
Filozof raptor: Skoro rząd nie umie zapanować nad narkotykami w swoich własnych więzieniach, to dlaczego wierzy, że uda mu się to gdziekolwiek indziej?
Emerytowany porucznik z 26-letnim stażem w policji New Jersey – Jack Cole, założyciel organizacji Law Enforcement Against Prohibition, opowiada o skutkach wojny z narkotykami. Wideo z polskimi napisami.
USA prowadzi od lat wojnę z narkotykami. Nieskutecznie i coraz drożej. Im dłużej ją prowadzi, tym bardziej dostawy narkotyków stają się atrakcyjniejsze dla tych, którzy spragnieni są szybkiego, choć ryzykownego zarobku. Bo pomimo wojny, pomimo antynarkotykowej propagandy, to popyt na narkotyki nie maleje. A skoro jest popyt, i to ciągle rosnący, to znajdą się chętni, aby popyt ten zaspokoić – rynek działa nieubłaganie, niezależnie od zaklęć zwolenników ekonomicznych alternatyw.
Znaczna część narkotykowych dostaw dociera do USA obecnie poprzez Meksyk, w którym rosną w siłę narkotykowe kartele wypełniające pustkę powstałą po osłabieniu karteli kolumbijskich. To pokazuje, że chwilowy „sukces” rządowych wojowników z narkotykami polegający na osłabieniu czy nawet likwidacji kolumbijskich karteli, zaowocował powstaniem ich w innym miejscu, właśnie w Meksyku. Naciski USA na meksykański rząd, aby coś zrobić z tym problemem, zaowocowały jedynie gwałtownym wzrostem przemocy na terenie Meksyku, głównie w wyniku walk konkurencyjnych gangów, której ofiarami często staję się zupełnie niezaangażowani „cywile”. Jak łatwo się domyślić, efekt tej walki są mizerne, choć trup ściele się tam naprawdę gęsto i życie ludzi w przygranicznych rejonach powoli zamienia się w piekło.
Oczywiście, w teorii, bezpieczeństwem obywateli ma zajmować się meksykański rząd. Tenże rząd, w opinii etatystów stworzony wprost do rozwiązywania problemów obywateli, jak żadna inna organizacja, oczywiście zupełnie sobie nie daje rady. Mimo zadawania ciosów kartelom, nie udało się rządowi ani opanować sytuacji w handlu narkotykami, ani zapobiec wojnom pomiędzy gangami, ani też zadbać przynajmniej o bezpieczeństwo tych, którzy w tej całej zabawie nie chcą po prostu uczestniczyć. Kwitnie korupcja, a przeciwnicy rozprzestrzeniającej się dominacji narcotraficantes zostają wyeliminowani.
Uczciwi obywatele są bezradni. Dostęp do broni jest limitowany, oczywiście dla praworządnych obywateli. Handlarze narkotyków nie mają problemu z dostępem do szerokiego spektrum broni palnej, włączając w to broń automatyczną i granatniki, nierzadko pochodzącą z USA, czasem nawet z rządowych programów walki z handlem bronią, niezbędną im do skutecznej walki z rządowymi oddziałami wojska i policji, oraz w walce pomiędzy sobą. Cywile są bezradni, bo słabi, nieuzbrojeni oraz pozbawieni ochrony ze strony państwa, więc często stają się ofiarami rabunków, gwałtów i morderstw, szczególnie w sytuacji, gdy handel narkotykami stał się najłatwiejszą metodą szybkiego zarobku dla tych, którzy nie potrafią robić nic pożyteczniejszego niż zajmowanie się gansterką.
Mieszkańcy pewnej miejscowości – San Mateo Tezoquipan Miraflores – nie mogąc liczyć na rząd, ani też nie mogąc wziąć sprawiedliwości w swoje ręce, zaproponowali, że będą płacić miejscowym gangsterom 20 tysięcy pesos (ok. 4700 PLN) dziennie, aby ci dali im spokój i przestali ich gnębić. Tylko tyle im pozostało w sytuacji, gdy rząd, który uzurpuje sobie prawo do dbania o ich bezpieczeństwo, nie daje sobie rady, a oni sami nie mają sił i skutecznych narzędzi, aby walczyć o swoje mienie, zdrowie i życie. W odpowiedzi, przedstawiciel rządu poprosił mieszkańców o cierpliwość (którą przecież najwyraźniej stracili) i nie wchodzenie w konszachty z gangsterami. Nie wiem, co na to mieszkańcy…
Joaquin „El Chapo” Guzman Loera, szef meksykańskiego kartelu narkotykowego, którego majątek oceniany jest na 1 mld dolarów, ponoć wyraził następujące podziękowanie:
Nie mógłbym zostać tak cholernie bogaty, gdyby nie George Bush, George Bush Jr, Ronald Reagan, a nawet El Presidente Obama, bo żaden z nich nie ma jaj, aby przeciwstawić się wielkim pieniądzom, które chcą, aby ten towar był nielegalny. Z głębi serca, chcę powiedzieć – gracias amigos – zawdzięczam wam moje imperium.
Może czas skończyć z prohibicją narkotykową? Ona nie działa i nigdy nie zadziała.
Do narkotyków i używek podchodzę bez emocji. Jako libertarianin jestem zwolennikiem pełnej ich legalizacji, no i pryncypialnie przeciwstawiam się ich regulacji i opodatkowaniu. Wiem, że czasem szkodzą, ale w nadmiarze wszystko szkodzi, a nawet może zabić, choćby sól. Uważam ludzi za istoty wolne (dla wierzących – posiadające wolną wolę), które mogą decydować o sobie i o tym, co robią ze swoim ciałem (nawet grzeszyć), i nikomu nic do tego.
Narkotyki mają w powszechnym mniemaniu złą opinię, zresztą było to widać podczas niedawnej kuriozalnej propagandowej akcji naszego rządu, czyli szybkiej wojnie z dopalaczami. Cały naród przeciw dopalaczom, jak jeden mąż wszyscy popierali kompletnie bezprawne działanie organów administracji państwowej i wyrażali zadowolenie ze wzorowo i błyskawicznie przeprowadzonej akcji, dzięki której z naszych ulic zniknęły środki znacznie mniej groźne niż grzyby (ci „handlarze śmiercią” wciąż pozostają bezkarni oferując swe towary na poboczach dróg).
Na szczęście nie wszyscy podchodzą do kwestii narkotyków emocjonalnie i bezrozumnie. Są naukowcy, którzy starają się problem badać i niekoniecznie zadowalają ich opinie przekazywane nam „do wierzenia” przez media masowe. W Wielkiej Brytani, grupa badawcza Independent Scientific Committee on Drugs przeprowadziła badanie nad szkodliwością narkotyków dla ich użytkowników oraz dla szerzej rozumianego społeczeństwa. Wyniki opublikowano w czasopiśmie The Lancet. W badaniu przyjęto 16 wskaźników, m.in. śmiertelność bezpośrednią i pośrednią, szkody zdrowotne, szkody umysłowe, uzależnienie, wpływ na relacje międzyludzkie, straty materialne, przestępczość, koszty ekonomiczne, itp. Zbadano nie tylko narkotyki nielegalne, ale także popularne legalne substancje psychoaktywne, czyli tytoń i alkohol.
Okazało się, że w czołówce najbardziej szkodliwych narkotyków mamy: heroinę, crack, metamfetaminę i kokainę, co niespecjalnie dziwi, ale niechlubne pierwsze miejsce, pokonując konkurencję, zajął zupełnie legalny narkotyk – alkohol:
Oczywiście, badanie uwzględnia szkodliwość opartą o obecny stan prawny. Legalizacja narkotyków pewnie zmieniłaby układ i lidera. Niemniej jednak, to ciekawe, nieprawdaż? Jakakolwiek dyskusja na temat pełnej legalizacji narkotyków zawsze prowokuje jej przeciwników do kreowania apokaliptycznych wizji, w których ludzie będą masowo ginęli na ulicach, a cywilizacja legnie w gruzach. A życie pokazuje, że jest zupełnie inaczej. Alkohol jest dość swobodnie dostępny i, mimo że bezsprzecznie bywa problemem, na pewno daleko nam do upadku cywilizacji z tego powodu.
Precedens z prohibicją i jej skutkami, a następnie z likwidacją zakazu już mamy. Wódka daje jednak żyć. Są też kraje, gdzie dokonał się szeroko pojęta dekryminalizacja narkotyków (podawałem niedawno przykład Portugalii) i też nie ma tam piekła na ziemi. Dlaczego więc nie zlikwidujemy prohibicji narkotykowej i po prostu nauczymy się z nimi żyć? Bo stoją za prohibicją i wojną z narkotykami wielkie pieniądze? Pewnie, jak zwykle, o to tu chodzi.
W ramach odwracania uwagi od rzeczy istotnych, które dotyczą każdego z nas, czyli ograbiania nas z ciężko zarobionych pieniędzy – poprzez podatki i zaciąganie w naszym imieniu długów, które także podatkami sfinansujemy, rząd i samorządy ruszyły na wojnę z dopalaczami. Oczywiście podchwyciły to media, bo to łatwiejszy temat niż licznik długu Balcerowicza.
Rząd pokazuje, że działa, a gawiedź się cieszy. Strażnicy i policjanci stoją pod sklepami z dopalaczami i legitymują. Urzędnicy kombinują jakby tu nękać legalne, póki co, biznesy – okazuje się, że biznes może być legalny, ale jak się urzędnik uprze, to zawsze paragraf znajdzie. Albo będzie próbował, a arsenał środków ma spory, od uciążliwych kontroli po poważniejsze narzędzia.
Dziś w nocy, dzielny rząd z premierem Tuskiem na czele zebrał się i uchwalił zakaz, który za dnia wykonali policjanci i inspektorzy sanitarni. Bo dla dopalaczy nie ma miejsc wśród „liberałów”. Wojna została wypowiedziana i dopalacze znikną z rynku, a wszystko w trosce o dzieci i młodzież. No i dorosłych, ale dla liberalnego rządu dorośli to takie same dzieci, tyle że muszą dodatkowo pracować na rządzących nimi.
Chciałem zauważyć, że dopalacze na rynku funkcjonują już od dłuższego czasu i jakoś nie słyszałem ludziach masowo po nich umierających. Dopiero teraz, na jakiś medialny rozkaz, zaczęły pojawiać się śmiertelne ofiary. Natomiast znam jedną powszechnie dostępną organiczną substancję, która mogą kupować nawet najmłodsze dzieci, a która dostarczyła mediom ostatnio równie dużo tematów, jeśli chodzi o zatrucia i umieranie – chodzi o grzyby. Oczywiście o grzyby trujące, które rocznie około tysiąca ludzi myli z grzybami jadalnymi i zamiast pysznej uczty serwuje sobie poważne problemy zdrowotne. Te same powszechnie dostępne grzyby, które, o zgrozo, rosną sobie po lasach i odpowiedzialne są za około 60 śmiertelnych ofiar rocznie, w tym 1/3 z nich do dzieci! Jak na razie, szybkie przeszukanie sieci wskazuje, że pierwsza domniemana ofiara dopalaczy w Polsce została wytypowania w marcu tego roku, a od tego czasu podejrzanych było zaledwie kilka przypadków, w tym ten ostatni, który najwyraźniej używany jest jako przykład wspierający dzielną akcję rządu, choć lekarz sądowy jeszcze chyba nie zdecydował co do przyczyny śmierci w tym wypadku (i, jak się okazało, nie były to dopalacze). Dopalacza mogą pomarzyć sobie o takiej śmiertelnej skuteczności, jaką serwują nam powszechnie dostępne grzyby.
Niemniej jednak, rząd PO nie zwołał nocnego posiedzenia, aby rozwiązać problemu morderczych grzybów, które pochłaniają przecież kilkadziesiąt razy więcej ofiar rocznie, niż dopalacze w czasie całej swojej kariery w Polsce. Nie mamy ogólnopolskiego zakazu zbierania grzybów. Oddziały prewencji nie robią nalotów na targowiska, aby wyłapywać babcie grzybodilerki. Nikt nie troszczy się o biedne dzieci, które umierają po spożyciu tych niebezpiecznych substancji w kształcie kapelusza. Premier nie deklaruje, że nikt już od grzybów nie ginie.
Może to dlatego, że dopalacze robią niezdrową konkurencję poważnym narkotykom? Może ci, którzy zarabiają na tym fortuny, zdecydowali, że coś należy z tym zrobić i pociągnęli za odpowiednie sznurki? I politycy skorzystają, pokazując jak się o nasz troszczą, a mafia narkotykowa ucieszy się, że dzieci wrócą do prawdziwych narkotyków, a nie jakichś tam organicznych śmieci ze smartszopów.

















