International Intellectual Property Alliance opublikowało właśnie 2007 Special 301 Report, który opisuje sytuację ochrony “własności” intelektualnej w rozmaitych krajach. Celem tego raportu jest, rzecz jasna, pokazania jak jest źle, i co wszystkie przyganione kraje powinny uczynić, aby zaspokoić żądania gestapowców. O dziwo, na liście krajów, które powinny być szczególnie wzięte pod uwagę nie ma Polski, ale takie kraje jak: Argentyna, Kanada, Chile, Izreal, Meksyk, Chiny, Rosja, Tajlandia, Ukraina czy Wenezuela. Miło wiedzieć, że w Kanadzie niby mniej szanują IP niż w Polsce.
Polska jest na liście krajów, na które należy zwracać uwagę, a to dlatego, że:
- Policja za mało spraw rozpoczyna z urzędu i zajmuje się jedynie poważniejszymi przypadkami.
- Rząd za mało przeznacza środków na polepszenie skuteczności policji w walce z piractwem w internecie.
- Za dużo sprzedaje się płyt CD i DVD na Stadionie i wciąż nie wypowiedziano dzierżawy zarządcy, który za mało się stara.
- Nie zakazano sprzedaży płyt na innych stadionach i bazarach, szczególnie przy granicy z Niemcami.
- Celnicy za mało łapią przemycanych płyt ze wschodu.
- Urzędnicy za słabo współpracują z właścicielami praw.
- Prokuratorzy nie naciskają, aby sprawy o naruszenie praw autorskich były załatwiane w trybie pilnym.
- Nie ma specjalnych prokuratorów, którzy zajmowaliby się jedynie takimi sprawami.
- Nie stosujemy praw dotyczących przestępczości zorganizowanej do spraw związanych z piractwem.
- Nie mamy specjalnych sędziów i sądów specjalizujących się w kwestiach własności intelektualnej.
- Za mało ćwiczymy policjantów, prokuratorów i sędziów w kwestiach wymuszania przestrzegania praw autorskich.
- Za mało spraw jest wszczynanych z urzędu i powinny one obejmować filmy, muzykę, książki, a nie jedynie oprogramowanie.
- Techniczne zabezpieczenia są wciąż za słabo prawnie chronione, a wyłączenia dotyczące prywatnego użytku są zbyt szerokie.
- Nie wprowadzono kryminalnej odpowiedzialności za piractwo internetowe.
- Zbiorowe organizacje zarządzania prawami są zbytnio regulowane.
To ostatnie zastrzeżenie jest szczególnie zabawne dla każdego, kto wie, że nie ma lepiej kryjącej swe finansowe machinacje organizacji niż ZAiKS.
Powyższa lista to jedynie te sprawy, na które trzeba największy nacisk położyć w 2007 roku. Dalsza część raportu opisuje dokładniej sytuację w naszym kraju i możliwe drogi jej polepszenia. No bo wciąż u nas nie dostaje się roku za kratami za nagranie na kamerę filmu z kina, a to jest minimalna kara, jaka powinna spotkać takiego “bandytę”. No i wciąż studenci kserują podręczniki. Jak tak można! Kto ciekaw, niech sobie całość poczyta.
Głośno jest o najnowszym raporcie Banku Światowego – „Doing Business 2005”. Według tego raportu Polska zajmuje 45 miejsce w rankingu, ale jestem pewien, że nie spędzi to ani sekundy snu z powiek naszych możnowładców. Poza tym, nasza pozycja oznacza, że jest jeszcze setka krajów, w których interesy robi się jeszcze gorzej niż w Polsce. Więc czym się mają martwić?
Zajrzałem na stronę Banku Światowego poświęconą właśnie robieniu interesów, aby zapoznać się z bardziej dokładnymi danymi. Postanowiłem porównać szczegółowe dane dotyczące lidera rankingu, czyli Nowej Zelandii, z danymi dotyczącymi Polski oraz naszego sąsiada, Słowacji.
Zacznijmy od otwierania biznesu, czyli według kryteriów wyznaczonych przez Bank, od rejestracji i założenia spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. W proces ten wliczone jest dokonanie wszelkich rejestracji koniecznych do rozpoczęcia działalności i zatrudniania pracowników, czyli także załatwienie spraw z urzędem podatkowym i ubezpieczeniem społecznym.
W Nowej Zelandii trwa to średnio 12 dni, obejmuje 2 etapy, można je załatwić zdalnie (częściowo wypełniając formularze online, oraz wysyłając je pocztą). Całkowity koszt założenia firmy do około 40 USD. Taka spółka nie musi nawet mieć statutu, a wymagane są jedynie: zarejestrowana nazwa, przynajmniej jeden udział, jeden udziałowiec, zarejestrowane biuro i adres. Nie trzeba mieć nawet kapitału założycielskiego. I tyle!
Dla porównania w Polsce rejestracja podobnej firmy obejmuje 10 etapów, trwa średnio 31 dni i kosztuje około 1160 USD. Minimalny kapitał zakładowy to 50000 PLN, czyli 237% dochodu na głowę mieszkańca (dla przypomnienia w Nowej Zelandii to 0%). Notarialna umowa spółki, statut, władze, potem NIPy, REGONy, ZUSy i tym podobne zabawy. Nic, tylko zakładać biznes.
Na Słowacji jest trochę lepiej niż Polsce, ale to i tak lata świetlne od Nowej Zelandii. Rejestracja firmy obejmuje 9 etapów, trwa średnio 52 dni i z opisu wydaje się znacznie prostsza niż ta, którą mamy w Polsce. Koszt tej operacji to 374 USD. Minimalny kapitał zakładowy to 46% przychodu na głowę mieszkańca (odrobinę mniejszego niż Polski: $4920 vs. $5270).
Na drugie kryterium porównania wybrałem egzekucję umów. I tak w Nowej Zelandii proces egzekucji umowy (odzyskanie długu) trawa 50 dni, obejmuje 19 etapów i kosztuje 4,8% sumy długu. W Polsce (z tego jesteśmy znani) trwa to 1000 dni, obejmuje 41 etapów i kosztuje 8,7% sumy długu. Tutaj mamy się czym „pochwalić”. Na Słowacji niewiele lepiej: 565 dni, 27 etapów i 15% sumy długu. Wciąż lata świetlne za Nową Zelandią.
Myślę, że dokładniejsze przyjrzenie się raportowi dotyczącemu Nowej Zelandii mogłoby rozjaśnić w niektórych głowach. Często przy dyskusjach dotyczących gospodarki podnoszony jest temat uproszczenia całego systemu, ale zawsze jakaś zatroskana partia zgłasza jakieś „ale…” A przykład Nowej Zelandii pokazuje się, że się jednak da, że nie potrzeba skomplikowanych i kosztownych procedur, sztucznych barier, rozbudowanej biurokracji. Według komentarza jednego z autorów raportu, przyjęcie w Polsce podobnych reform do słowackich, zapewniłoby nam dogonienie Niemiec w ciągu 25 lat. A dlaczego nie postuluje się pójścia w ślady Nowej Zelandii? Nie trzeba nam leczenia zachowawczego, ale radykalnej kuracji, do cholery!















