Kopyrajtowa cenzura

To, że prawa autorskie mogą dawać rozmaitym organizacjom uprawnienia cenzorskie mówi się od jakiegoś czasu. Były przykłady wstrzymywania publikacji książek, gdyż ktoś rościł sobie prawa do czyjegoś dzieła, a ostatnio mamy ciekawy przykład dotyczący filmu Sita sings the blues. Filmu, o którym już pisałem.

Film jest swobodnie dostępny w całości na YouTube, gdyż jest to dzieło dystrybuowane na bardzo wolnej licencji CC. Autorka poświęciła sporą sumę własnych pieniędzy i znaczny wysiłek organizacyjny, aby uwolnić zawartą w filmie muzykę z jarzma praw autorskich. Jej umowa z Sony opiewa na terytorium całego świata, ale organizacja zarządzania prawami autorskimi w Niemczech – GEMA – ma na ten temat inne zdanie i zablokowała dostęp do filmu użytkownikom z Niemiec. Oczywiście twierdząc, że film nie został poprawnie wylicencjonowany, czyli GEMA nie dostała haraczu, który jej się zupełnie zresztą nie należy.

Oczywiście niemieckie zapisy prawne dotyczące organizacji zbiorowego zarządzania mogą twierdzić coś innego i dawać organizacji GEMA prawa cenzurowania materiałów, których twórcy nie zapłacą haraczu, ale to jedynie jest świetny przykład, że w prawach autorskich wcale nie chodzi o autorów – w tym wypadku Nina Paley nie życzy sobie, aby GEMA działała w jej imieniu – ale chodzi o kontrolę tego, jak korzystamy z własnych urządzeń oraz z opłacanych przez nas łączy.

8 myśli na temat “Kopyrajtowa cenzura”

  1. Good point w sumie. Mniejsza o preferencje, jednym się podoba Passenger lub nie, innym Sita Sing Blues, niektórzy uważają że obydwa filmiki są słabe itp.
    Ale z całą pewnością stanowisko „Należy nam się haracz od tego od kogo uda się zabrać bo inaczej zablokujemy” to wyjątkowo paskudne obrzydlistwo.

  2. Obstawiam, że słynny filmik Bagińskiego o polskiej prezydencji też nie zapłacił haraczu dla GEMA, ciekawe czy jego też w Niemczech zablokowali. Mamy nową formę nielegalnych treści – nielegalne to te, za które nie zapłacono haraczu lokalnym grabieżcom. Jeżeli wyjadę za granicę Niemiec czy UE, kupię sobie jakiś filmik i przywiozę, to będę go nielegalnie posiadał i oglądał, no chyba że na granicy nałożą mi haracz.. masakra.. gdzieś, może nawet u Pana tutaj, czytałem o specjalnym druku w PL czy UE, który trzeba wypełnić WYWOŻĄC aparat fotograficzny lub kamerę wyjeżdżając na wakacje – ponieaż jeżeli się nie wypełni, to istnieje możliwość że w momencie powrotu sprzęt zostanie potraktowany jako zakupiony „za granicą” i zostanie od niego naliczone cło – rzecz jasna w „sprawiedliwej” wysokości, podobnie jak od samochodu którego nie ma w tabeli Urzędu Skarbowego :/

  3. Hmmmm. Wolny rynek bez „własności intelektualnej”

    http://polygamia.pl/Polygamia/1,96455,9972861,Opowiesci_z_krypty__Pod_piracka_bandera.html

    tego chcemy? Jak się tak zastanowić, te kasety i gierki na ośmiobitowe sprzęty, mapasoft, i tak dalej, to był właśnie wolny rynek i zero klimatów z „własnością intelektualną”.

    Artykuł jest oczywiście tendencyjny, owe piractwo wynikało częściowo z braku dostępności oprogramowania, kto widział w PL w sklepie, choćby i w peweksie, oryginalną wersję RiverRaid, czy czegoś takiego?

    Nawiasem mówiąc, z tego co pamiętam, gry DOSTĘPNE na polskim rynku ( w praktyce te polskie, czyli LK. Avalon ) to nie przypominam sobie, żebym chociaż raz „przegrywał”. Pojawiła się wieść w czasopiśmie to się szło do sklepu i kupowało. Coś mi się majaczy, że bodaj „Klątwa” to była pierwsza której się nie dało „po prostu” skopiować ( zabezpieczenie polegało bodaj na zapisie w sektorach dyskietki niedostępnych w normalny sposób ), no ale faktem jest, że kopiowanie tych gier, dostępnych w sklepie za parę groszy, było zjawiskiem marginalnym, temat „Klątwy” wyszedł bo się nie dało łatwo skopiować w domu, te dyskietki padały jak muchy, więc kupując grę, jeżeli była szczególnie dobra, robiło się kopię. Różne gry w podstawówce wymieniałem z kolegami, nagrywałem z radia itp, ale „AD2044”, „Klątwę” czy „Robbo”, powiedzmy sobie szczerze, praktycznie każdy miał oryginalną, nie było większego sensu bujać się z przegrywaniem..

    Atmosfera wszelakich „Mapasoftów” ( krakowska firma na Kościuszki ), czy giełdy pod Elbudem wcale nie była aż tak super jak mogłoby się wydawać, nie ulegajmy czarowi wspomnień, była tam masa koszmarnie ściśniętych ludzi, jakieś megakolejki, setki czy tysiące tych gier „do wyboru”, większość zresztą fatalna. W takim „Mapasofcie” można było zestawić sobie listę gier i zlecić nagranie „custom set”, jakbyśmy to dziś powiedzieli ( w systemie magnetofonowym „turbo” ). Ale w praktyce była to atmosfera tandety, na giełdzie krążyli kieszonkowcy, a wśród sprzedających było mnóstwo oszustów i cwaniakow. Dość łatwo było się naciąć na zakup uszkodzonego sprzętu lub nośnika..

    Co by nie powiedzieć, był to ściśle rzecz biorąc wolny rynek, ściśle rzecz biorąc całkowicie wolny od tego co dziś nazywa się „własnością intelektualną”.

  4. Przeważająca większość gier, o czym się już dziś nie pamięta, miała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, „słabą grywalność”. Pamięta się kilkadziesiąt najlepszych, ale wszystkich były przecież tysiące, pewnie z 90-95% były po prostu beznadziejne. Nie podejrzewam, żeby „dobra” gra to było złudzenie wynikające z tego że grało się w nią z kolegami. Grało się z kolegami w najlepsze gry, a nie odwrotnie, tzn to jednak gry decydowały o tym które były najlepsze, fajne towarzystwo nie czyniło z każdego badziewia „hitu wieczoru”..

  5. Chociaż pewne podobieństwa do dzisiejszej sytuacji są, o tym, że się kupiło badziewia / padło ofiarą oszusta („marketingu” jak to sie dziś mówi), dowiadujemy się dopiero w domu, bo „skarb” jaki „upolowaliśmy” okazuje się nie mieć „tego czegoś” czego się spodziewaliśmy. Wszystkiego sprawdzić się nie da, funkcji i możliwości jest tyle, że wystarczająco często, żeby zapamiętać to przykre uczucie, dowiadujemy się że coś z czymś, lub coś w czymś jednak nie działa, mimo że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że działać ( mieć funkcję XYZ która nas interesuje ) będzie..

  6. Dzisiejszy rynek, i to nie tylko IT, polega na podbijaniu ceny wszelkimi metodami – cena produktu nie ma praktycznie nic wspólnego z samym produktem, ani koszta produkcji, ani zyski, ani jego jakość, uzyskiwana cena końcowa w przeważającej ( i przerażającej ) większości jest efektem „łowienia klienta”. „Własność intelektualna” to po prostu jedna z metod osiągania dochodu w warunkach, w których jedynym „dobrem rzadkim” jest dochód uzyskiwany bez pracy. Wedle dzisiejszych reguł jakaś obiektywna wartość przedmiotu zakupu tak naprawdę nie istnieje, a skoro nie istnieje, no to nie ma się co dziwić – że nie istnieje. Hipotetyczne wyleczenie „rynku” z „własności intelektualnej” trochę jakby omija istotę rzeczy..
    Przepraszam że się tak rozpisałem, trochę nie na temat.. ale pomyślałem, że z kim jak z kim, ale z Panem, Panie Maćku, to warto refleksje na ten temat wymienić 🙂

  7. Jeszcze jedno – tak myślę i myślę o tym przypadku „Passengera”, temat dość znany. Gość ewidentnie przegiął z biznesowego punktu widzenia. Ale wie Pan co? Nie wiem jak inni ludzie, ale stwierdzam, że ja chyba wolałbym zapłacić 50 dolarów za „autoryzowaną”/”legalną”/”niewłasnościową intelektualne” kopię „Passengera” niż za bilet do kina na kolejną wersję harry pottera. Nawet jeżeli z punktu widzenia dzisiejszego rynku jest to kompletnie bez sensu.

Możliwość komentowania jest wyłączona.