Czy prawa autorskie to rzeczywiście umowy?

Po moim występie w Kontestacji dotyczącym m.in. praw autorskich zastanawiałem się, jak tu dobrze podejść do poruszonej tam kwestii, że tak naprawdę, to prawa autorskie są jakąś „umową”, którą my wszyscy zawieramy z autorami i owa umowa powinna powstrzymywać nas przed piractwem. Jeden ze słuchaczy – Morfik, przesłał mi poniższy tekst, który pozwoliłem sobie zamieścić na blogu jako komentarz do koncepcji umowy.

Mam kilka uwag dotyczących praw autorskich. W audycji, na kontestacji został poruszony aspekt prawny – umowa, która zostaje zawarta między kupującym, a „właścicielem intelektualnym” danego programu, gry, filmu, mp3. Jedyną umowę jaką zawieram kupując nośnik CD, jest to umowa ze sprzedawcą w sklepie komputerowym/internetowym. Mam parę oryginalnych nośników i w instrukcji obsługi jest dołączona „umowa użytkownika” (cokolwiek ma to znaczyć), są tam zapisy również czego użytkownikowi nie wolno. Widnieją tam min:

  1. „właścicielowi niniejszego egzemplarza gry” – to obala ideę leasingu, wyraźnie jest napisane „właściciel”, a właściciel może dowolnie rozporządzać swoją własnością.
  2. „kontynuując instalację, wczytując lub uruchamiając, lub kopiując oprogramowanie na dysk twardy, do pamięci lub inne medium użytkownik zgadza się na warunki tej umowy” – Można to zobrazować w następujący sposób – gdy wejdę do banku, akceptuję umowę założenia konta. Nikt przy tym nie pyta mnie o chęć zawarcia umowy, czy też wyrażenie zgody na warunki proponowane przez bank. Od tak, każdy z miejsca, kto wejdzie do banku, na określonych zasadach, sprecyzowanych przez bank dostaje konto. Wyobrażacie sobie taką sytuację? System operacyjny posiada przecież opcję (domyślnie włączoną) autostartu, krążki mają pliki autorun, co powoduje, że po włożeniu płytki do cd-romu następuje automatyczne wczytanie/uruchamianie oprogramowania zawartego na płytce (akceptacja umowy). Gdyby ktoś poważnie traktował tę „umowę”, musiałby uznać, że tak naprawdę to jego komputer dokonuje zaakceptowania warunków umowy, bez ingerencji właściciela, a tym samym wszelkie roszczenia z tytułu złamania warunków zaakceptowanej umowy należy kierować do jednostki centralnej, a nie do nas. Może nawet na twórcę systemu operacyjnego można by zrzucić winę, kto wie. Tak samo jak zabrania się kopiowania rozmaitej treści chronionej prawem autorskim przeglądając strony www. Sporo obrazków, filmów czy mp3 ląduje w cache przeglądarki – zostaje skopiowana. Wchodząc na stronę, widzimy zapisy w stylu „wszelkie prawa zastrzeżone”, „zabrania się kopiować treści zawartej na stronie”, itp. Każdy z nas jest najzwyczajniej w świecie recydywistą – powinno się nas wszystkich dożywotnio pozamykać w pokojach bez … komputerów :]

W innej instrukcji mam np.:

„Przed zainstalowaniem tego oprogramowania należy dokładnie przeczytać umowę licencyjną” – Jako pirat, raczej nie będę tego instalował (przynajmniej na razie), co zwalnia mnie z czytania dalszej instrukcji (a tym bardziej jej akceptowania). Zrobię obraz i udostępnię go w sieci. Ten kto pobierze obraz, zrobi to już legalnie, gdyż ja nie naruszyłem warunków umowy, tym samym on też nie. Pominę oczywiście sytuacje gdy instrukcja jest umieszczona w .pdf na nośniku. Bo wtedy dochodzimy do sytuacji, że by przeczytać warunki licencji, muszę wczytać zawartość płytki do pamięci, co automatycznie powoduje akceptację warunków, zanim zostaną w ogóle wyświetlone na ekranie, nie mówiąc o ich przeczytaniu. Druga sprawa to akceptacja warunków (po raz drugi?) przy instalacji gry. Jeżeli uprzednio skopiowany legalnie nośnik pozbawimy licencji, która trzeba zaakceptować, by zainstalować grę (modyfikując instalator), ktoś kto zainstalował grę ze zmodyfikowanego instalatora, nie zaakceptował tym żadnej umowy, przynajmniej w myśl zasady „drugiego pirata”.

Teraz tak. Chciałbym zaznaczyć, że jeżeli ktoś napisze sobie na kartce „umowa”, „umowa obowiązuje” lub cokolwiek w ten deseń, to jeszcze nic nie oznacza. Ja mogę równie dobrze napisać „Blizzard oświadcza, że wpłaci na moje konto 100 tys dol. tytułem wspierania nowych graczy”. Całość zamknę w kopercie i wyśle listownie na adres Blizzarda. W treści listu dodam klauzulę – „Kto otwiera poniższą wiadomość zgadza się na warunki umowy :]”. I czy to oznacza, że Blizzard wyśle mi 100tyś?

Inaczej sprawa się ma gdy zostaje zawarta umowa między mną, a Blizzardem. Ta umowa będzie miała moc prawną jedynie wtedy, gdy obie strony jawnie i bez przymusu wyrażą chęć przystania na warunki (np. poprzez podpis), które zostały w nią wpisane. W przypadku zakupu gry, Blizzard nie zawarł ze mną umowy, jedynie napisał sobie coś na kawałku kartki – patrz list do Blizzarda.

Jeżeli ktoś uważa, że umowa z Blizzardem powinna zostać zawarta (tak jak to wygląda np. w bankach) , to proponuję takie o to rozwiązanie – podczas zakupu gry powinna być sporządzana notka wraz z danymi personalnymi obu stron oraz warunkami umowy. Poza tym powinna zostać ona podpisana, a kopie powinny trafić do obu stron. Żyjemy w takich czasach, że forma ustna umowy jest nieakceptowalną formą podczas np. procesu sądowego. Jeżeli jestem zatrudniony w firmie i umówię się z jej szefem (ustnie), by wynagrodzenie za moją pracę wynosiło 5 tyś zł/mc, to jeżeli mój szef nie dotrzyma umowy, ja w sądzie nie będę mógł dociekać swoich praw (pominę fakt pracy na czarno). Po to wynaleziono papier by umowy spisywać i w razie konfliktu mieć dowód winy tego kogoś, kto się z warunków umowy nie wywiązuje. Papier ten, by miał jakąkolwiek moc musi uprzednio zostać podpisany przez obie ze stron. Nawet w przypadku leasingu musimy podpisać umowę.

Oczywiście ja nie mam nic przeciwko umowom słownym. Można przecież nagrać całą umowę na video/audio, odczytać na tym nagraniu warunki + oświadczenie zgody każdej ze stron. Kopie rozdać obu stronom kontraktu. Nie wiem jednak czy tego typu rozwiązanie jest honorowane w sądach. W każdym razie, to co się nie zgadza w przypadku gry, to fakt, że nie umowa nie została zaakceptowana przez użytkownika. Zaakceptowałem co prawda umowę zakupu gry, jednak nie było tam przedstawiciela Blizzarda, z którym mógłbym zawrzeć umowę dotyczącą samej gry i jej przeznaczenia (patrz leasing). Warunki zakupu nośnika tego nie precyzowały.

Sprawa publikacji planów nowego odrzutowca Boeinga też jest ciekawa kwestią poruszoną w audycji. By uchwycić istotę rzeczy, trzeba zadać sobie pytanie – czy ten ktoś, kto opublikuje plany odrzutowca zostanie potraktowany (z punktu widzenia złamanej umowy) tak, jak ten ktoś, kto opublikuje utwór chroniony prawem autorskim? Podobno w obu przypadkach zawieramy umowę i godzimy się na zaakceptowane warunki. Podobnie w obu przypadkach „straty” twórców idą w miliony, a jeżeli ufać tym co mówią zwolennicy własności intelektualnej – niektórych „strat” nie da się nawet w przybliżeniu oszacować. Okazuje się, że zostaniemy potraktowani zgoła inaczej. Co tak naprawdę warunkuje wysłanie do mnie agentów FBI, CIA, ABW, KGB, CSI i innych tego typu organizacji? Przecie gdyby umowa była umową, to niezależnie od tego czy w serwisie TBP publikujemy plany Boeinga czy mp3 dody, powinna nas z punktu widzenia prawa spotkać odpowiedzialność niedotrzymania warunków umowy. Jak już wspomniałem, umowa zostaje spisana po to, by w przypadku konfliktu (a takim jest złamanie warunków umowy), na jej podstawie można było rozwiązać spór. Po co sporządzać umowę, która nie rozwiąże sporu w przypadku konfliktu? Swoją drogą tak się zastanawiam czy Boeing by zawarł umowę słowną z nami, w której by istniał min. punkt, że my tych planów nie będziemy publikować/kopiować. Moim skromnym zdaniem nie zawarłby. Dlatego też, czemu w jednych przypadkach umowa słowna ma obowiązywać (akurat w tych, w których jesteśmy stroną poszkodowaną), a w innych ma liczyć się tylko umowa zawarta na piśmie. Wygląda na to, że mamy umowy i „umowy” – w zależności od tego, która umowa jest nam aktualnie na rękę, tę sobie wybierzemy.

Kolejna sprawa poruszona w audycji – jeżeli skopiuję utwór chroniony prawem autorskim od kogoś, kto skopiował go wcześniej nielegalnie – łamię warunki umowy. Choć raczej tutaj chodzi o zwykłe „paserstwo”. Jak już zresztą było powiedziane w audycji, nikt ze mną (tym drugim piratem) nie zawarł żadnej umowy, najzwyczajniej w świecie okradam złodzieja. Np. można by wikileaks posądzić o łamanie praw autorskich. Publikują oni treści email, co jakby nie patrzeć, owe wiadomości są chronione prawem autorskim, jak każdy inny tekst. Pominę tutaj tajemnice korespondencji, skupię się na samym tekście zawartym w emailu. Ktoś wykradł czyjś mail. Ten ktoś złamał prawo autorskie, zwykłego copyrighta, zabraniającego mu kopiować czyjąś twórczość (a taką formą twórczości może być tekst w mailu). Teraz przychodzi wikileaks (drugi pirat) i kopiuje uprzednio pozyskaną w nielegalny sposób wiadomość, czyli naruszając tym prawa autorskie twórcy email. Może przeciwnicy wikileaks powinni przybrać taką strategię walki z tym portalem? Zamiast się bawić w tajemnice korespondencji, czy zdradę stanu, oskarżyć ich o łamanie praw autorskich i żądać ogromnych odszkodowań, bynajmniej nawet dziennikarze nie mogą piracić czyichś tekstów, które następnie oddają do publikacji.

Następna sprawa dotyczy treści, nagrywanych przez radio czy tv. Czy jeżeli nagram sobie audycję w radio, lub przekaz video z tv, który jest chroniony prawami autorskimi, to czy popełniam jakieś przestępstwo? Bynajmniej radio (ani autor utworu) nie zawarło ze mną żadnej umowy. Jednak zgodnie z zasadą „drugiego pirata” w tym przypadku utwór jest legalnie odtwarzany i logicznie rzecz biorąc mogę go skopiować, a co za tym idzie, każdy kto go skopiuje ode mnie, będzie to czynił już legalnie. Dziwnym pozostaje tylko fakt, że poprzez radio mogę słuchać i kopiować dany utwór, a nie mogę go skopiować przez np. TPB – ten sam utwór, tylko inne źródło.

A jak sprawa wygląda z zakupieniem legalnego nośnika? – w obawie o jego stan nie będę go używał. Zawartość płytki ściągnę z sieci, a sam oryginalny nośnik wsadzę za szklaną szybę. Czy mając oryginalny nośnik dopuszczam się naruszenia umowy – nielegalnego kopiowania od kogoś, kto już wcześniej nielegalnie skopiował dany nośnik?

Jedyny lek jaki widzę na zaistniałą sytuację jest wycena własności intelektualnej. To nic innego jak wycena pracy w każdym innym przypadku realnego życia. Jeżeli jakiś zespół robi grę, film, muzykę albo program, to zaprzęga do pracy ludzi. Ci ludzie poświęcają czas. Cały proces nie odbył by się też bez maszyn czy pomieszczeń – np. komputery, studio itp. To wszystko ma wartość. Oprócz tego, jak i w normalnej robocie, tak i w tym przypadku trzeba doliczyć sobie 10-15% prowizji. Jeżeli teraz czytam sobie o produkcji Wiedźmina, która kosztowała 6,5 mln dolców, to gdyby cena płytki była na poziomie 1 dolara i przy założeniu ze 7 mln ludzi by ją kupiło to panowie od Wiedźmina by byli 0,5 mln dolców do przodu. Oczywiście przy tak śmiesznej kwocie, co drugi polak by kupił tę produkcję, a pozostaje przecie jeszcze rynek zagraniczny. Problem piractwa praktycznie został by rozwiązany. Oczywiście kwota 1 dolara jest trochę niską kwotą, ale czy znacie kogoś, kto by za 5 dolców nie kupił oryginalnego wiedźmina?

I na zakończenie przydługiego już wpisu mam sytuację, która idealnie obrazuje problem praw autorskich i całej tej „własności intelektualnej”. Zdarzyła się ona podczas przygotowania do matur (tych starych jeszcze). Jako ten bardziej inteligentny przedstawiciel naszego gatunku postanowiłem rozwiązać zadania maturalne z matematyki i dać je kumplom z klasy. Oczywiście nie za darmo. Zadań było chyba 100. Zestaw wyceniłem na 50 zł, dodatkowo wynająłem pewnego człowieka, by mi te zadania rozwiązał. Zgodził się zrobić to za 100 zł. Biorąc pod uwagę fakt, że w klasie miałem 30 ludzi, to pomnożyłem sobie od razu zyski i w tej chwili miałem już 1500-100=1400 zł. Jaki był efekt? Sprzedałem dwa zestawy :] Dwa dni później miała je już cała klasa (piraci!). Zanim w ogóle doszło do sprzedaży pierwszego egzemplarza, latałem z głową w chmurach, zastanawiając się co zrobię z tymi 1400 zeta. Dla mnie to już była prawda objawiona – zarobiłem 1400 zł, nawet jeszcze nic nie zaczynając robić. Gdy się okazało, że nie dość, że nie będzie tych 1400 zł, tylko 100 zł, to jeszcze musiałem zapłacić całą kasę „współpracownikowi” – popadłem w depresję :]

Zastanawiałem się czemu ci ludzie nie szanują mojej pracy (mojej, jak mojej). Postanowiłem zaprzestać jakiejkolwiek „działalności gospodarczej” i pracy twórczej, no bo skoro mnie kopiują i ja nic z tego nie mam, i prawie popadłem w długi, to po co mam się narażać?

Parę dni później przyszedł do mnie kumpel z innej klasy i wręczył mi listę nowych zadań. Miałem sobie darować ich rozwiązywanie ale nagle doznałem olśnienia. Zrozumiałem w czym tkwił błąd. Nie było winne tutaj „piractwo”, tylko system, który zastosowałem. Postanowiłem spróbować jeszcze raz. Tym razem wyceniając swoją pracę na 350 zł, odliczając „tęgi umysł” (100 zł), miałem dostać za samo zorganizowanie tego wszystkiego 250 zł. Poszedłem więc spytać się ludzi czy chcą bym im rozwiązał te zadania. Odpowiedzieli twierdząco. Na co ja im odparłem, że chcę 350zł. Z początku mnie wyśmiali, myśleli, że chcę od każdego taką kwotę. Po ustaleniach okazało się, że mają zrobić zrzutkę na te zadania. 2 czy 3 dni później przyszli do mnie z uzbieraną kwotą, a następnego dnia dostali ode mnie po kopi rozwiązanych zadań. Miałem przy tym gdzieś co się z tymi zestawami stanie, oraz to czy będą je kopiować dalej. Ja za swój wkład zostałem nagrodzony 250zl, a mój wspólnik 100zl – wszyscy byli zadowoleni i co najważniejsze zniknął przy tym problem praw własności intelektualnej.

  • Łukasz Rożej

    Apropos „umówa użytkownika”, François-René Rideau kiedyś sobie celnie z nich zażartował:
    http://fare.livejournal.com/21806.html

  • Ja bym Wiedźmina nie kupił ani za 5$ ani nawet za 1$, chyba, że na prezent, ale skoro byłby tak tani, to raczej wstyd byłoby takie prezenty robić (chyba że droższą wersję BOX).
    W ogóle praktycznie w gry już nie gram, więc nie kupuję ani ich nie piracę.

    Co innego muzyka, oryginalnych płyt CD dużo kupuję, pomimo, że nie jestem zwolennikiem „IP”. No ale mieszkam na Zachodzie Europy i płyty tam są od 30%-50% tańsze niż w Polsce (np. 2xCD Chris Rea „The Best Of” kosztuje w promocji 6E, a bez 10E :)). Paranoja po prostu (a w ogóle to był szok cenowy dla Polaków, jak Euro było po 3,4zł :))!

    Polska: zarobki afrykańskie, ceny japońskie – dziękujemy Ci S.C. Donek-Matolek ;)…

  • Acha, raz kupiłem superokazję: Weather Report „Heavy Weather” za 2E ;)…

  • Jacek Sierpiński

    „Żyjemy w takich czasach, że forma ustna umowy jest nieakceptowalną formą podczas np. procesu sądowego.”

    To nie dokładnie tak. Forma pisemna wymagana jest w przypadku określonych rodzajów umów (w przypadku niektórych nawet forma aktu notarialnego). Jednak zasadniczo umowa ustna ma taką samą obowiązującą moc jak pisemna. Tyle, że w praktyce trudniej jest dowodzić faktu jej zawarcia oraz jej treści.

  • Morfik

    Z wiedźminem to oczywiście tylko przykład. Chciałem unaocznić fakt,że twórcy (nie tylko gier) mogą zarabiać naprawdę spore pieniążki i to przy dość drastycznym obniżeniu cen. Co do prezentów – ja uważam, że prawdziwi wyjadacze będą starać się łapać limitowane edycje kolekcjonerskie (tutaj tylko wyobraźnia ogranicza twórców), które będą zapewne dużo droższe. Chodzi tutaj o fakt, że bardzo wielu ludzi nie chce żadnych dodatków do gry czy filmu. Chcą tylko przejść grę czy obejrzeć film i te osoby nigdy nie będą wydawać kasy na „dodatki”, które w ich odczuciu nie są niczym więcej jak śmieciami…

  • master_craftsman

    przykładem bardziej na czasie jest przecież Minecraft, mechanizm opisany na Wiedźminie w przypadku Minecrafta zadziałał wzorowo

  • mnlf

    Przecież nie ma nigdzie zakazu kopiowania.
    Utwór który kopiujemy dla siebie kopiujemy zawsze legalnie, niezależnie z jakiego źródła go kopiujemy (Zostało to nawet ładnie opisane w Ustawie i nazywa się dozwolony użytek), żaden regulamin czy licencja nie może tego zmienić – bo dodatkowa licencja może tylko dodać praw ale nie może ich odebrać.

    Nielegalnym może być jedynie udostępnianie utworu drugiej osobie (i to nieznajomej bo najbliższym członkom rodziny i osobom z którymi utrzymuje się stosunki towarzyskie można legalnie udostępniać utwory).

    Jeśli jakiś pirat udostępni mi nielegalnie jakiś film to on łamie prawo a nie ja który jedynie ten film ściągam.

    Muzyka i filmy które mam na dysku są zawsze legalne niezależnie z jakiego źródła pochodzą.

    Jedynie programy są traktowane przez prawo inaczej, można je kopiować ja wszytko inne, ale aby ich używać należy poprosić o zgodę – nie zawarłeś umowy nie możesz uruchamiać.

    W przypadku programów zakupionych w sklepie warunki ustala sprzedawca w momencie zapłaty, po zapłaceniu nie może on już zmieniać warunków więc nic ponadto co ustalone zostało w sklepie nie obowiązuje – jeśli są jakieś restrykcje muszą być podane na opakowaniu tak aby były widoczne w momencie zakupu, lub sprzedawca musi o nich powiedzieć. Jeśli sprzedawca zatai jakieś ograniczenia co do sprzedawanego towaru można w ciągu 2 lat od zakupu złożyć reklamację i domagać się doprowadzenia towaru do stanu zgodnego z umową lub jeśli nie zostanie to wykonane w ciągu 14 dni, zwrotu zapłaty za towar i unieważnienia umowy.

    Do programów ściągalnych z sieci umowy dołączone są w osobnym pliku (zazwyczaj nazywa się on COPYING albo COPYING.txt ) tak, że nie trzeba niczego uruchamiać aby umowę odczytać. Nie znalazłeś pliku z licencję nie masz prawa uruchamiać (możesz najwyżej przechowywać kopię).
    To, że program potrafi wyświetlić licencję również po uruchomieniu nie ma żadnego znaczenia – służy to jedynie przypomnieniu warunków które już wcześniej zostały zaakceptowane.

    Mam nadzieję, że wyjaśniłem wszelkie wątpliwości.

  • Programy komputerowe są wyłączone z dozwolonego użytku, a więc nie można „kopiować ich jak wszystko inne”. Uruchamianie nie ma tu nic do rzeczy.

  • Morfik

    Ja bym się nie zasłaniał w tej kwestii ustawą – ustawę można zmienić i są już zapędy, by zdelegalizować dozwolony użytek osobisty… Poza tym istnieje inna kwestia – czy będąc na rodzinnym grillu, puszczę sobie muzykę i przy okazji usłyszy ją jakiś rowerzysta jadący obok mojej działki, to czy złamałem prawa autorskie? Dodam, że ten człowiek jest mi zupełnie obcy i nikt z mojej rodziny go nie zna.

    I jeszcze to:
    „Nie znalazłeś pliku z licencję nie masz prawa uruchamiać (możesz najwyżej przechowywać kopię).”

    Teoretycznie żyjemy w państwie, w którego konstytucji jest zapis o domniemaniu niewinności, co oznacza, że oskarżonemu trzeba pierw udowodnić winę. Bez udowodnienia winy nie można mówić, że ten ktoś popełnił przestępstwo. A kto i w jaki sposób mi udowodni, że uruchomiłem oprogramowanie zawarte w tej kopi? To tak jakby zgwałcić kobietę, a ona sama nie ma pojęcia kto to był, kiedy to było, o jakiej porze i w jakim miejscu, a całe wydarzenie odbyło się bez żadnych świadków i jakichkolwiek dowodów natury biologicznej – coś ala niepokalane poczęcie tyle że bez dziecka :]

  • Rafał

    Najbardziej śmieszą te wszystkie jęki kopyrastów*, że jakoby brak praw autorskich miałby zabić sztukę. Tak się jednak składa, że okres największego rozkwitu europejskiej muzyki to XVII-XIX, czyli czasy, kiedy kompozytorzy pisali na zamówienie teatrów i bogatych ludzi a wykonawcy zarabiali na wyłącznie na występach. Teraz kultura ma się podobno o wiele lepiej, bo chroni ją prawo, tylko dlaczego jakieś 99% publikowanych obecnie dzieł to skrajnie prymitywne wypociny nieuków?

    *z ros. копирасты. Spolszczona wersja też nieźle brzmi. 🙂

  • lubię się czepiać

    Niepokalane poczęcie oznacza poczęcie bez grzechu pierworodnego, a nie to co myślisz zboczuchu 🙂

  • master_craftsman

    ten wpis oraz audycja w kontestacji wyjaśniły mi kwestie rynku i praw…

    upraszczając: przeciętna wytwórnia/wytwórca utworów i dzieł(muzyki, filmów,programów,etc), widzi relacje z klientami jako umowę leasingową – oni dzierżawią klientom pewne określone prawa do użytkowania „dzieł”.

    niestety, forma umów, która najczęściej wygląda jak transakcja kupna-sprzedaży wskazuje na popełnianie przez wytwórnie/producentów masowego przestępstwa oszustwa z zamiarem wyłudzenia.
    ba, jest to przestępstwo – oszustwo z zamiarem wyłudzenia.

    kupno-sprzedaż, zwyczajowo jest transakcją powodującą nabycie pełnych praw właściciela przez kupującego.

    w tej chwili klienci masowo wprowadzani są w błąd.

    mimo, że to kolejny papier – powinien być obowiązek podawania w widocznym miejscu na każdym produktem objętym prawami autorskimi, co właściwie kupujemy.

    przykład, jak to powinno wyglądać: film – piraci z karaibów ” na okładce obowiązkowo wielka nalepka – „kliencie, płacąc 19,99, kupujesz czystą płytę CD oraz dzierżawisz prawo do oglądania nagranego na płycie filmu, na określonych warunkach, wymienionych na tylnej okładce tego pudełka”.
    dixit.

  • Morfik

    Ja chciałbym tylko dodać, że gdyby ludzie przed „zakupem” dowiedzieli się, że nabyta płytka nie jest ich własnością, wtedy nikt by jej nie kupił. To tak jakbym poszedł do salonu i kupił samochód. Po dokonaniu opłaty dostałbym kluczyki, diler pogratulowałby mi transakcji po czym bym podszedł do samochodu w celu włożenia kluczyków do zamka, a tam na masce albo szybie samochodu widnieje karteczka, że otwierając te samochód akceptujesz jakieś tam warunki, których w umowie kupna samochodu nie było :] Niby kupiłem samochód ale nie mógłbym go używać póki bym nie zaakceptował licencji… Czy ktoś by zdecydował się na zakup czegoś takiego?