, bo chciałem coś podziałać, choć przyznam szczerze, nie bardzo wiedziałem jak. W UPR podziałałem sobie przez parę dobrych lat. Płaciłem składki, przychodziłem na manifestacje, spotykałem się z ciekawymi ludźmi. Było okay, choć szybko przekonałem się, że dla wielu członków UPR, organizacja ta była jedynie etapem w jakichś ich osobistych planach, a idee, które mi wydawały się dość bliskie, były dla nich jednie czymś, co się zmienia w zależności od różnych pragmatycznych celów. Na moje szczęście, jakiś kryzys osobisty sprawił, że musiałem przestać płacić składki, co poskutkowało tym, że nasze drogi z partią się rozeszły.

Ale zmiana ta nie miała jedynie podłoża ekonomicznego, bo w międzyczasie pojawił się internet z jego bogactwem wiedzy i nowymi sposobami komunikacji. W Najwyższym Czasie pojawiały się co prawda teksty, które oswoiły mnie z terminem libertarianizm, ale dopiero internet pozwolił mi poznać, co się za tym terminem dokładnie skrywa. Okazało się, że liberalizm może mieć także jeszcze radykalniejszą formę, nieskażoną konserwatywną domieszką. To dopiero było odkrycie.

Zaczęło się buszowanie po amerykańskich stronach wolnościowych, odkrywanie całego bogactwa tego ruchu oraz poznawanie w Polsce ludzi o podobnych poglądach. Konstruowanie list mejlowych, potem grup dyskusyjnych, aż do Forum Libertarian. Ciągle szukanie nowej wiedzy, ciągłe krystalizowanie swoich poglądów, dalsza ewolucja w kierunku anarchokapitalizmu. Jako organiczny przeciwnik lewicy, uwielbiam termin kapitalizm, więc nie wstydzę się tej etykietki, a na dodatek wkurza ona lewicowców.

Jak widać, otarcie się o UPR nie oznacza wcale bycia konserwatystą, przynajmniej w politycznym sensie, bo ja w wielu sprawach jestem dość konserwatywny, tylko nie mam ochoty narzucać tego poglądu siłą innym.

Jesteś obok Jacka Sierpińskiego chyba najbardziej rozpoznawalną osobą wśród inicjatorów powołania polskiej Partii Libertariańskiej. Po doświadczeniach z UPR i pochodnymi nie masz już trochę dość polityki?

Ja jestem zwolennikiem zarażenia ideą prawdziwej wolności jak największego kręgu ludzi. Chcę wyciągnąć libertarianizm z pewnego rodzaju getta i pokazać go tzw. przeciętnym ludziom. Jeśli w tym zadaniu może pomóc powołanie „poważnej” instytucji jaką jest partia polityczna, to tylko mogę przyklasnąć takiemu pomysłowi i jakoś go próbować wesprzeć. Ja sam uważa, że taka bardziej głównonurtowa organizacja wolnościowa może naprawdę przekonać wielu, że libertarianizm to jest poważny kierunek polityczny, którym warto się zainteresować.

Choć dla mnie osobiście, okres aktywnej działalności politycznej jest już raczej zamknięty. Chętnie pomogę w powstaniu tej partii, w kreowaniu jej programu (aby był dostatecznie wolnościowo „koszerny”, choć udział Jacka Sierpińskiego – papieża polskiego libertarianizmu – w zasadzie to gwarantuje), czy dobrych form działania. Choć raczej do niej wstąpię, ani też na nią nie zagłosuję – bo nie biorę udziału w wyborach.

Być może moje zaangażowanie się w ten projekt ma inne podłoże niż pozostałych założycieli, ale to, moim zdaniem, nie powinno być przeszkodą w naszej współpracy i osiąganiu wspólnego celu – poszerzanie zakresu wolności i skuteczniejszej walki najpierw z etatyzmem, a w końcu, z państwem.

Jak doszło do tego, że jeden z pierwszych polskich twórców, który zaczął zarabiać na grach komputerowych – a więc wydawać by się mogło beneficjent reżimu praw autorskich – zaczął kwestionować koncepcję tzw. „własności intelektualnej”?

To jest zasługa Stephana Kinselli, a konkretnie jego tekstu dotyczącego Napstera i konfliktu „własności” intelektualnej (IP) z własnością prawdziwą. Ten tekst przetłumaczyłem i opublikowałem na swojej stronie i polecam go każdemu, kto nie ma ochoty na lekturę dłuższych tekstów o tematyce IP tegoż autora.

Oczywiście, do tego czasu byłem typowym copyrightowym zamordystą – chciałem wszystkich wsadzać do więzień za naruszanie moich „praw”. Było to o tyle zabawne, że pierwsze nasze produkcje powstawały w 100% na pirackim oprogramowaniu, co wtedy nie było nawet nielegalne, a i potem zgodność z wyznawanymi poglądami także nie do końca była stuprocentowa ze stanem faktycznym.

To zresztą główny problem, z którym boryka się większość ludzi nafaszerowanych propagandą zwolenników IP – z jeden strony powszechnie narusza się prawa autorskie, a z drugiej strony pouczani jesteśmy jakie to złe i niemoralne jest, niezależnie od prawnego stanu faktycznego, choćby dotyczącego dozwolonego użytku osobistego. Z jednej strony zwolennicy IP próbuj zacisnąć nam na szyi sznur jeszcze większej kontroli, a z drugiej strony zwyczaj dzielenia się cyfrowymi plikami jest już powszechnym standardem.

Każdy, kto choć chwilę zastanowi się na tym problemem, to zauważy, że coś tu jest nie tak. Jeśli zaciekawi go ta kwestia, to bardzo łatwo odkryje, że świat nie jest taki, jaki mu się usiłuje przedstawić. To jak wybór czerwonej matriksowej tabletki – zaczynamy wtedy widzieć świat „własności” intelektualnej takim, jaki jest naprawdę. I nie jest to miły widok.

To naprawdę nie jest trudne – wystarczy poczytać trochę tekstów na mojej stronie, trochę moich wpisów blogowych, w których podaję sporo argumentów, a także odnośników do innych tekstów. Trzeba mentalnie wyzwolić się z kajdan myślenia o IP jako o własności i od razu będzie łatwiej. No i koniecznie trzeba wyzwolić się z narzuconego nam przeświadczenia, że obecny system choćby praw autorskich jest tożsamy z systemem zarabiania na efektach swojej pracy twórczej. Prawa autorskie to ani konieczny warunek do zarabiania na twórczości, ani tym bardziej wystarczający. Gdy oderwiemy się od myślenia o pieniądzach, to od razu zobaczymy jak wątły jest to koncept.

Parafrazując Anarchistyczne FAQ Bryana Caplana – „Dlaczego ktokolwiek miałby się interesować infoanarchizmem?”

Jeśli nie będą się tym interesować, to reżim praw autorskich zainteresuje się nimi. Odbierając im wolność komunikacji oraz swobodę dysponowania swoją własnością. Zresztą reakcja na próbę przemycenia nam umowy ACTA pokazuje, że coś tam zaczyna do ludzi docierać. Jeszcze może nie zdają sobie dokładnie sprawy dlaczego ta koncepcja jest zła, wciąż są pod ogromnym wpływem propagandy, ale już zauważają, że coś tu nie gra. I coraz częściej szukają alternatywnej wiedzy na ten temat.

Coraz więcej ludzi, młodych i starych, w praktyce ma w zupełnym poważaniu kwestie „własności” intelektualnej i, jak to się pejoratywnie określa, „juma” na co dzień muzykę, filmy czy oprogramowanie bez specjalnych zahamowań. Niemniej jednak, gdy ich znienacka zapytamy, to będą głosić wtłoczone do głów formułki o konieczności wynagradzania biednych twórców i wynalazców. Że też nie zauważają tu pewnej niekonsekwencji.

Obracając się od wielu lat w środowisku polskich wolnościowców wydaje mi się, iż nie przesadzę pisząc, iż większość krajowych libertarian popiera Twoje stanowisko w sprawie „własności intelektualnej”. Ciekawy natomiast jestem jak Twoje poglądy w tej kwestii są odbierane przez Twoich znajomych z branży gier komputerowych. Spotkałeś się z jakimiś ciekawymi reakcjami ze strony innych gamedev’ów?

No, bez przesady, jakie tam „moje stanowisko”? Co najwyżej zbieżne z moim – nie roszczę sobie praw do pierwszeństwa, bo polskie teksty anty-IP pojawiały się dużo wcześniej zanim ja się zabrałem za tę tematykę. Ale faktycznie, nurt infoanarchistyczny wydaje się dość mocny wśród polskich wolnościowców, a także całkiem nieźle ma się wśród wolnościowców za granicą.

Moim znajomi nie przyjmują tego ze zrozumieniem, co trochę mnie dziwi, bo ja naprawdę znam trochę sekretów kreatywnych branży i wiem, że z jednej strony wszyscy mówią, że piractwo to zło, a z drugiej strony to znaczna część działalności twórców opiera się na piratach. Więc wygląda to często tak, że każdy twierdzi, że piractwo jest „be” i kiedyś, jak już się dorobi, to przestanie piracić, ale na razie to musi i już. I wymyśla różne usprawiedliwienia.

Trudno też mi przekonywać kolegów po fachu, bo akurat w świecie gier niełatwo jest wskazać alternatywne sposoby zarabiania na swojej twórczości. Bo do tego w praktyce sprowadza się dyskusja o IP – nie zastanawiamy się, czy jest to słuszne czy też nie, ale jak będziemy zarabiać, gdy ten koncept wreszcie umrze. A umrze z pewnością. Zawsze dyskusja schodzi na temat kasy, a nie jakiejś tam kultury czy sztuki.

W dyskusjach z kolegami mam jeden, mocny atut – moje pierwsze gry powstawały, gdy w Polsce nie funkcjonował jeszcze monopol prawnoautorski w zakresie oprogramowania. Piracić można było wszystko zupełnie bezkarnie i legalnie. Co nie zmienia faktu, że stworzyliśmy gry, które nawet w tych warunkach całkiem nieźle sobie finansowo radziły, zadając kłam twierdzeniu, że prawa autorskie są niezbędne, aby na własnej twórczości zarabiać.

Jesteś jednym z inicjatorów i wykładowców Digital Frontier, pierwszej polskiej szkoły dla twórców gier komputerowych. Jak sądzę większość kursantów to ludzi młodzi, którzy dorastali już w czasach stałych łącz sieciowych, a co za tym idzie de facto darmowego dostępu do wszelkich cyfrowych dóbr kultury. Czy dostrzegasz w ich spojrzeniu na biznesowy aspekt tworzenia gier jakieś istotne różnice w stosunku, do tego jaki przyświecał twórcom, w czasach gdy Ty zaczynałeś swoją przygodę z branżą gier?

Wydaje mi się, że istnieje pewne intelektualne rozleniwienie. Oczekiwanie gotowych recept, które wystarczy zastosować i mamy błyskawiczny sukces. A najlepiej, to dajcie mi jakiś papier, który zapewni mi dobrze płatną i niezbyt męczącą pracę.

Nie oznacza to, że nie ma ludzi z inicjatywą, chętnych do poznawania nowych rzeczy, ale zauważam dość dużo oczekiwania na pokierowanie i pokazanie co robić, zamiast na własną inicjatywę i odkrywanie wszystkiego samemu i zadawanie pytań, na które grono fachowców zaproszonych do inicjatywny Digital Frontier chętnie odpowie.

A dostęp do wiedzy i narzędzi obecnie jest przeogromny. To coś, czego nie mieliśmy w czasach, gdy sami zaczynaliśmy tworzyć gry. Wiedzę trzeba było mozolnie zdobywać i odkrywać, a narzędzia w większości wypadków stworzyć samemu. Teraz wszystko jest w zasięgu ręki, a właściwie internetowego łącza. Można skupić się na kreatywności i pasji, które chyba są w tej branży najważniejsze.

W Polsce tworzenie gier to jednak wciąż zajęcie dla ludzi z pasją, którzy chcą to robić, bo ich to fascynuje, sprawia olbrzymią satysfakcję oraz umożliwia twórcze realizowanie się. Owszem, niektórzy nawet nieźle zarabiają, choć nie jest to zawód gwarantujący dobre dochody, jak choćby prawnik czy stomatolog.

Zjawisko „piractwa” komputerowego przyjmuje różne formy. Z jednej strony masz infoanarchistów w postaci np. twórców The Pirate Bay, którzy prowadzą swą działalność z powodów nazwijmy to ideowych, z drugiej zaś ludzi pokroju Kima Dotcoma (założyciela serwisu Megaupload), który robi, to co robi, bo chce na tym trzepać grubą kasę. Czy będąc przeciwnikiem własności intelektualnej jako takiej ma dla Ciebie w ogóle znacznie jakimi motywami kieruje się dany „pirat”?

No, ja za prawdziwych infoanarchistów uznaję jedynie tych, którzy atakują istniejący system ze względów ideologicznych, uważając go za niesłuszny i nie mający usprawiedliwienia. Ci, którzy robią to z innych pobudek, choćby finansowych, też mogą być moimi sprzymierzeńcami, bo przyczyniają się do obnażania problemów istniejącego monopolu i dość skutecznie podkopują jego fundamenty. W gruncie rzeczy, wszystko mi jedno, czy monopol upadnie, bo ludzie zrozumieją, że jest niesłuszny, czy po prostu pokona go technika i powszechne społeczne ignorowanie. Ostatecznie cel przecież zostanie osiągnięty.

Największym „przegranym” cyfrowej rewolucji wydaje się być na dzień dzisiejszy Hollywood. Wprawdzie (wbrew irytującym narzekaniom) przemysł ten całkiem nieźle sobie radzi finansowo, niemniej jednak faktem jest, że w przeciwieństwie do wielu innych twórców kultury póki co, wysokobudżetowi filmowcy nie potrafili się sensownie odnaleźć w realiach społeczeństwa informacyjnego. Steam i podobne platformy znacząco ograniczyły zjawisko piracenia gier, Melvins pokazuje jak mogą sobie radzić w nowych czasach muzycy (zamiast wydawać tradycyjne płyty, które większość woli ściągnąć za darmo z sieci, wypuszczaj limitowane edycje przygotowane z artystycznym zacięciem, np. ręcznie przygotowywanymi okładkami, część z nich sprzedając wyłącznie na koncertach)… A co ma zrobić taki np. Tarantino, który straszy swych fanów, że nie nakręci już żadnego filmu, bo przestali chodzić do kina? Masz jakiegoś własnego faworyta w kategorii „absurdy ochrony reżimu prawa autorskiego i praw pokrewnych”?

Ochrona „własności” intelektualnej przyjmuje różne, niekiedy bardzo kuriozalne formy. Np. ostatnio świat obiegła wiadomość o kasowaniu wpisów na twitterze z powodu zawłaszczania przez ich użytkowników… ciągów maksymalnie 140 znaków. Tak, można z całą powagą uznawać ze dzieło wpis o rozmiarze wiadomości SMS i walczyć o jego „własność”. Litości.

Bardzo podobała mi się akcja „Strata Kazika”, która w inteligentny sposób wyszydzała typową copyrightową arytmetykę, gdzie każda kopia oznacza „stratę” w wysokości detalicznej ceny danego dzieła. Koncepcja automatycznego kopiowania płyty Kazika i sumowania tych iluzorycznych „strat” artystów (obecnie 164 mln złotych) doskonale pokazuje z jakimi absurdami mamy do czynienia.

Co do trudności w odnajdywaniu się w świecie nowoczesnych technologii – nie jest moim zadaniem wymyślanie jak będą działać biznesy w świecie post-copyright. Od tego są przedsiębiorcy – oni bez problemu znajdą sposoby, aby zarobić na tym, co obecnie objęte jest prawnoautorskim monopolem. Potrzeba jest przecież matką wynalazku, a nie ochrona patentowa.

Jeśli pan Tarantino (jestem umiarkowanym fanem) nie zechce już więcej kręcić filmów, to świat naprawdę się od tego nie zawali. Będą filmy kręcić inni, może mniej zainteresowani kwestiami finansowymi, a bardziej artystycznymi, co kinematografii może nawet wyjść na dobre. A ci, którzy oczekują nieskomplikowanej rozrywki, na pewno znajdą sposób, aby skłonić Michaela Baya do zrobienia jakiegoś blockbustera. Poza tym, gdzie jest powiedziane, że filmy muszą kosztować aż tyle? Trochę technika się posunęła przez te ponad 100 lat kina i z pewnością mamy teraz znacznie więcej tanich metod produkcji filmowej.

Często w dyskusjach dotyczących konieczności zniesienia monopolu pada hasło: „z czego będą żyć artyści?” Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale moja odpowiedź czy jej brak nie jest argumentem za czy przeciw – pytanie to nie jest argument w sporze. Jeśli ja nie wiem, z czego będą żyli artyści, to nie oznacza, że monopol, z którego korzystają jest słuszny i usprawiedliwiony. Moja zdolność (lub raczej niezdolność) przewidywania kształtowania się przyszłych modeli biznesowych nie jest argumentem w tym sporze. Nie dyskutujemy o przewidywaniu przyszłości, ale o kwestiach wolności, w tym wolności wymiany informacji, czy swobodnego korzystania z własnych urządzeń elektronicznych czy teleinformatycznych.

Jak sądzę większość czytelników Chaosa nie będzie miała większych problemów z przyklaśnięciem Twoim infoanarchistycznym poglądom, z libertarianizmem będzie już jednak nieco gorzej. Głównym punktem zapalnym pomiędzy anarcho-kapitalistami a nieco bardziej lewicowo nastawionymi wolnościowcami, jest kwestia własności jako takiej. Szczególnie interesującym wydaje mi się być w tym kontekście squatting. Jak odnosisz się do kwestii nielegalnego zajmowania cudzej najczęściej porzuconej i zaniedbanej własności i tworzeniu w niej własnych struktur będących alternatywą dla społeczeństwa, państwa, systemu (lub po prostu próbą życia obok nich/niej)?

Nie ukrywam, że odnoszę się dość niechętnie do zajmowania cudzej własności, niezależnie od tego, czy właściciel jej używa, czy też nie. Natomiast obecny system, z olbrzymim etatystycznym bagażem, sprawie, że wiele sytuacji squattingu jest dość trudnymi kwestiami do jednoznacznej oceny. Uważam, że jest to problem głównie mocno nierynkowych gospodarek, z którymi mamy do czynienia na całym świecie. W prawdziwie wolnym świecie ci, którzy preferują dowolny alternatywny styl życia i kontaktów międzyludzkich, bez problemu będą mogli go uprawiać na swojej własności, którą po prostu zdobędą w drodze dobrowolnej wymiany, bez konieczności uciekania się do użycia przemocy. Kluczem tutaj jest dobrowolność – jeśli będziemy w stanie ułożyć sobie stosunki w oparciu o dobrowolne, pozbawione przemocy działania, to nie mam nic przeciwko dowolnym życiowym alternatywom. Co więcej, jestem przekonany, że tylko mocna własność i jej poszanowanie jest gwarantem realizowania właśnie tych wszystkich, nawet radykalnych alternatyw.

Przyznam, że moje doświadczenie ze squatami ogranicza się do krótkiej wizyty i wykładu w poznańskim Rozbracie. Było sympatycznie, ale nie widzę jakoś przewagi tego typu stylu życia. Ale każdy powinien robić to, co lubi. Byle na swoim.

Kolejnym punktem zapalnym wydaje mi się być kwestia dostępu broni. Ładnych parę lat temu na łamach Chaosu toczyła się na ten temat dyskusja i raczej nie była to „gra do jednej bramki”. Ty jesteś jej zdecydowanym zwolennikiem, ciekawy jestem w związku z tym czy, a jeśli tak to jaki wpływ, na Twe stanowisko w tej sprawie mają takie wydarzenia jak morderstwa w Aurora Kolorado, gdzie podczas projekcji ostatniego Batmana szaleniec zastrzelił dwanaście osób i ranił kilkadziesiąt kolejnych, czy w Newton Connecticut, gdzie inny sprawca zamordował 20 pierwszoklasistów?

Moje stanowisko nie zmienia się pod wpływem takich wydarzeń, bo nie są one czymś szczególnym. To są oczywiście przykre i tragiczne sprawy i szkoda, że mają miejsce, ale to nie sprawi, że zmienię zdanie na temat prawa każdego człowieka do samoobrony oraz wyboru najskuteczniejszego służącego do tego celu narzędzia. Dodatkowo, w przeciwieństwie do wielu ludzi, jestem odporny na medialną propagandę, która towarzyszy takim wydarzeniom i swoich poglądów nie opieram o to, co wciskają mi media. A że studiuję dość intensywnie tematykę broni oraz przemocy, to nauczyłem nie wyciągać pochopnych wniosków. To nie jest tak, jak usiłuje się nam przedstawić.

Ja jestem zwolennikiem prawa do posiadania broni palnej z przyczyn ideowych, a nie pragmatycznych. Uważam, że to prawo w pewnym sensie naturalne, czyli poprzedzające wszelkie formalne ustalenia, wynikające z prawa do ochrony swego życia. Argumenty pragmatyczne, czyli faktyczny wpływ posiadania broni na poziom bezpieczeństwa cieszą mnie, ale nie są dla mnie kluczowe.
To jest dość obszerny temat, o którym ciężko jest podyskutować, bez schodzenia na różne emocjonalne manowce. A emocje raczej nie pomagają w racjonalnej dyskusji.

Jesteś założycielem i jednym z moderatorów forum Libertarianizm.net. Libertarianizm per se jest mocno wywrotowy, ale rzut oka na dział poświęcony kryptoanarchizmowi pozwala łatwo się zorientować, iż jego użytkownicy nie należą raczej do tych, którzy uważają, iż umiarkowanie w dążeniu do wolności jest cnotą. Nie obawiasz się, że tego typu aktywność userów sprowadzi na Ciebie zainteresowanie „smutnych panów”?

Jeśli ci panowie są warci choć ułamek pensji, którą im wypłacamy, to mam nadzieję, że monitorują nasze forum. Zawsze jest szansa, że zmądrzeją i przejmą trochę właściwych poglądów. To jest jednak tylko forum dyskusyjne, gdzie rzadko wychodzi się poza wymianę poglądów, jakkolwiek by one nie wydawały się radykalne. Jesteśmy raczej fotelowymi rewolucjonistami.

Co nie zmienia faktu, że obawiam się tego zainteresowania i jakiejś niespodziewanej porannej wizyty, bo w obecnym świecie drastycznego ograniczania swobody wyrażania swoich poglądów, łatwo dopuścić się myślozbrodni. Niemniej jednak, kto jak nie wolnościowcy ma utrzymywać ten przyczółek wolnego słowa?

Przyznam się, że na życzenie autorów już dokonaliśmy autocenzury pewnych materiałów w naszym wolnościowym wiki – libertarianizm.pl. To przykre, że ulegamy reżimowi, ale nie chcemy, aby to archiwum wolnościowych tekstów znów stało się obiektem szykan. Pewnym, choć marnym, zabezpieczeniem jest, że serwery utrzymywane są w USA, więc nie będzie można ich wyłączyć „na telefon” z prokuratury. Ale też nie jesteśmy organizacją typu Wikileaks i raczej nikt nie będzie o nas demonstrował i protestował, gdy władza wyciągnie na nas jakiś paragraf.

No na koniec najważniejsze pytanie – dlaczego koty są lepsze od psów?

Tu chyba najbardziej pasuje cytat z Pratchetta:

– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

Ale na serio, ja generalnie lubię zwierzęta, także psy. Kiedyś pewnie będę miał psa. A koty są puchate, pachnące i miłe, a do tego stosunkowo bezobsługowe, przynajmniej w porównaniu do psów. No i są jakieś takie bardziej niezależne, indywidualistyczne i wolnościowe. Więc na razie wygrywają.

© to nie magiczny symbol

Fragment (moje tłumaczenie) z bardzo, jak zwykle, ciekawego wywiadu z Niną Paley:

Pieniądze zdają się być główną troską artystów, gdy słuszą kogoś mówiącego „uwolnijcie swoje dzieła”. Czy to uzasadniony „strach”? Czy już odzyskałaś wszystkie pieniądze, które wydałaś na produkcję filmu Sita Sings the Blues?

Nie, ten strach nie jest usprawiedliwiony. Ale twoje pytanie jest tendencyjne: „Czy już odzyskałaś wszystkie pieniądze, które wydałaś na produkcję filmu Sita Sings the Blues?”. Jakby niby to było oczywiste przy prawach autorskich! Zarobiłam więcej pieniędzy uwalniając swoje działa niż udałoby mi się korzystając z ograniczeń praw autorskich. Kropka. Skąd bierze się u ludzi przekonanie, że wstawienie znaczka © na czymś sprawi, że zacznie to magicznie generować pieniądze? Nie zacznie. Jeśli by tak było, w pełni popierałabym prawa autorskie i była bogata. Copyright to „prawo do wykluczania innych”, a nie prawo do zarabiania kasy. Możesz swobodnie zarabiać bez praw autorskich, a i masz na to większe szanse.

To jednak z najmocniej pokutujących magicznych przekonań wśród zwolenników IP, że prawa autorskie są nie tylko warunkiem koniecznym, ale i gwarantem zarabiania na swojej twórczości. I dlatego właśnie muszą istnieć, niezależnie od tego, jak kłopotliwe i kosztowne są, o niesłuszności nie wspominając. Copyright to ani warunek konieczny zarabiania – można zarabiać na dziełach nie chronionych, ani też wystarczający – miliardy ludzi tworzy dzieła chronione prawem autorskim, a nie zarobi na tym absolutnie nic.

140 znaków na wyłączność

Gdy tworzyłem poprzedni wpis o cenzurowaniu w imię ochrony „własności” intelektualnej, nie sądziłem, że wkrótce otrzymam jeszcze lepszy przykład. Bo kwestię chwilowego usunięcia gigantycznej liczby blogów z powodu przedrukowania 279 wyrazów można uznać, od biedy, za nieszczęśliwy wypadek przy pracy.

Okazało się, że przyczyną cenzurowania może być zacytowanie znacznie mniejszej liczby wyrazów. A konkretnie nie większej niż 140 znaków – nie wiem ile to jest średnio wyrazów – czyli nie dłuższej niż maksymalny rozmiar wiadomości jednorazowo publikowanej na platformie mikroblogowej Twitter.

Jak się niedawno dowiedziałem, Twitter dostawał doniesienia o naruszaniu prawa autorskiego właśnie w owych króciutkich wpisach, które to wpisy następnie kasował. Teraz jednak, aby uczynić ten proces bardziej transparentnym, zamiast wpisu dostajemy komunikat, że ten wpis został oprotestowany pod pretekstem naruszania praw autorskich, czyli ocenzurowany.

Tak, okazuje się, że można w 140 znakach naruszyć czyjąś intelektualną „własność”. Są ludzie, którzy na poważnie uważają, że można posiadać na własność ciąg maksymalnie 140 znaków. Że na taki zestaw znaków należy im się wyłączność w zakresie dysponowania nim, bo… tu ciśnie się na ekran jedyny stosowny komentarz:

Cenzura w służbie IP

Gdy w dyskusjach o prawie autorskim, czy „własności intelektualnej” generalnie, pada stwierdzenie, że jest to mechanizm cenzury, przeważnie odbierany jest z niedowierzaniem. Jak to cenzura – to przecież mechanizm do obrony interesów twórców, a nie od gnębienia i cenzurowania innych? Przecież bez praw autorskich nie byłoby co cenzurować, bo kto by tam chciał coś wtedy pisać… jasne.

Dziś pojawiła się informacja dobitnie pokazująca jak w praktyce prawa autorskie i nieuchronnie towarzyszące im prawne rozwiązania pokrewne mogą i w praktyce są używane do działań cenzorskich.

Otóż proste żądanie usunięcia nielegalnej treści oparte o amerykańską ustawę DMCA sprawiło, że sieci zniknęło nagle 1450000 blogów tworzonych przez nauczycieli i uczniów na platformie Edublogs. Tak, prawie półtora miliona blogów, które były przecież mechanizmem porozumiewania się, publikowania i wymiany informacji!

Co było potrzebne, aby tego dokonać? Niewiele. Ustawa DMCA wymaga, aby dostarczyciele rozmaitych treści tworzonych przez użytkowników wdrażali procedurę powiadomienia i blokowania informacji (notice and takedown), co ma dawać im immunitet na odpowiedzialność za zamieszczanie niedozwolonych treści przez użytkowników. Osoba uprawniona wysyła informację, że w serwisie znajduje się treść nielegalna, czyli umieszczona tam bez zgody uprawnionego, a serwis (teoretycznie po zasięgnięciu opinii drugiej strony) taką informację zablokuje.

W przypadku serwisu Edublogs, wydawnictwo Pearson znalazło na jednym z blogów notkę, w której treści została zamieszczona ankieta z jednej z książek należącej do wydawnictwa. Sprawa rozbiła się o 279 wyrazów ankiety opublikowanych oryginalnie w 1974, za które trzeba wydawnictwu zapłacić $120. Pearson zamiast zwrócić się do administratorów platformy Edublogs, wybrał inną ścieżkę i swoje żądanie skierował do firmy hostującej (za ciężkie pieniądze zresztą) serwis. Ta nie namyślając się wiele, wyłączyła cały serwis, a z nim te prawie półtora miliona blogów. Ot, tak. Oczywiście szybko zorientowano się, że była to przesada (nic dziwnego, skoro poszkodowanych było tak wielu), ale sam mechanizm został spektakularnie wyciągnięty na światło dzienne.

Oczywiście, można by stwierdzić, ze to taka pomyłka, wypadek przy pracy. Być może, ale gdyby nie prawa autorskie i mechanizmy ich egzekwowania, nigdy by do takiego wydarzenia do doszło. DMCA daje posiadaczom monopolu olbrzymie uprawnienia – mogą dzięki temu kształtować to, co w sieci się znajduje. Teoretycznie te żądania muszą być wystosowywane z zachowaniem prawdy, pod groźbą prawnej odpowiedzialności. W praktyce jest zupełnie inaczej.

Firmy notorycznie domagają się usuwania treści, które do nich faktycznie nie należą – Google twierdzi, że 37% kierowanych nich żądań jest niewłaściwa. Często odnoszą się do serwisów, które nie naruszają żadnych praw. Wielokrotnie dotyczyły materiałów, których użycie mieści się doskonale w ramach dozwolonego użytku. Znacząca liczna żądań jest generowana automatycznie – niedawno głośne były przypadki transmisji na żywo, która zostały zablokowane przez automaty, mimo że przekazywane tam były zupełnie legalne treści. DMCA jest świetnym mechanizmem blokowania treści krytycznych – wystarczy, że krytyka będzie zawierać materiały, do których ma prawa strona poddawana krytyce, a już będzie mogła zastosować swoje cenzorskie przywileje. Automatycznie generowane żądanie skutkują wzrostem ich ilości, co w konsekwencji skutkuje automatyzacją procesu ich akceptacji – czego konsekwencją będzie zwiększenie się liczby fałszywie atakowanych serwisów i treści, czyli wzrostem cenzury.

Oczywiście, możemy zakładać, że w większości przypadków dotyczy to piratów, więc problem nie istnieje. Ale to naiwne założenie, bo przypadki blokowania dostępu coraz częściej dotyczą zwykłych ludzi i ich własnych, stworzonych przez nich treści. Możemy łudzić się, że nie będzie to dotyczyć nas, ale skoro daliśmy beneficjentom monopolu prawo do decydowania co będzie w internecie, to nie po to, aby z niego nie korzystali.