Jak RIAA wyłudza po $3750 od łebka

Znakomity opis procederu, który pozwala RIAA w losowy sposób dobierać sobie pechowców, od których następnie wyłudza po $3750 tytułem “ugody”. W zamian za tę kwotę RIAA nie wytacza im procesu o naruszenie praw autorskich w związku z rzekomym dzieleniem się utworami muzycznymi w sieciach P2P. Wygląda to pokrótce tak:

Technicy przeszukują sieci P2P na okoliczność istnienia w niej plików o nazwach sugerujących, że są to utwory muzyczne. Przy pomocy stosownych narzędzi, uzyskują adresy IP komputerów, na których można owe pliki znaleźć. Efektem tej operacji są dwie listy: plików i adresów IP. To są “dowody” – nie ma ani potwierdzenia, że plik rzeczywiście zawiera utwór muzyczny (jest jedynie nazwa pliku), ani też potwierdzenia faktycznego powiązania adresu IP z komputerem, który ten plik w konkretnym momencie udostępniał.

Wyposażona w takie “dowody”, RIAA wytacza proces licznej grupie nieznanych jeszcze osób. Wytacza go w stanie, w którym ma siedzibę dostawca internetowy powiązany z daną listą adresów IP. Pierwszym krokiem w tym procesie jest otrzymanie sądowego nakazu, który poleca dostawcy ujawnienie, kto się kryje pod danym adresem IP. Dostawca informuje o tym fakcie ofiarę – najczęściej zupełnie nieświadomą tego, co się dzieje i co powinna zrobić. Co gorsza, nawet jeśli ofiara ma duże szanse na wybronienie się przed ujawnianiem swoich danych na bazie tych bardzo wątpliwych dowodów, to ma na to za mało czasu, na dodatek musi wynająć prawnika z innego stanu, co nie jest łatwe i tanie. Zazwyczaj nie robi nic, a sąd w takim wypadku przyznaje z automatu rację RIAA i udostępnia stosowne dane. RIAA rezygnuje z kontynuacji procesu przeciwko nieznanym osobnikom, bo przecież już ma ich namiary.

Teraz RIAA przystępuje do drugiej fazy -€“ czyli właściwego wyłudzenia. Wysyła ofiarom pisma oferujące ugodę. W zamian za pewną kwotę pieniędzy, RIAA nie wytoczy im procesu o naruszenie praw autorskich. Teraz ofiara musi rozważyć, czy chce zapłacić $3750, czy też woli wydać dorobek swojego życia na kosztowny proces z bardzo bogatym kartelem, zagrożony potężnymi karami i olbrzymimi kosztami sądowymi. I nie ma znaczenia, czy jest winna, czy też nie, czy ma w ogóle komputer, czy w ogóle wie, co to sieci P2P. Musi podjąć decyzję, czy zapłacić teraz i mieć względny spokój (ugoda dotyczy tylko konkretnego przypadku, na który powołuje się RIAA – nie zabezpiecza przed innymi, podobnymi procesami), czy ruszyć na wojnę, w której zwycięstwo jest możliwe, ale najczęściej nie dożywa się go z powodu wykrwawienia. Znacząca większość po prostu sobie odpuszcza i trudno ich za to winić.

Co gorsza, nawet jeśli ofiara zdecyduje się dochodzić swych praw, to RIAA może po prostu zrezygnować z procesu, co ma sens w przypadku materiału “dowodowego”, którym dysponują. Mają przecież całe listy potencjalnych kandydatów, którzy nie będą sprawiać kłopotów. A nierozstrzygnięty spór nie stanowi precedensu, który mógłby zagrozić tej sprawnej maszynie do zarabiania pieniędzy.

I nie chodzi tutaj o sprawiedliwość, czy też faktyczne naruszenia praw autorskich. Chodzi jedynie o pieniądze, a cała ta reszta to jedynie pretekst. Muzycy z tych pieniędzy nie zobaczą ani grosza.

Uzupełnienie: według tego dokumentu sądowego, RIAA zastosowała tę metodą już w ponad 18000 przypadków inkasując sumy w zakresie od $3000 do $11000. To sporo kasy.