Free Bieber

Moje przepowiednie dotyczące tego, że jeszcze czekają nas czasy kopyrajtowego zamordyzmu, nie są wcale takie mocno przesadzone. Amerykański Kongres debatuje nad prawem, które miałoby uczynić przestępstwem z możliwością kary 5-letniej odsiadki umieszczenie w serwisach typu YouTube materiałów wideo, które zawierają chronione prawem autorskim utwory. Przykładem takiego przestępstwa ma być na przykład zamieszczenie wideo, na którym śpiewamy utwór chroniony prawem autorskim. Jak się okazało, Justin Bieber, gwiazda pop, zaczynał swoją karierę właśnie w ten sposób – w świetle planowanego prawa, każdy, kto chciałby pójść podobną drogą tego gwiazdora, będzie zagrożony karą odsiadki.

Powstała właśnie strona – Free Bieber – która w ten obrazowo ilustruje problem z tym zamordystycznym prawem. I tu nie chodzi wyłącznie o śpiewanie piosenek czyjegoś autorstwa, ale każde wideo, które będzie zawierać w sobie chronione prawem autorskim utwory. Twórcy tego prawa kontrują, że nie chodzi wcale o takie sobie śpiewanie na YT, ale jedynie o takie serwisy, które zarabiają na prezentowaniu chronionych materiałów. Jak się im uda, to dopiero praktyka pokaże, o co naprawdę chodziło.

5 lat kicia? Nawet Justin Bieber nie zasługuje na taki los…


Jak poznać niebezpieczne prawo?

Wśród tysięcy nowych praw uchwalanych w legislacyjnym amoku przez niemiłosiernie nami panujących demokratycznych przedstawicieli, znajduje się mnóstwo praw naprawdę niebezpiecznych. Od drobnicy począwszy, po prawa naprawdę fundamentalne. Można oczywiście analizować i dyskutować faktyczne skutki wszystkich tych praw, ale okazało się, że jest bardzo prosty test, który udziela odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy dane prawo czyni niemożliwym lub bardzo trudnym próbę obrony życia niewinnej osoby, jeśli rząd zechcę taką osobę uwięzić lub zabić?

Jest to Test Żyda w piwnicy. Jeśli dane prawo nie przejdzie tego testu, jest bardzo złe i trzeba mu się przeciwstawiać. Oto parę przykładów współczesnych nam praw, które nie zdają takiego testu:

  • Konieczność posiadania dowodu osobistego i obowiązku meldunkowego. Taki wymóg pozbawia ludzi należących do uciskanej grupy możliwości podawania się za członków grup akceptowanych przez rząd.
  • Przeszukania własności obywateli bez uzasadnionej przyczyny. Wyobraź sobie, że próbujesz przewieźć swojego Żyda z jednej kryjówki (piwnicy) do innej, a policja może swobodnie, pod dowolnym pretekstem (walki z terroryzmem, narkotykami, etc.) dokonywać przeszukiwań poruszających się prawidłowo samochodów – w takim wypadku zarówno ty, jak i „ładunek” ląduje w obozie „pracy”.
  • Rządowy monopol na dostarczanie usług medycznych, oczywiście pod pretekstem zapewnienia dostępu dla wszystkich. W takim wypadku jak zapewnisz opiekę medyczną swoim Żydom?
  • Ograniczenie dostępu do broni palnej oraz rejestracja tejże i jej właścicieli. Brak skutecznych środków do obrony uciskanej grupy zapewnia, że pociągi będą jeździły do obozów bez przeszkód. Przekonały się o tym miliony ludzi w ubiegłym wieku.
  • Ograniczenie lub eliminacja anonimowych transakcji finansowych. W takim wypadku zakup jedzenia i innych środków dla „Żydów w piwnicy” będzie niemożliwa bez zwrócenia na siebie uwagi tych, którzy chcą wiedzieć na co ludzie wydają swoje pieniądze. Już dziś po obserwacji wydatków można wykryć tych, którzy handlują narkotykami, czy działają w szarej strefie. Dziś załatwia się takich „bandytów”, jutro przyjdzie czas na „Żydów”.

Koncepcja testu nie jest, niestety, moja, podobnie jak przykłady zastosowania testu (no i w oryginale był „Żyd na strychu”, ale to gorzej po polski brzmi). Niemniej jednak, jest to znakomity probierz prawdziwych intencji twórców nowych praw. I, żeby nie było, nie uważam, że prawo, które przejdzie ten test, jest od razu automatycznie dobre.


Awantura o noże

PiSowi najwyraźniej brakuje doznań dostarczanych przez kwestie katastrofy smoleńskiej, więc przypomnieli sobie, że także należą do elity naprawiaczy świata i postanowili „rozwiązać” jeden problem – przestępstw dokonywanych ofensywną bronią białą, czyli nożami i innymi ostrymi narzędziami. Bo ktoś gdzieś kogoś nożem zabił i zagrożenie jest.

Usiedli gdzieś i nakreślili nową ustawę, która będzie, w ich mniemaniu, godzić w przestępców, który nagminnie używają niebezpiecznych narzędzi w dokonywaniu przestępstw. Bo się tej ustawy przestraszą, jak dotychczas bali się istniejącego prawa. Bo tylko dlatego, że nie było jeszcze więcej zakazów, ludzi nagminnie robią sobie krzywdę.

A tak naprawdę, to przecież „prawo jest zbyt liberalne”, a liberalne prawo to coś, czego żaden etatysta znieść nie może. A PO pewnie ich poprze, że przecież oni liberalizm to widzieli jedynie na swoich hasłach wyborczych.

Według planowanego prawa, broń białą w miejscu publicznym będzie można posiadać jedynie w celu realizacji celu zgodnego z prawem. Jak to się przekłada na zrozumiały język, nie mam pojęcia. A szkoda, bo można zarobić 2 lata za kratami. Na szczęście moje noże nie będą się kwalifikować.

A tak swoją drogą, nie pamiętam czy widziałem kiedykolwiek kogoś w miejscu publicznym z mieczem, maczetą lub kataną…


Antynikotynowi fanatycy

Świetny tekst Tomasza Gabisia, pochodzący z 2007 roku, a w obliczu obwiązującego od poniedziałku prawa, nabierający teraz tylko aktualności. Wybrałem tylko fragment, który świetnie podsumowuje moją postawę w tym sporze – tak, jestem „palaczem politycznym”:

Amerykański pisarz L. Neil Smith, autor wydanej również w Polsce trylogii Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów, Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona, Lando Carlissian i Gwiazdogrota ThonBoka w manifeście „Kiedy przyszli po palaczy” oznajmia, że choć sam nie pali, to w obliczu coraz większego ograniczania wolności w ramach Wojny z Tytoniem postanowił zostać „palaczem politycznym”, gdyż palacze pozbawiani są dzisiaj praw ludzkich, ich godność depczą ci, którzy „zawsze czynią Dobro”, którzy, jak pisał Henry Louis Mencken, budzą się w środku nocy, zlani zimnym potem, drżąc ze śmiertelnego strachu, że ktoś gdzieś może być szczęśliwy. Odziedziczyłem po ojcu fajkę, wyznaje Smith, ładnie pachnie, czasami nawet potrzymam między zębami, choć nabijać jej nie zamierzam. Dzisiaj ta fajeczka traktowana jest jak sprzęt heroinistów, dlatego będę ją wszędzie ze sobą zabierał, żeby kłuć nią w oczy antytytoniowych fanatyków i prowokować ich; niech poczują niepokój, niech poirytują się, nie dajmy się nabrać na ich gadkę o „biernym paleniu”, po prostu ich zwichrowane umysły nie znoszą tego, że ktoś może z rozkoszą pykać sobie fajeczkę, nienawidzą zwykłych ludzkich przyjemności, nie są religijni, ale ciągle pragną tej oszalałej purytańskiej ekstazy, „nie wolno ci”, wrzeszczą, a jak nie posłuchasz, to przyjdą do ciebie z nagą siłą rządowego edyktu. Zostańcie politycznymi palaczami, nawołuje Smith niepalących, idźcie do najbliższego sklepu, kupcie tanią fajkę, pokazujcie ją ostentacyjnie w ulubionej restauracji, w autobusie, w kinie, w przedszkolu. Niech ta nie nabita fajka będzie znakiem naszej solidarności z prześladowanymi palaczami, aby nie dali sobie wmówić mediom i rządowi, że są sami; niechaj stanowi ona dla prohibicjonistów ostrzeżenie, że ich rządy terroru, prędzej czy później, spotka zasłużony koniec i zwycięży konstytucyjne prawo każdego Amerykanina, niezbywalne prawo każdego człowieka: pójść do piekła drogą, jaką sam sobie wybierze.


300 lat kopyrajtów

Dziś mija 300 lat od wejście w życie prawa, które dało początek całego prawodawstwa dotyczącego praw autorskich. 300 lat wydaje się długo, ale gdy spojrzymy na to przez pryzmat znacznie dłuższego czasu, w którym ludzkość tworzyła dzieła obecnie uznawanie za przedmioty „własności intelektualnej”, to argument o niezbędności praw autorskich dla tworzenia nowych dzieł nie wydaje się taki znów mocny.

Oczywiście, przez te ostanie 300 lat rozwój dzieł był znacząco większy niż w całej poprzedniej historii ludzkości, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że korelacja nie oznacza przyczynowości. Miliardy stworzonych przez użytkowników dzieł, z którymi możemy obcować w tysiącach serwisów, nie powstało dlatego, że mamy wyjątkowo mocne i zachęcające do tworzenia prawa autorskie, ale raczej wbrew nim. Oraz głównie dzięki nowym technologiom, których rozwój byłby jeszcze lepszy, gdyby nie ograniczenia praw autorskich i patentowych.


10 zasad

Szkoda, że to znów w wersji amerykańskiej, ale miło popatrzeć. Dobrze nakręcone, wysoka jakość, dobre production values. Tak to się powinno robić.


Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo