Dziś moje domowe stado kotów zmalało do 2 sztuk, gdyż najstarsza starowinka, czyli 16-letnia kotka Mietka dokonała żywota.
I po tym smutnym wstępie, przechodzimy do równie niewesołuch zagadnień związanych z wolnością gospodarczą i wolnością w ogóle. Kotkowi należy się pochówek, choćby jakimś podwarszawskim lesie. Potrzeba jest łopata (szpadel), której ktoś, kto nie ma ogrodu po prostu w domu nie trzyma. Niby nie jest to problem, mieszkam niedaleko 2 hipermaketów budowlanych, więc można by było po drodze do lasu kupić stosowne narzędzie, a potem najwyżej go komuś podarować.
Niestety, kretyni na Wiejskiej, uznali, że to nie konsumenci i sprzedawcy mają decydować kiedy chcą dokonywać dobrowolnych transakcji, ale właśnie to oni - politycy - wiedzą lepiej ode mnie, kiedy będę potrzebował łopaty. Uchwalili więc prawo, które zabrania zabrania nam zaspokojania swoich potrzeb i robienie dobrowolnych interesów z tymi, którzy chcieliby takie potrzeby zaspokoić, w określone dni roku. Dziś właśnie jest taki dzień.
Powodów jest zawsze wiele: Bóg, rodzina, proletariat, ale tak naprawdę, chodzi o to, że mamy czuć, że jesteśmy niewolnikami, że ktoś za nas może decydować o tak wielu sprawach.
Wkurzyłem się. Gdybym był czarownicą, rzuciłbym na nich wszystkich urok. Z korzyścią dla wszystkich pozostałych.
W uzupełnieniu do tego, co napisałem w poprzednim wpisie dotyczącym raportu Banku Światowego na temat robienia interesów w różnych krajach, postanowiłem przyjrzeć się kwestii zakładania firmy w USA. USA to wciąż dość wolnościowy kraj, całkiem wysoko w ogólnym rankingu. Proces założenia firmy (spółka z o. o. zdolna do działania i zatrudniania pracowników) trwa w USA 5 dni i obejmuje 5 etapów (po dniu na każdy z nich). Całkowity koszt to $210, a kapitał potrzebny do założenia takiej spółki to $0 lub $1000, w zależności od stanu.
Pierwszy etap, czyli rejestracja samej firmy trwa standardowo dwa dni za $135, ale może zostać przyśpieszony za stosowną opłatą: do 24 godzin za $25, do tego samego dnia za $75, a do 2 godzin za $150 (jak kogoś przyciśnie). I to wszystkie koszty. Pozostałe etapy są bezpłatne, a cały proces to wypełnianie stosownych formularzy, które czasem można załatwić online, czy telefonicznie.
Egzekwowanie umów nie jest już takie szybkie jak w Nowej Zelandii, bo trwa aż 250 dni (wciąż 4 razy szybciej niż w Polsce).
Rak biurokracji pożerający mózgi wielu naszych rodaków, nie pozwala im przyjąć do wiadomości tego, że można większość procedur gospodarczych znacznie uprościć i zmniejszyć ich koszty. A jednak się da i nie oznacza to jednocześnie jakiegoś upadku cywilizacyjnego, jak zdają się sugerować obrońcy “sprawiedliwości społecznej”.
Dziś wpadłem na koncept użycia nowoczesnej technologii i stworzenia internetowej platformy dla kojarzenia usługodawców i usługobiorców szarej strefy - www.szarastrefa.pl. Jakiś mechanizm, oczywiście anonimowy, dobrze zabezpieczony przed dostępem osób niepowołanych (policji skarbowej), z odpowiednim mechanizmem budowania reputacji wśród obu stron szarostrefowych transakcji. Transakcji nie obciążonych watami, zusami, dochodowymi, akcyzą - po prostu tak, jak powinno być. Regulujący kwestie zapłaty, najlepiej w jakimś e-goldzie, czy czymś, do czego nie ma dostępu omnipotentne państwo. Zapewniający arbitraż w sprawie ewentualnych sporów. Hostowany na serwerze w jakimś bezpiecznym miejscu, odpornym na naciski Wielkiego Brata. To na razie koncepcja, ale kto wie? Może kiedyś zbierze się jakiś zespół chętny do realizacji takiego projektu. Taka wolnościowa gospodarka pod powierzchnią tej “normalnej”, czyli zamordystycznej.
Głośno jest o najnowszym raporcie Banku Światowego – „Doing Business 2005”. Według tego raportu Polska zajmuje 45 miejsce w rankingu, ale jestem pewien, że nie spędzi to ani sekundy snu z powiek naszych możnowładców. Poza tym, nasza pozycja oznacza, że jest jeszcze setka krajów, w których interesy robi się jeszcze gorzej niż w Polsce. Więc czym się mają martwić?
Zajrzałem na stronę Banku Światowego poświęconą właśnie robieniu interesów, aby zapoznać się z bardziej dokładnymi danymi. Postanowiłem porównać szczegółowe dane dotyczące lidera rankingu, czyli Nowej Zelandii, z danymi dotyczącymi Polski oraz naszego sąsiada, Słowacji.
Zacznijmy od otwierania biznesu, czyli według kryteriów wyznaczonych przez Bank, od rejestracji i założenia spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. W proces ten wliczone jest dokonanie wszelkich rejestracji koniecznych do rozpoczęcia działalności i zatrudniania pracowników, czyli także załatwienie spraw z urzędem podatkowym i ubezpieczeniem społecznym.
W Nowej Zelandii trwa to średnio 12 dni, obejmuje 2 etapy, można je załatwić zdalnie (częściowo wypełniając formularze online, oraz wysyłając je pocztą). Całkowity koszt założenia firmy do około 40 USD. Taka spółka nie musi nawet mieć statutu, a wymagane są jedynie: zarejestrowana nazwa, przynajmniej jeden udział, jeden udziałowiec, zarejestrowane biuro i adres. Nie trzeba mieć nawet kapitału założycielskiego. I tyle!
Dla porównania w Polsce rejestracja podobnej firmy obejmuje 10 etapów, trwa średnio 31 dni i kosztuje około 1160 USD. Minimalny kapitał zakładowy to 50000 PLN, czyli 237% dochodu na głowę mieszkańca (dla przypomnienia w Nowej Zelandii to 0%). Notarialna umowa spółki, statut, władze, potem NIPy, REGONy, ZUSy i tym podobne zabawy. Nic, tylko zakładać biznes.
Na Słowacji jest trochę lepiej niż Polsce, ale to i tak lata świetlne od Nowej Zelandii. Rejestracja firmy obejmuje 9 etapów, trwa średnio 52 dni i z opisu wydaje się znacznie prostsza niż ta, którą mamy w Polsce. Koszt tej operacji to 374 USD. Minimalny kapitał zakładowy to 46% przychodu na głowę mieszkańca (odrobinę mniejszego niż Polski: $4920 vs. $5270).
Na drugie kryterium porównania wybrałem egzekucję umów. I tak w Nowej Zelandii proces egzekucji umowy (odzyskanie długu) trawa 50 dni, obejmuje 19 etapów i kosztuje 4,8% sumy długu. W Polsce (z tego jesteśmy znani) trwa to 1000 dni, obejmuje 41 etapów i kosztuje 8,7% sumy długu. Tutaj mamy się czym „pochwalić”. Na Słowacji niewiele lepiej: 565 dni, 27 etapów i 15% sumy długu. Wciąż lata świetlne za Nową Zelandią.
Myślę, że dokładniejsze przyjrzenie się raportowi dotyczącemu Nowej Zelandii mogłoby rozjaśnić w niektórych głowach. Często przy dyskusjach dotyczących gospodarki podnoszony jest temat uproszczenia całego systemu, ale zawsze jakaś zatroskana partia zgłasza jakieś „ale…” A przykład Nowej Zelandii pokazuje się, że się jednak da, że nie potrzeba skomplikowanych i kosztownych procedur, sztucznych barier, rozbudowanej biurokracji. Według komentarza jednego z autorów raportu, przyjęcie w Polsce podobnych reform do słowackich, zapewniłoby nam dogonienie Niemiec w ciągu 25 lat. A dlaczego nie postuluje się pójścia w ślady Nowej Zelandii? Nie trzeba nam leczenia zachowawczego, ale radykalnej kuracji, do cholery!















