Ktoś zadał sobie trud skonfrontowania 100 produktów z ich zdjęciami reklamowymi. Bywa różnie, ale nie zawsze aż tak źle.
Gra się tłoczy, premiera wkrótce, warto ją zareklamować. Auto mało wypaśne, ale własne, choć teraz wyglądam na przedstawiciela handlowego. Co tam, nie mam się czego wstydzić.
Dwójka 14-letnich uczennic w Nowej Zelandii, przygotowując się do naukowego pokazu postanowiła przekonać się, ile faktycznie witaminy C znajduje się w różnych napojach, w tym w reklamowanym napoju Ribena wyprodukowanym przez farmaceutycznego giganta GlaxoSmithKline. Efektem eksperymentu było stwierdzenie, że Ribena zawiera znacznie mniej niż “4 razy tyle witaminy C, ile jest w soku pomarańczowym”. Dziewczęta udały się z tą kwestią do koncernu, który je olał, co spowodowało, że uczennice zwróciły się do z tym tematem telewizji.
I tutaj wkroczyli urzędnicy, czyli jakaś tamtejsza komisja handlu. Ukarano koncern karą w wysokości 227 tys. dolców nowozelandzkich, co w skali drugiego na świecie koncernu farmaceutycznego jest kwotą śmieszną (ponad 8 miliardów dolarów amerykańskich zysku rocznie) i zmuszono koncern do przeprowadzenia akcji korygującej fałszywe reklamy.
Oczywiście karę i w ogóle właściwe postępowanie niby zawdzięczamy w tym wypadku urzędnikom. Przy każdej dyskusji dotyczącej zasadności utrzymywania takich urzędów i w ogóle regulacji, choćby właśnie reklamy, powołuje się właśnie na takie. Bo źli kapitaliści zawsze by okłamywali biednych konsumentów i sprzedawali im same badziewia zamiast porządnych produktów, dodatkowo przymuszając wszystkich do zakupów przez reklamę, której żaden dorosły, a na pewno dziecko nie są w stanie się oprzeć.
No i mamy dobry przykład, że wcale tak nie jest. To całkiem prywatni konsumenci, w tym wypadku dwie nastoletnie uczennice, zadbali o to, aby oszustwo wyszło na jaw. To dopiero dzięki telewizji o sprawie dowiedzieli się ci, którzy niby tym powinni się zajmować. I to w zasadzie powinno wystarczyć, aby “przekonać” koncern do zmiany stanowiska w kwestii fałszywej reklamy. W dobrym systemie rozstrzygania sporów, wystarczyłoby też zebrać oszukanych konsumentów, którzy oskarżyliby koncern o wyłudzenie od nich pieniędzy pod wpływem fałszywej reklamy.
A tak mamy urzędników, którzy gdyby nie dwie uczennice, w tej sprawie nie zrobiliby nic. Bo by o niej nawet nie wiedzieli, a zresztą po co mieliby jej szukać, skoro w szukaniu takich spraw najskuteczniejsi są ci, którzy mają w tym swój własny interes. Więc po co się wysilać? Zawsze ktoś coś znajdzie, a urząd dzięki temu pokaże, że jest niezbędny.
Co do samej kary, to żadna to kara, bo to zaledwie czterdziestotysięczna część dochodów koncernu. Dla każdego z nas byłaby to “kara” o wymiarze nie przekraczającym jednego złotego. Na dodatek cała ta kara wyląduje w jakimś budżetowym worze bez dna, co z pewnością mało ucieszy tych, którzy padli ofiarą kłamliwej reklamy. To oni powinni dostać rekompensatę za kupno napoju, który nie spełniał reklamowanych norm. A z drugiej strony, być może nikomu to nie przeszkadza, że nie było w napoju tyle witaminy C, ile twierdzono i nie ma żadnych poszkodowanych? Rozwiązanie, w którym sami poszkodowani dochodzą sprawiedliwości jest bardziej sprawiedliwy od systemu, w którym jakaś urzędnicza komisja ocenia ile ma wynosić kara. Na dodatek sam koncern chętniej zapłaci taką niewielką karę, aby “mieć spokój” i uwolnić się od roszczeń ewentualnych poszkodowanych.
Jak widać, gdy nie ma mechanizmów rynkowych, albo są one ograniczane i regulowane, to zawsze jest źle. Urzędnik nie jest receptą na powszechną szczęśliwość.
















