Revelation Space

Zachęcony świetną space operą Hamiltona, o której pisałem wcześniej, zaguglowałem sobie trochę i wyszukałem innych potencjalnych kandydatów do przeczytania w ramach tego gatunku. Ponieważ nie są to książki wydawane zbyt często na naszym rynku, wiedziałem, że trzeba będzie poszukać innymi, nowocześniejszymi sposobami niż transport przez ocean zadrukowanych prostopadłościanów z papki drzewnej. Coś tam się znalazło. Niestety, papier wciąż się przydał, bo czytanie z ekranu jest niewygodne, a sprytopapier (to powinno być polskie tłumaczenie e-ink, czy e-paper) jest wciąż mało rozpowszechniony.

Zacząłem od przeczytania „Revelation Space” autorstwa Alistaira Reynoldsa. Recenzje były bardzo zachęcające, a sama książka okazała się bardzo ciekawa. Nie jest to może klasyczna space opera, gdyż jest dość kameralna, jeśli chodzi o rozmiar akcji. Nie, dzieje się w niej bardzo dużo, ale nie ma podróży przez galaktyki, wielkich bitew kosmicznych i konfliktów obcych cywilizacji. Pod tym właśnie względem książka jest kameralna – śledzimy losy zaledwie trójki bohaterów i kilkorga towarzyszących im osób, ale ich efekty ich działań mają galaktyczną skalę. Ten pozorny brak rozmachu jest konsekwencją pewnego technologicznego zabiegu, na który zdecydował się autor. Mianowicie, w tym świecie przyszłości, zaawansowanych technologii, lotów kosmicznych, kolonizacji, nanotechniki, itp. nie istnieje kosmiczne podróżowanie z prędkością większą od prędkości światła (nie ma FTL travel, czy faster than light travel). Loty międzyukładowe odbywają się gigantycznymi statkami (bohaterowie podróżują statkiem o wdzięcznej nazwie „Nostalgia za nieskończonością”), które osiągają prędkość bliską prędkości światła, ale jednak poniżej. Z tego powodu ludzkość opanowała technologie przedłużania życia i hibernacji, aby móc korzystać z podróży międzygwiezdnych trawających nierzadko dziesiątki lat.

Z obcych cywilizacji zostały jedynie ruiny oraz kosmiczne artefakty o niezłębionym działaniu. Jak się okazuje w finale, wszystko to ma jednak właściwe wytłumaczenie. Powieść ma dość mroczny charakter, jednak bardziej cyberpunkowy niż gotycki – poza lotami kosmicznymi technologia posunęła się dość sporo do przodu.

Śledzimy losy archeologa badającego pozostałości zaginionej przed setką tysięcy lat cywilizacji obcych, najemnej zabójczyni, która ma go zgładzić, oraz kobiety dowodzącej (wraz w z dwójką towarzyszy – to triumwirat) olbrzymim, czterokilometrowym statkiem kosmicznym, która ma interes do wcześniej wymienionej dwójki. Ekipy dopełniają: żona archeologa, komputerowa symulacja jego ojca, komputerowa symulacja zleceniodawcy zabójstwa, pozostali triumwirzy i kilku załogantów. No i tajemnicza plaga, pochłaniająca powoli statek i zahibernowanego kapitana, oraz obcy wirus starający się opanować statek i wielki skład broni o olbrzymiej sile rażenia na jego pokładzie. Trup lekko się ściele, jest trochę potyczek i strzelanin. No i, jak napisałem wcześniej, nie brakuje olbrzymich artefaktów obcego pochodzenia, szczególnie w finale.

Jeśli ktoś zna angielski, polecam. Niezła lektura. A kto nie zna angielskiego, może przeczytać po polsku.