O IP w komentarzach na Mises Blog

Mises Blog publikuje wpisy Stephana Kinselli, które nierzadko poruszają kwestię „własności intelektualnej”. Zazwyczaj oznacza to też burzliwą dyskusję pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tego pojęcia. Dziś wybrałem ciekawsze komentarze przeciwników, bo dla mnie tylko takie warte są przytaczania.

Oto komentarz w dyskusji, a właściwie odpowiedź na zarzut (częsty i w krajowych dyskusjach na ten temat), że postawa anty-IP to ukryta postawa socjalistyczna (komunistyczna):

  • Postawa anty-IP jest wolnorynkowa, anty-przymusowa. Mówi sama za siebie.
  • Postawa pro-IP wymaga silnego państwa, które:
    1. Ingeruje w pokojowe, prywatne akty wymiany pomiędzy osobami trzecimi.
    2. Definiuje legalne i nielegalne wymiany idei w arbitralny i zmieniający się sposób.
    3. Ustala arbitralne okresy wygasania monopoli dla idei. Prawdziwa własność nie ma daty wygasania.
    4. Ogranicza pokojowe wykorzystywanie przez ludzi ich fizycznej własności.
    5. Czyni to wszystko „dla większego dobra”, uznając, że niezbędne jest ograniczenie wolności indywidualnej.

Toż to socjalizm w pigułce.

Dłuższy komentarz przy okazji innej dyskusji:

„Własność intelektualna” to prawna fikcja, która narusza naturalne prawa człowieka.

Własność to określenie stanu natury, a konkretnie stanu, w który posiada się wyłączną kontrolę nad fizyczną rzeczą lub „dobrem”, aby użyć bardziej precyzyjnego terminu ekonomicznego.

Libertarianie odrzucają (przynajmniej powinni) koncepcję „własności intelektualnej” ponieważ sama natura idei jest kompletnie odmienna od natury rzeczy fizycznej czy dobra ekonomicznego. Aby zostać „dobrem ekonomicznym”, obiekt taki musi być rzadki ze swej natury, musi do czegoś człowiekowi służyć i musi być kontrolowany przez jedną lub kilka osób. To dotyczy wszystkich obiektów, które powszechnie uznawane są za własność: domu, samochodu, jedzenie, terenu, itd.

Randyści są zwolennikami IP, gdyż są przekonani o wartości idei jako produktu ludzkiej pracy umysłowej, a więci przez samą cnotę tego aktu autor „zasługuje” na rekompensatę. Czyniąc to, w zasadzie opierają się nalaborystycznej teorii wartości Adama Smitha (i Ricardo i Marxa). Czy ja pierwszy zauważam ironię sytuacji, gdy Ayn Rand przejmuje komunistyczną teorię?

Laborystyczna teoria własności została obalona przez Ludwika von Misesa i innych austriackich ekonomistów. Wartość nadawana jest dobrom przez konsumentów/nabywców: „Pożądam tej rzeczy i jestem chętny do zamiany jej za tamte”. Jako dowód, wyobraź sobie sytuację, gdy głodujesz i spotykasz kogoś, kto chce sprzedać ci brylant, który mozolnie wykopał, obrobił i oszlifował. Ten brylant będzie dla ciebie mało wartościowy ze względu na twoje zestawienie celów – uniknięcie śmierci poprzez zdobycie jedzenia jest o wiele ważniejsze w tej chwili niż nabycie ładnego kamienia. Dla odmiany, brylant ten może mieć wielką wartość dla przejeżdżającej nieopodal księżnej. Albo wyobraź sobie, że stoisz w rajskim ogrodzie i próbujesz sprzedać jabłko. Nie będzie miało ono dla mnie żadnej wartości, skoro wystarczy, abym wyciągnął rękę i zerwał sobie tyle jabłek, ile zechcę. Dlatego też wartość ekonomiczna jest zawsze subiektywna, indywidualna i zależna od sytuacji. Nie definiuje jej wysiłek włożony do stworzenia danego dobra, ani też nie może zostać zmierzona przez abstrakcyjny wskaźnik jej społecznej użyteczności.

Postawa randystów w sprawie „własności intelektualnej”, która stwierdza, że mam prawo pojawić się na placu, wykonać taniec interpretacyjny składający się z podskoków i pompek, a potem domagać się (posiłkując się przemocą państwa) pieniędzy od przechodniów, którzy byli świadkami tego spektaklu. Tylko dlatego, że się spociłem (podziękowania dla WalteraBlocka za ten przykład reductio ad absurdum)

Idee nie są własnością ponieważ ze swojej natury mogą być swobodnie kopiowanie i rozpowszechniane bez uszczerbku dla siebie. Idea, raz uwolniona w nowoczesnym świecie, istnieje w praktycznej nadobfitości, gdyż naturalny koszt alternatywny pozyskania jej jest tak zbliżony do zera, jak koszt zerwania jabłka w rajskim ogrodzie. Z tego powodu musimy odrzucić określenie „własność intelektualna” jako niewłaściwe i fundamentalnie mylące.

Rozważmy teraz warunki, pod którymi narzucono nam rzadkość idei. Możemy rozróżnić dwie formy. Jedna to dobro konsumenta: „Chcę, aby wielu ludzi usłyszało moją piosenkę”. Druga to dobro producenta: „Chcę, aby tylko wybrani współpracownicy mieli dostęp do mojego innowacyjnego procesu, abyśmy mogli zdobyć konkurencyjną przewagę w produkcji pewnych towarów”. Pierwsza generalnie odnosi się do praw autorskich (copyrights), druga do patentów i tajemnic handlowych, nad którymi koncentruje się nasza debata.

W środowisku bez patentów, szukający zysku wynalazca „trzyma karty przy orderach” i dzieli się swoim wynalazkiem jedynie z tymi partnerami, którzy umową zobowiążą się do zachowania go w tajemnicy. Należy podkreślić, że taki układ jest zgodny z prawem do swobody zawierania umów, które to wolnościowcy popierają. Libertarianie generalnie akceptują pogląd, że państwo ma obowiązek pilnowania dotrzymywania takich umów.

Powodem powstania patentów była chęć skłonienia wynalazców do publikowania swoich wynalazków, aby po jakimś czasie, pomysły te stawały się wolnymi i dostępnymi dla wszystkich, co ma prowadzić do większego rozwoju technologicznego i powiększania się dobrobytu społeczeństwa. O ile wygląda to ładnie z utylitarystycznego punktu widzenia, ale ma też wadę pozwalającą na rozciąganie przymusu na strony trzecie, które nie są stronami umowy. Ktoś może niezależnie wpaść na podobny pomysł, opublikować czy użyć go, a potem zostać przez państwo zmuszony do zapłaty kary na rzecz kogoś zupełnieobcego po drugiej stronie świata. Dlatego też musimy odrzuć utylitarystycznie wspierany argument na rzecz monopolistycznych przywilejów patentowych, gdyż naruszają nasze fundamentalne prawa do swobody wypowiedzi, własności i umów.

Obecny reżim praw autorskich dla mediów konsumpcyjnych jest także bezprawny i naruszający prawa [podstawowe]. Dane raz opublikowane nie są własnością, gdyż już nie są dobrem rzadkim i przestają być pod ścisłą kontrolą jednej osoby. Każda próba nadania im atrybutów własności we współczesnych czasach nieuchronnie wymaga reżimu kontroli, który zakłada inwazyjne szpiegowanie prywatnej komunikacji i prywatnych ruchomości (nośników danych).

Tym samy dochodzimy do finalnego pytania: „Pod nieobecność praw patentowych czy autorskich, jakie formy ograniczenie idei są zgodne z wolnością, sprawiedliwością i prawami naturalnymi?”

Odpowiedzią jest pilnowanie przestrzegania wzajemnych i dobrowolnych umów. Wynalazca ma prawo zawierać umowy z innymi, które określą, że nie można dalej ujawniać czy sprzedawać wynalazku. Jeśli strona zerwie umowę, wynalazca na prawo domagać się zadośćuczynienia w zgodnie z warunkami kontraktu.

Dobrowolne ograniczenia umowne mogą też być funkcjonalnym ekwiwalentem praw autorskich (przynajmniej w dziedzinie muzyki i filmu) odkąd istnieją algorytmiczne sposoby na znakowanie czy sygnowanie każdej kopii dzieła. Osoba, która pragnie skonsumować dzieło audio lub wideo po prostu zawiera umowę z producentem/dystrybutorem, w której zobowiązuje się nie rozpowszechniać go dalej pod groźbą kary umownej. Gdy konkretnie oznaczona kopia zostaje wykryta „na swobodzie”, to jej źródło może zostać namierzone i można domagać się zadośćuczynienia od nabywcy podejrzanego o złamanie umowy.

W takim świecie nikt nie będzie miał prawa do nazywania idei własnością i domagania się zadośćuczynienia od dowolnej strony, które wejdzie w posiadanie takiej idei poprzez wynalezienie jej czy odkrycie. Jeśli miałbym na ulicy znaleźć kopię poprawionego procesu produkowania aspiryny, nikt nie miałby prawa mnie ukarać, gdybym z niego skorzystał. W ten sam sposób, jeśli znalazłbym w internecie kopię książki, piosenki czy filmu, nikt nie miałbym prawa przejąć mojej prawdziwej własności jako kary za skorzystanie z tej kopii, czy podzielenie się nią.

Idee nie są własnością i prawne definiowanie ich w ten sposób jest obrazą dla prawdy i natury. Jakiekolwiek twoje roszczenia do mojej własności rozpoczynają i kończą się na warunkach określonych w umowie opartej o obopólną zgodę.

11 myśli na temat “O IP w komentarzach na Mises Blog”

  1. „Powodem powstania patentów była chęć skłonienia wynalazców do publikowania swoich wynalazków”
    To jest zwykły skrót myślowy. Wynalazca z natury ma chęć pochwalenia się tym co wymyślił. Nikogo nie trzeba do tego zmuszać. Patenty miały chronić wynalazców, żeby mieli z czego żyć i za co pokryć swoje badania. Jeżeli ktoś włożył 1mln USD w swój wynalazek a ktoś poprostu go sobie za darmo weźmie „bo wpadł na ten sam pomysł” to troche słaby ten liberalizm.

    „W środowisku bez patentów, szukający zysku wynalazca dzieli się swoim wynalazkiem jedynie z tymi partnerami, którzy umową zobowiążą się do zachowania go w tajemnicy”
    To jest zwykła utopia i widzenie tylko w kolorze białym. W realnym świecie bez patentów byłoby 2 wynalazców i 1000 takich którzy „akurat wpadną na taki sam pomysł” i zbiją na tym kasę.

    Twierdzenie że idea nie jest niczym fizycznym też jest krótkowzroczne. Wiele ideii powstaje po wyłożeniu milionów USD a takie koszty są jest jak najbardziej fizyczne i namacalne.
    Podobna sytuacja co z oprogramowaniem Open Source. Można go używać twierdząc że jest darmowe, pod warunkiem że się przyjmuje że czas nic nie kosztuje.

  2. Jak tam korzystam z oprogramowania F/OSS i ono _mnie_ nic nie kosztuje. Nie wymaga ode mnie żadnego dodatkowe wysiłku, czy dodatkowego czasu.

    Co do innych argumentów, trudno mi się odnieść, bo ich nie ma. Trudno mi stwierdzić, jak tam naprawdę zachowują się wynalazcy. Może się chcą chwalić, a może nie. Skąd to będziemy wiedzieć?

    W realnym świecie bez patentów z pewnością nie brakowałoby wynalazków – dowodzi tego doświadczenie i historia. Nie wszystkie dziedziny innowacyjności były/są chronione patentami, a wynalazków w nich nie brakuje.

  3. @ed

    > Twierdzenie że idea nie jest niczym fizycznym też jest krótkowzroczne.

    Mistrzu! My maluczcy uważamy za fizyczne tylko to co możemy, choćby teoretycznie, pomacać.
    Jeśli uważasz, że idea jest czymś fizycznym, to podaj nam proszę jej jednostkę miary wraz ze stosowną magiczną formułą, która umożliwi nam maluczkim przeliczenie idei na metry lub kilogramy.

  4. Owieczko boża dziękuje za określenie mnie Mistrzem.
    A o to zapodaję Tobie prościuteńki przelicznik:
    „Opracowanie mojej idei pochłoneło 2 lata z mojego życia + koszty różnych materiałów co daje razem kwotę 200,000zł”. Moja idea jest warta fizycznie 2,000 banknotów ze Stanisławem Jagiełło. Jeżeli internet i słowo pisane przeszkadza ci w wyobrażeniu sobie tej fizyczności to sięgnij sobie do portfela i dotknij swoim paluszkiem bożym banknotu o nominale 100zł a potem wręcz ten banknot losowej osobie na ulicy ze słowami „dziękuje panu/pani za to że ten banknot pozwoli pani się wzbogacić” i pomyśl czy ta strata cię bolała czy nie.

  5. To, że ktoś spędził czas/pieniądze nad pewną ideą, wcale nie oznacza, że to jest jej wartość. Zostało to przecież dość dobrze skrytykowane w drugim przytoczonym przeze mnie cytacie. Niezależnie jak bardzo się napracujesz i ile przeznaczysz na to pieniędzy, to wartość jest zawsze subiektywna i zależna od potencjalnych klientów idei. Bardzo łatwo mi wyobrazić sobie pomysły czy dzieła, które nie są warte nic, a które pochłonęły mnóstwo czasu i wysiłku. Choćby pomysł na socjalizm…

  6. czy tylko mnie rozbawil ten fragment?

    „(…) odkąd istnieją algorytmiczne sposoby na znakowanie czy sygnowanie każdej kopii dzieła. (…) Gdy konkretnie oznaczona kopia zostaje wykryta ‚na swobodzie’, to jej źródło może zostać namierzone i można domagać się zadośćuczynienia od nabywcy podejrzanego o złamanie umowy.”

  7. I to jest właśnie dziwne pojmowanie wartości liberałów Maćku 🙂 Błędne jest przyjmowanie że wartość idei powinna być „wyliczona” na podstawie potencjalnej korzyści. Nie jest istotne ile korzyści może przynieść idea. Ten drugi cytat przytacza chybione porównania gdyż „brylant jest raz nic nie wart a raz drogocenny”. Dla mnie wahadłowiec Challenger jest nic nie wart bo na ch… mi on 🙂 Ale to nie oznacza że nic nie jest warty.
    Wartość idei to zawsze jest wartość umowna (tak jak samochód zrobiony z zapałek i sprzedawany za 10k USD) i tak jak wahadłowiec, powinna znajdować się pod ochroną. Natomiast to czy idea jest chybiona i na nic się nikomu nie przyda to jest inna bajka. Ogólnie rzecz biorąc idea nie jest własnością ludu pracującego i to IMO liberałowie raczej powinni rozumieć 🙂

  8. Ochrona niematerialnych idei aby była skuteczna wymagałaby wprowadzenia totalnej kontroli przepływu wszelkiej informacji. Nie chciałbym żyć w takim świecie. Dlatego mówię wynalazcom: jeżeli nie jesteście w stanie tworzyć bez rozbudowy państwowego aparatu inwigilacji i represji to sobie zwyczajnie odpuśćcie. Wolność jest wartością o wiele ważniejszą od technicznego postępu. Kiedy jej niema, wtedy naprawdę smutno żyć a bez multimedialnej lodówki z wbudowanym GPS-em i funkcją sprawdzania prognozy pogody doskonale sobie poradzę.

  9. Nie przesadzałbym z tą totalną kontrolą 🙂 Idea może być tak samo chroniona (i właściwie jest) tak jak rzecz materialna. Ktoś kto parkuje samochód pod domem, liczy na to że nikt mu go w nocy nie podp… 🙂 Do pilnowania samochodu przed kradzieżą nikt nie stosuje totalnej kontroli. Nikt nie szpieguje sąsiada co teraz robi itd.

    Tak samo z ideą, jeśli ktoś jest właścicielem idei „pozostawionej samej sobie” czyli ogólnie dostępnej, to też liczy na to że nikt jej mu nie ukradnie. Ale jeśli to nastąpi to policja musi mieć podstawy prawne do ścigania złodziei.

  10. Problem w tym, że jak ktoś ukradnie samochód, to łatwo to stwierdzić (bo właściciel go nie ma), no i równie łatwo stwierdzić, że ma go nie-właściciel (bo nie jest właścicielem posiadanego samochodu).

    Nie ma innej metody stwierdzenia, że idea została „ukradziona” jak podglądanie wszystkich (albo wybranych, co niewiele zmienia), aby stwierdzić, czy aby nie posiadają „ukradzionej” idei. Bo idea, która „ukradziono” niczym nie różni się od takiej „nieukradzionej” – „właściciel” przecież wciąż ją ma.

    Nie da się ukraść czegoś, co jest ogólnie dostępne i występuje w nieskończonej obfitości. To jak postulowanie, że wystawiając twarz na słońce, „kradnę” słońce temu, kto wystawia swoją twarz obok. Można oczywiście pokusić się o stworzenie prawnego mechanizmu, który by regulował „własność” promieni słonecznych, ale bez wątpienia byłoby to pokrętne prawo. Coś jak prawo autorskie…

Możliwość komentowania jest wyłączona.