Postęp technologiczny

Jakiś czas temu (jak się okazuje już prawie 2,5 roku) przyglądałem się dyskusji w serwisie Slashdot poświęconej procesowi, który wtedy artysta Prince chciał wytoczyć serwisowi The Pirate Bay. Spodobało mi się kilka komentarzy anty-IP, które pozwolę sobie teraz tutaj zacytować w moim, jakże nieudolnym, tłumaczeniu.

A czym dokładnie jest według ciebie ten „postęp”?

To przejście od modelu biznesowego opartego na prawach autorskich, gdzie artyści są opłacani za wykonywanie kopii (i muszą nieźle się natrudzić, aby powstrzymać wszystkich innych od robienia własnych kopii), do modelu biznesowego opartego o usługi, gdzie artyści są bezpośrednio opłacani za tworzenie czy wykonywanie swoich dzieł (i nie muszą martwić się kopiowaniem, gdyż zostaną opłaceni przed tym, gdy wszyscy otrzymają dostęp do ich dzieł).

Co stanie się z artystą, który będzie chciał tylko nagrać płytę: kto zapłaci za taki “występ” i ile? Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?

Przykro mi, ale ten rodzaj „artystów” już spóźnił się na statek, chcąc otrzymywać wynagrodzenie za swoje wysiłki – świat właśnie przepłynął obok.
Występy na żywo to obecnie jedyna metoda zarabiania pieniędzy, i tylko dlatego że nagrania pozwalały zarabiać w ubiegłym wieku, nie oznacza, że istnieje automatyczne prawo do zarabiania na nagraniach w obecnym wieku.

To postęp technologiczny – pogódź się z tym.

Co stanie się z artystą, który będzie chciał tylko nagrać płytę: kto zapłaci za taki “występ” i ile? Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?

Ktokolwiek, kto chce, aby nagrał płytę i zechce mu za to zapłacić. Najbardziej prawdopodobne, że będzie to grupa fanów robiących na ten cel zrzutkę.

Oczywiście, istnieje prawdopodobieństwo, że nie będzie wystarczająco wielu chętnych do zapłaty za płytę, co oznacza, że powinien znaleźć sobie jakieś inne zajęcie. Artysta, któremu nikt nie chce płacić, jedzie na takim samym koniu jak fryzjer czy architekt, którym nikt nie chce płacić.

Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?

Nic nie sugeruję w kwestii wartości. Wszystko, co robisz jest na tyle „wartościowe”, na ile znajdą się chętni, aby za to zapłacić. Obecnie coraz mniej ludzi jest chętnych do płacenia za wykonywanie kopii, bo nie tam rodzi się prawdziwa wartość: pochodzi ona z oryginalnego aktu komponowania, nagrywania i wykonywania.

Artysta może wybrać sobie sposób dystrybucji. Jeśli chce rozpowszechniać swobodnie i zarabiać na koncertach, to może wybrać sobie licencję Creative Commons i mieć to z głowy. Jeśli wybierze sobie innych sposób, to jest to jego wybór.

A czy artysta, na ten przykład, może rozpowszechniać poprzez wynajęcie uzbrojonych ludzi, który będą publicznie prezentować jego muzykę, a następnie żądać od przechodniów zapłaty za przyjemność słuchania? Nie. Istnieją ograniczenia tego, co wolno artyście. Są granice, które nie pozwalają mu naruszać prawa innych w sposobie wybranej dystrybucji (w tym przypadku definiuję „prawo” jako „pozwolenie na zrobienie czegoś, co jestem w stanie zrobić”). Na przykład, nie wolno mu zabraniać innym słuchania jego muzyki w mojej obecności, ani też zabraniania mi przekazywania tego prawa innym.

Głównie dlatego, że byłoby to uznane za absurd. Nie muszę słuchać swoich płyt jedynie w słuchawkach i mogę je sprzedawać. Niezależnie czy się z tym zgadzasz, czy nie, ważne są następujące kwestie:

  1. Artyście nie posiadają wyłącznej kontroli nad sposobami dystrybucji. Jedyna rzecz, które całkowicie kontrolują, to wybór czy w ogóle dystrybuować czy nie.
  2. Rozszerzanie zasięgu kontroli dystrybucji oznacza ograniczanie praw odbiorców.
  3. Wyznaczona granica w odniesieniu do wzajemnie wykluczających się praw (w tym wypadku praw do dystrybucji) jest wyznaczona przez prawo (to jest poprzez teoretycznie publiczną decyzję), a nie jest czymś wbudowanym w podstawy ludzkości.

Jako twórca, ma on swobodę wyboru i nie mamy prawa dyktować mu, co zrobić. Jeśli nie podobają nam się jego zasady, nie musimy słuchać jego muzyki.

Nie wierzę, że ma tę swobodę. Zakładasz, że punkt 3 jest ustalany we właściwy sposób, albo że jest to jakieś przyrodzone prawo twórcy, co byłoby niemoralne.

Nikt nie przykłada ci pistoletu do głowy zmuszając do słuchania Purple Rain.

… i codziennie budzę się z uśmiechem na twarzy, bo wiem, że będzie to kolejny dzień, w którym nie będę musiał słuchać Purple Rain.

Artysta może wybrać sobie sposób dystrybucji. Jeśli chce rozpowszechniać swobodnie i zarabiać na koncertach, to może wybrać sobie licencję Creative Commons i mieć to z głowy. Jeśli wybierze sobie innych sposób, to jest to jego wybór. Jako twórca, ma wolność wyboru, i nie jest naszym prawem dyktować mu, co ma robić.

Tak, zgadzam się, że ma prawo zdecydować jak chce rozpowszechniać swoje dzieła. I także uważam, że ty masz prawo decydować jak rozpowszechniać jego dzieła i ja mam prawo decydować jak ja rozpowszechniam jego dzieła. Nie zamierzam mu tego dyktować, dopóki on nie będzie tego dyktował tobie, mnie czy komukolwiek innemu.

Nikt nie przykłada ci pistoletu do głowy zmuszając do słuchania Purple Rain.

Jednak przykładali nam pistolety do głów i próbowali zmusić nas, abyśmy nie używali własnych nagrywarek CD i internetu do reprodukowania pewnych liczb. To jest tak samo złe.

Czuję, że ludzie powinni otrzymywać zapłatę za swoją prace, i gdy w końcu będę mógł zamówić 3 sezon na DVD, to zrobię to.

Całkowicie zgadzam się, że ludzie powinni otrzymywać zapłatę za swoją pracę. Ale wykonywanie kopii to nie jest praca, którą wykonuje artysta, ale to praca dla tresowanej małpy i komputera, i nie mam chęci płacić komuś za kopię, skoro mogę znaleźć tysiące ludzi chętnych do zrobienia mi tej kopii za darmo. Artyści powinni otrzymywać zapłatę za pracę, do której posiadają unikatowe kwalifikacje – komponowanie, nagrywanie czy wykonywanie – bezpośrednio pobierając za to opłaty.

Wiele z tej moralizatorskiej postawy The Pirate Bay i ich zwolenników to zwykła przykrywka dla „jestem zwykłym skąpcem i nie chcę płacić za rozrywkę”.

Wiele też zasadza się na poglądach, które nie mają nic wspólnego ze skąpstwem, a z prawami człowieka, wolnością słowa i frustracją związaną z popieraniem pieniędzmi podatników niedającego się dalej utrzymywać modelu biznesowego przemysłu rozrywkowego.

Załóżmy, że artysta wybrał […] licencję Creative Commons Uznanie Autorstwa-Użycie Niekomercyjne-Na Tych Samych Warunkach. Czy masz obowiązek postępować zgodnie z postanowieniami tej licencji? Zgodnie z tym, co piszesz powyżej, masz kompletną swobodę użycia dzieła do celów komercyjnych.

Zgadza się. O ile nie podaję się za autora czyjegoś dzieła – co byłoby oszustwem – uważam, że nie powinno być żadnych ograniczeń w kwestii jak je dystrybuuję.

A co, jeśli on nie chce, aby powstawały dzieła zależne?

To powinien zatrzymać swoje dzieło dla siebie.

A tak w ogóle, to co on sobie myśli: że jest Zeusem, który sprawia, że w jego umyśle pojawiają się kompletnie nowe pomysły, całkowicie uformowane? Kto na tym padole może szczerze powiedzieć, że jego dzieło nie są w jakiś sposób zależne od innych? Jeśli zamierzasz tworzyć na bazie dzieł innych, to możesz spodziewać się, że inni będą także tworzyć na bazie twojej twórczości.

Przyjmijmy, że ktoś rozpowszechnia kod z licencją GPL. GPL to licencja z bardzo ostrymi zasadami. Powiedzmy, że nie jest ci na rękę, że ten kod ma licencję GPL. Czy masz prawo zignorować licencję i dołączyć ten kod do kodu zamkniętego?

Tak. Ale także każdy ma prawo do wzięcia aplikacji opartej o zamknięty kod i dzielić się nią swobodnie z innymi, poddać ją inżynierii wstecznej, rozpowszechniać zdekompilowany kod, tworzyć dzieła zależne, itd.

A tu niespodzianka… GPL działa dzięki prawom autorskim. Jeśli byś tak uczynił, to będzie to naruszenie prawa autorskich.

GPL próbuje głównie przywrócić wolności, które zabierają prawa autorskie.

Próbuje także pójść nieco dalej, ale ja jestem w stanie zrezygnować z gwarancji dostępu do zmodyfikowanego kodu w zamian za korzyści z likwidacji praw autorskich (RMS nie zgodzi się ze mną, ale cóż).

Artyści skarżą się na to, że kradnie się ich dzieła i opowiadają wiele strasznych historii o tym, że ktoś nie zapłacił im honorariów, czy że ktoś użył ich dzieł nie podając autorstwa i nie kompensując im tego.

Nie wypłacenie honorarium = złamanie umowy. Użycie czyjegoś dzieła jako własnego = oszustwo. Nie potrzeba praw autorskich, aby ustrzec się przed jednym i drugim.

Proszę uszanuj ich prawa jako ludzi zanim uczynisz ich jedynie pobocznymi ofiarami w swojej „moralnej” krucjacie.

Szanuję. Nie wierzę jedynie, że do tych praw zalicza się „prawo” zabraniania innym komunikować się, czy prawo do domagania się dochodu, gdy ktoś skorzysta z pracy, którą wykonało się w przeszłości.

Tak czy inaczej, cynicznie patrząc, nie uważam, że w tej krucjacie jest cokolwiek moralnego.

Nie tak będzie – podobnie ja oceniam twoją stronę. Jestem przekonany, że zwolennicy praw autorskich, niezależnie od prezentowanej postawy w kwestii „praw”, tak naprawdę są głównie motywowani chciwością, lenistwem i zazdrosnym pożądaniem możliwości zabraniania innym cieszenia się z czegokolwiek, o ile (zwolennicy) nie będą mieli udziału w tej radości.

Albo może ja o prostu nie chcę, aby moje dzieło było używane na pewne sposoby i koniec. […] Przypuśćmy, że jesteś przeciwnikiem wojska i stworzyłeś jakiś komponent użyteczny w silnikach do gier, np. kod sztucznej inteligencji i niech chcesz, aby używało go wojsko.

Nie robi to na mnie wrażenia. Dlaczego miałbyś móc dyktować jak ludzie będą używać kodu, który opublikowałeś?

Jeśli chcesz mieć kontrolę nad swoim kodem, zatrzymaj go dla siebie. Jak go opublikujesz, jest poza twoim zasięgiem. Jeśli martwi cię wojskowe zastosowanie kodu, to może nie powinieneś pisać niczego, co może się im przydać? Mojego oprogramowania używali ludzie, których nie lubię, w celach, których nie aprobuję, ale nie moją rolą jest ich osądzać. Jestem programistą, a nie kaznodzieją.

A więc znasz zawodowego artystę? Czy zapytałeś go kiedykolwiek jakby się czuł, jeśli wszystko, co stworzył przechodziło od razu do domeny publicznej? Żaden z tych, których znam (trzech pianistów z rodziny) nie byłby szczęśliwy z tego powodu.

Pewnie, niektórzy nie byliby szczęśliwi. Ale wiesz co? Mnóstwo ludzie obecnie nie jest szczęśliwych z powodu praw autorskich i z pewnością jest ich więcej niż zawodowych artystów. Jeśli celem prawa byłaby maksymalizacja szczęśliwości, to użytkownicy P2P wygraliby olbrzymią przewagą.

Ale celem prawa nie jest sprawianie, by ludzie byli szczęśliwi, ale gwarantowanie pewnych praw, i w mojej opinii, prawo do swobodnego dzielenia się informacją jest znacznie ważniejsze niż postulowane prawo do sprzedawania kopii.

17 myśli na temat “Postęp technologiczny”

  1. Sytuacja z tymi prawami autorskimi, intelektualnymi itp. jest bardzo skomplikowana – i jednocześnie nadzwyczaj prosta.
    A artyści po prostu przywykli do tego, że stosunkowo łatwo uzyskiwali bardzo duże dochody, kontrolując sprzedaż nośników, i teraz wyciągają wszelkie argumenty, żeby po prostu nie musieć się wysilać. Dochody z tej kontroli były tak duże, że różne instytucje typu ZAIKS, w tym państwowe udzielające „koncesji”, a później prywatni dystrybutorzy – narzucili artystom taki haracz, że artyści z kolei zbiednieli. No i teraz ci artyści niejako „płaczą” na samą myśl, że złota kura przestała znosić złote jajka, a obecnie nawet kurę im się chce jakoby odebrać.
    Wszystko to jest trochę akademicką dyskusją – rzeczywistość dzieje się sama, i niezależnie od tego jak i przeciwko czemu artyści bądź dystrybutorzy, czy wydawcy będą protestować – prędzej czy później rzeczywistość ich przerośnie, Niektórzy ją dogonią, inni nie.
    Trudno mi tylko ocenić, Panie Maćku, na ile Pan zdaje sobie sprawę na jakim poziomie abstrakcji żyją artyści, jak odległym od kwestii internetu, informatyki itd – jako informatyk sądzę, że jednak coś na ten temat Pan wie.. rozmawianie z pewnymi ludźmi na temat informatyki, komputerów, internetu, jakiegoś, bo ja wiem, paradygmatu P2P czy czegoś takiego, przypomina rozmawianie o Linuksie z urzędnikami urzędu skarbowego. To nawet nie jest kwestia „niewiedzy”, że oni nie wiedzą czym się różni np. system operacyjny od programu służacego do czegoś, albo czym się różni internet od ikonki na pulpicie – oni po prostu żyją na innym poziomie abstrakcji – można im powiedzieć że system to jest to a to, a program to jest co innego, różnią się tym a tym, i tak dalej, oni to usłyszą, zapamiętają, ale nic z tego szczególnie nie wyniknie – nadal będą twierdzić to co twierdzili, powołując się na jakieś mniemanie nie mające nic do rzeczy. Coś jakby próbowali wytłumaczyć programowi komputerowemu, że ustawa mówi że on ma działać. I tak mniej więcej wygląda dyskusja z artystami nt. internetu czy P2P czy czegos.
    Rzeczywistość prędzej czy później ich dopadnie. Ale tych, którzy na własne ryzyko chcą jej zaprzeczać – należy chyba zostawić w spokoju..

  2. Bardzo wielu różnych artystów średniej klasy wyżyło / utrzymało się wyłącznie dlatego, że w związku z mechanizmami kontroli o których Pan pisze, za pomocą różnych sztuczek manipulacyjnych, marketingowych itp. ludzie kupili ich utwory, chociaż tak naprawdę nie uważali ich za wartych kupna. Innymi słowy osiągnęli pewien status „artysty” jakkolwiek on jest prze nich rozumiany wyłącznie dlatego, że udało im się zawęzić czyjś obszar postrzegania do swojego własnego. Dla tych ludzi kwestie związane z utratą kontroli oznaczają po prostu śmierć – odcięcie od źródła utrzymania. Trzeba być artystą wysokiej klasy, żeby RZECZYWIŚCIE istniało tylu ludzi, żeby artysta utrzymał się z „bycia artystą”, bez narzędzi kontroli. Takich ludzi Pan nie przekona żadną argumentacją, i oni we własnym gronie – w dodatku dość licznym – będą do ostatniej kropli krwi opierać się rzeczywistości, ponieważ, jak się rzekło – dla nich ten „nowy porządek”, zmieniająca się rzeczywistość po prostu jest równoznaczna z jakimś odpowiednikiem „politycznej śmierci”, jak się to określa w polityce – z zejściem ze sceny, odejściem w cień, zniknięciem ze świecznika, na którym, jak sądzili, będą już siedzieć wygodnie do końca swojego życia. I w pewnym sensie tak właśnie będzie.. ponieważ jest całkiem prawdopodobne, że „zejście ze świecznika” doprowadzi tych ludzi do degeneracji czy śmierci w całkiem realnym wymiarze. Nieuchronnie i w sposób nie do uniknięcia..

  3. ..a różni bałwochwalczy piewcy ich interesów, wszelakie zaiksy itp, którzy dotąd żyli i pasożytowali na nich jak małe, pasożytnicze rybki na brzuchach rekinów – będą im dzielnie sekundować w tym zaprzeczaniu rzeczywistości, a koniec końców razem z nimi pójdą na dno.. szczęśliwego Nowego Roku, Panie Maćku, dobranoc 😉

  4. Nie chce mi się wszystkiego komentować mimo że się nie zgadzam z wieloma punktami 🙂 Zwrócę tylko uwagę na niekonsekwencje w odpowiedzi:

    „Kto na tym padole może szczerze powiedzieć, że jego dzieło nie są w jakiś sposób zależne od innych?”

    „Nie wypłacenie honorarium = złamanie umowy. Użycie czyjegoś dzieła jako własnego = oszustwo. Nie potrzeba praw autorskich, aby ustrzec się przed jednym i drugim.”

    Te dwie wypowiedzi (zakładam że tej samej osoby) się wykluczają. Można użyć czyjegoś dzieła a potem iść w zaparte że jest tylko „zależne” i „podobne do pierwowzoru” i w ten sposób unikać wywiązania się z umowy.

  5. Typowy przypadek osobnika jakiego opisałem – vide ostatnia niesławna kampania Pana Żakowskiego, Jacka, na temat „chamstwa w Internecie”, które należy bezwzględnie plenić, a zatem ścisłej kontroli poddawać, i tak dalej i tak dalej. To już nie jest ignorancja, zła wola, perfidia, błąd rozumowania czy zwykła głupota. To jest inny poziom abstrakcji, jaki rodzaj dyskusji o P2P, „prawach autorskich”, licencjach GPL czy Creative Commons, ich wadach, zaletach i róznicach – można z kimś takim prowadzić? Nawet porównanie do rozmowy ze ślepym o kolorach nie oddaje tu istoty rzeczy, raczej by trzeba porównać do dyskusji z daltonistą o zapachu koloru czerwonego. Albo do dyskusji z głuchym, ślepym i niemową pt. „czy smak słodki ma kolor zielony”..

  6. Moja ulubiona analogia – rozmawianie z takimi ludźmi przypomina udowadnianie Panu Maluśkiewiczowi, że siedzi na wielorybie, podczas kiedy główny i w zasadzie jedyny powodem jego przekonania jest właśnie to, że na nim siedzi, a poza wieloryba wzrokiem nie sięga – stąd głos który go dochodzi siłą rzeczy interpretuje jako również od innego mieszkańca wieloryba pochodzący.. nie ten poziom abstrakcji 🙂

  7. Aktorzy kina niemego też protestowali przeciwko udźwiękowieniu filmów, rzekomo miało to zniszczyć kinematografię.
    W rzeczywistości wielu z nich dobrze grało mimiką, ale z głosem i dykcją było gorzej. Postęp technologiczny usunął wielu z nich w cień, no cóż, trudno…
    A może trzeba było nie dopuścić do pojawienia się dźwięku w filmach? 🙂

    Taki sam los spotka różnych artystów, którzy utrzymują się tylko z tego, że popuszczają ich trochę w radio.

  8. Piszecie, że w systemie wolnorynkowym utrzymają się wyłącznie wybitni artyści, średniacy i słabsi zginą ale… nie macie racji.
    W gruncie rzeczy takie twierdzenie, to stanie po stronie zwolenników ZAIKSów- a to dlatego, że każdy musi być słaby i średni, zanim stanie się wybitny. No a jeść przez ten czas musi, zgadza się? Stąd ZAIKsy czy RIAA robią dobrą robotę?
    Użycie nieprawdziwego argumentu zawsze prowadzi do nieprawdziwych wniosków.
    W rzeczywistości ilość piosenkarzy, pisarzy czy rzeźbiarzy NIE zmniejszyłaby się wogóle (może wyłącznie o tych, którzy nie posiadając ani krzty pasji czy talentu liczą na granty).
    Czy naprawdę sądzicie, że młodemu talentowi przyświeca inna myśl w głowie niż bycie najlepszym, lub sama chęć tworzenia? Sądzicie, że nastolatek chwytający za pędzel myśli o bogactwie w wieku 30 lat? Otóż przez cały czas istnienia ludzkości pojawiali się rzeźbiarze, malarze, poeci czy muzycy, którzy po prostu robili co chcieli robić- a większość z nich żyła z tej pasji lub pasją uzupełniała życie.
    Nigdy nikt tego nie policzył ale wg mnie, a sądzę, że mam bezwzględnie rację, ilość artystów w społeczeństwie, w przeciągu wszystkich tysięty lat istnienia ludzkości- jest mniej-więcej STAŁA. Mniej w czasach biedy, więcej w czasach dobrobytu- ponieważ sztuka jest składnikiem kultury wyższej a na tę jest zwiększony popyt w bogatych społeczeństwach.
    Wniosek jest prosty- jeśli ktoś uznaje, jak większość czytelników tego bloga, jak sądzę, że kapitalizm zwiększa zamożność społeczeństw, to kapitalizm zwiększa również (i to w sposób nieliniowy) ilość oraz jakość artystów.

  9. A kto twierdzi, że artyści wyginą? Bycie artystą a zarabianie za swoją sztukę to dwie różne sprawy. Niezależnie od systemu ochrony praw autorskich istnieli i będą istnieć wybitni artyści, którzy nie będą w stanie wyżyć ze swojej sztuki, jak i mierni artyści zarabiający kokosy.

    System praw autorskich absolutnie nie zapewnia, że artysta będzie zarabiał właśnie dzięki temu monopolowi.

  10. Niech wygra najlepszy 🙂 Na dobrą sprawę można te kwestię postępującej rewolucji użytkowo-patentowo-autorskiej widzieć na dwa sposoby

    1) Dzięki nowym technologiom wstępujemy w nowy rozdział rozwoju ludzkości, w którym z natury rzeczy pojęcia takie jak prawo własności ulega przedefiniowaniu w związku z utratą materialnego charakteru posiadanej rzeczy. Mieć np. książkę lub film oznaczało dotąd mieć pewien przedmiot, a będzie oznaczać, czy to komu na rękę czy nie – mieć idealną kopię której wykonanie nie wymaga de facto szczególnej wiedzy koniecznej do stworzenia oryginału. Oczywiście taką wizję będą promować beneficjenci tej zmiany, czyli usersi, stąd mój prywatny stosunek do tego zjawiska jest właśnie taki.

    2) Nowe technologie, podobnie jak wirtualna bankowość, razem z pewnymi niewielkimi pożytkami ( nie trzeba chodzić do banku ), rozwiązując problemy których wcześniej nie było ( ogólny „brak czasu” ) – razem z małym pożytkiem przynoszą nieadekwatnie wielki syf. Dzięki „nowej” technologii zyskuję ponieważ nie muszę się fatygować do banku, ale jednocześnie pojawia się nieadekwatna ilość „syfu” w postaci możliwości globalnych manipulacji finansowych – pieniądze odtąd są ściśle rzecz biorąc wirtualne. Znikają pewne przyczyny naturalnie ograniczające ilość syfu – nawet umownie mowiąc „złodziej” nie był w stanie posiadać miliona filmów, bo po prostu nie miał gdzie zmieścić miliona przedmiotów. Tę wersję będą oczywiście promować ci którzy na tej zmianie tracą, czyli realizatorzy/wykonawcy/producenci oraz stada pasożytów dotąd bezkarnie żerujących na nich, i na odbiorcach końcowych.

    Jakkolwiek to widzieć, obiektywnie rzecz biorąc – pewne naturalne, zdroworozsądkowe bariery – znikają. Póki pieniądze sprowadzały się do złota, miał je ten kto je wydobył jakimś wysiłkiem nie do uniknięcia, albo uzyskał od tego kto wydobył ( pobierając zapłatę w drodze wymiany, lub rabując siłą ) Póki własność sprowadzała się do posiadania przedmiotu na półce lub w kieszeni – „miał” ten kto książkę kupił w sklepie albo komuś ukradł.

    Ale nadal, czy ktoś kupił ( uczciwie ), czy ukradł ( nieuczciwie ) – nie był w stanie posiadać większej ilości dóbr niż rzeczywiście potrzebował / mógł wykorzystać ( czy to złota, czy to książek lub filmów ).
    Zapędzając się w pochwałach dla pożytków rewolucji technologicznej, pamiętajmy o kosztach – wprawdzie ja jestem w stanie kupić kopię czegoś za 1zł lub wynieść ją bezpłatnie przez kabel z domu twórcy ( za jego zgodą lub nie ), i to jest dla mnie pewien pożytek ( abstrahując od kwestii uczciwości odnoszonej do drogi uzyskania tego pożytku) – ale jednocześnie ktoś, kogo intencje są niewątpliwie złe – zyskał możliwość kradzieży na niewyobrażalną dotąd skalę. Jakkolwiek dana osoba definiuje „kradzież” – czy to jako wyniesienie książki z czyjegoś domu lub przywłaszczenie jej sobie w blibiotece, albo ( jak różne ryje ( RIEE ) – poprzez wykonanie elektronicznej kopii, „kradzież” w jakimś sensie nadal istnieje. Można ewentualnie odnieść się jeszcze do szkody poprzedniego właściciela, tj definiować kradzież jako coś w wyniku czego właściciel poprzedni traci, a na kopiowaniu filmu dosłownie rzecz biorąc ktoś od kogo go kopiuję nie traci swojej kopii.
    Ale w takim przypadku trzeba byłoby konsekwentnie pozostawić definicję szkody po stronie potencjalnie tracącego, co znowu stwarza pole do nadużyć.

    Obiektywnie rzecz biorąc zmiany nie da się zatrzymać ani powstrzymać, niezależnie od tego co kto o tym sądzi. Konkludując – aby zyskać możliwość złapania szprotki, zgodziliśmy się na możliwość wypuszczenia rekina. Mało tego, ktoś, czyją intencją od początku było wypuszczenie rekina jeszcze nam w tym pomógł, licząc na to, że na zawartości brzucha rekina wzbogaci się więcej niż straci na tym, że milion głodnych zje milion szprotek.

    I tak właśnie wygląda cała sytuacja, proszę Państwa. Dynamit wymyślono do pokonywania przeszkody w postaci skały, a różni terroryści wykorzystali go do wysadzania wieżowców i linii metra. Ponoć Alfred Nobel później żałował, że wynalazł dynamit, czy jakoś tak.. [ potrzebny cytat ] 🙂

  11. Można samego siebie przekonać, że nowe wyeliminuje pasożyty i wypromuje wartości, można też samego siebie przekonać, że straty z nowego przewyższą uzyskane wartości. Jak będzie – pokaże historia. Ale wiecie co ? Patrząc wstecz, np. na ten nieszczęsny dynamit, perspektywa nie jest zbyt optymistyczna.. coś czuję, że ma byc pięknie, a wyjdzie jak zwykle 🙂

  12. Przymierzam się ostatnio do elektroniki, nadrabiam zaległości 🙂 Wymyśliłem bardzo sprytne – jak sądzę – elektroniczne urządzenie, sądzę, że posiadam środki, możliwości, zdolności etc. aby je zrobić, względnie że ewentualne braki w środkach, możliwościach i wiedzy potrafię nadrobić, żeby swoje urządzenie wyprodukować, zrealizować swój pomysł. Ale wiecie co? Poważnie się zastanawiam, czy, kiedy już je zrobię, będę miał chęć wypuszczać je na rynek, czy nie zachować go dla własnego, wyłącznego użytku, pozostając jedyną osobą która będzie czerpać z niego korzyści 🙂 I zupełnie NIE CHODZI mi o to, że gdybym opublikował specyfikację etc. swojego pomysłu, uczynił go „otwartym”, to bym rzekomo nie zarobił, bo sądzę, że nawet gdybym uczynił je otwartym, i tak potrafiłbym na nim zarobić.
    Nie nie.. chodzi mi o to, czy po prostu warto wrzucać efekt swojego wysiłku na tak funkcjonujący świat – w którym poprzez korzystanie z zaprojektowanego przeze mnie urządzenia zyskają setki czy tysiące uczciwych ludzi, i niepoliczalne rzesze różnego rodzaju cwaniaków i oszustów, posiadających z gruntu złe intencje..
    Ale zrobię sobie je tak czy siak, później zdecyduję co robić dalej 😀

  13. .. i zdecydowanie odradzam sugerowanie mi, jakobym miał „obowiązek” wypuszczenia swojego urządzenia na rynek, tj pewne moralne zadłużenie wobec kogoś, kto wydobył cynę, wymyślił lutownicę itd.. 🙂 howgh.

  14. @ Maciej Miąsik

    Być może nieprecyzyjnie się wyraziłem- chodziło mi o to, że średni i kiepscy artyści nie wyginą nigdy (nie muszą się obawiać)- po pierwsze dlatego, że nie wszystkich stać na najlepszych, po drugie- bo zarobek na sztuce jest pochodną mody a nie wszyscy najlepsi są zawsze bogaci.

    A to, że ci kiepscy artyści wyginą- to naturalnie mówi wprost wielu przeciwników praw autorskich.

  15. Chodzi raczej o to, że po dupie dostaną cwaniaki, co to myślą, że wystarczy jeden przebój nagrać i zarabiać na nim do końca życia zabraniając innym kopiowania.

  16. O ile fajnie byloby wyeliminowac tych, ktorzy tylko posrednicza w dystrybucji od artysty do klienta i wlasciwie zarabiaja pierdzac w stolki , to skonczenie zarabiania na kopiach daloby spadek jakosci wydawanych rzeczy. I moglibysmy sobie pograc w Minecraft co najwyzej i posluchac jakichs amatorow na Youtube.

    Przyjmijmy wiec, ze kopiowanie uznaje sie za w pelni legalne.

    Pierwsza liga muzykow faktycznie przenioslaby sie na koncertowanie. Wydawcy wylawiali by pasujacych im wykonawcow, „szkolili” i puszczali ich w trase, darujac sobie nagrania – mialbys trailer koncertu i tyle. Ba, nawet faktycznie moze i w kinach by zaczeli koncerty dawac na codzien. Chcesz posluchac w domu ? To sobie muzyka wynajmij.

    Chyba ze artysci zaczeliby brac kredyty na produkcje, liczac na pozniejsze donate od ludzi ktorym dali mp3 😀

    Moze to wszystko i jest w miare sprawiedliwe, ale to kompletne bzdury.

Możliwość komentowania jest wyłączona.