Dziś mija 300 lat od wejście w życie prawa, które dało początek całego prawodawstwa dotyczącego praw autorskich. 300 lat wydaje się długo, ale gdy spojrzymy na to przez pryzmat znacznie dłuższego czasu, w którym ludzkość tworzyła dzieła obecnie uznawanie za przedmioty „własności intelektualnej”, to argument o niezbędności praw autorskich dla tworzenia nowych dzieł nie wydaje się taki znów mocny.
Oczywiście, przez te ostanie 300 lat rozwój dzieł był znacząco większy niż w całej poprzedniej historii ludzkości, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że korelacja nie oznacza przyczynowości. Miliardy stworzonych przez użytkowników dzieł, z którymi możemy obcować w tysiącach serwisów, nie powstało dlatego, że mamy wyjątkowo mocne i zachęcające do tworzenia prawa autorskie, ale raczej wbrew nim. Oraz głównie dzięki nowym technologiom, których rozwój byłby jeszcze lepszy, gdyby nie ograniczenia praw autorskich i patentowych.
Szkoda, że to znów w wersji amerykańskiej, ale miło popatrzeć. Dobrze nakręcone, wysoka jakość, dobre production values. Tak to się powinno robić.
Neal Asher, brytyjski autor science fiction, którego książki zalegają na mojej kupce, i które powoli sobie czytuję, ma swój blog, o tematyce różnej. Jeden z niedawnych wpisów dotyczył znanej sprawy, gdy grupa bandytów napadła bogatą rodzinę i jeden z nich dostał to, na co zasługiwał, czyli kijem po łbie. Państwo, a jakże, ujęło się za bandytą i wsadziło za kraty ojca rodziny i jego brata, którzy dopuścili się bluźnierstwa – wymierzyli sami sprawiedliwość na jednym z bandytów rozwalając ten głupi łeb. Za to państwo postanowiło ich przykładnie ukarać, a uszkodzonego bandytę wypuścić, aby mógł spokojnie wrócić do swojego kryminalnego rzemiosła. Po apelacji jeden z braci został zwolniony, ale drugi, który nie był bezpośrednim obiektem ataku, ale wspierał brata, został z dwuletnim wyrokiem.
Autor bloga zamieścił celny komentarz dotyczące tego, dlaczego jego zdaniem państwo (jego wymiar niesprawiedliwości) postąpiło w ten sposób:
W tym wszystkim chodzi o państwo nie chcące, aby ktokolwiek z obywateli miał jakąkolwiek moc, gdyż w rzeczywistości władza państwa nad tobą jest ważniejsza niż jego możliwość obrony cię przed kryminalistami. Jeśli jakiś gnój zabije cię w twoim własnym domu, państwo nie jest zagrożone, ale gdy weźmiesz odpowiedzialność za siebie, zaczniesz działać za siebie i myśleć za siebie, to po prostu jest to dla państwa zbyt niebezpieczne.
Państwo nie życzy sobie, abyśmy brali sprawy w swoje ręce – to ma być jego monopol. Obserwując podobne przypadki u nas, nie trudno dojść do podobnego wniosku – państwo nie chce, abyśmy stali się dla niego konkurencją i przeciwnikiem. Dlatego nas skutecznie rozbraja, a następnie zniewala siecią praw oraz trzyma w urzędniczej matni. Mamy być posłuszni i bezsilni. I dobrze mu idzie.
Jacek Sierpiński wystosował do ministerstwa list, który (po drobnej modyfikacji) pozwolę sobie przytoczyć poniżej w całości. Zachęcam do wysyłania go do Departamentu Komitetu Rady Ministrów (dkrm@kprm.gov.pl), a także do innych przedstawicieli władzy wykonawczej i ustawodawczej. Nie sądzę, że to wiele zmieni, ale warto zrobić choć tyle, nie ruszając się z fotela.
W związku z pracami legislacyjnymi prowadzonymi nad projektem ustawy o zmianie ustawy o grach hazardowych oraz niektórych innych ustaw (przekazanego w dniu 8 grudnia br. na posiedzenie Komitetu Rady Ministrów w dniu 14 grudnia br.), który to projekt przewiduje przymusowe blokowanie użytkownikom Internetu dostępu do stron i usług wpisanych do Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, pragnę jako obywatel RP i wieloletni aktywny użytkownik Internetu wyrazić swoje zaniepokojenie i przekonanie o rażącej niekonstytucyjności tego pomysłu.
Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę, że wpisanie strony internetowej lub usługi do rejestru, skutkujące obowiązkiem blokowania dostępu do niej przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych miałoby nastąpić w wariancie I proponowanego projektu nie w wyniku wyroku sądu, lecz wskutek żądania organów ścigania (policja, ABW, wywiad skarbowy, Służba Celna). W takim przypadku jest możliwe, że zostanie zablokowany dostęp do treści, które w rzeczywistości nie są „treściami niedozwolonymi” w rozumieniu ustawy, a tylko zostaną uznane za takie przez funkcjonariuszy wyżej wymienionych służb.
Mogę się tu powołać na doświadczenie Jacka Sierpińskiego. W 2007 r. policja otrzymała donos, że na jego stronach internetowych w istniejącej wówczas domenie sierp.tc.pl znajdują się „treści pedofilskie”. Zostało w tej sprawie wszczęte śledztwo i po kilku miesiącach dostęp do plików całej domeny (a także do plików domeny libertarianizm.pl znajdujących się w podkatalogu) został zablokowany przez właściciela serwera, który był przesłuchiwany jako świadek (i prawdopodobnie obawiał się, że może zostać pociągnięty do współodpowiedzialności, jeśli byłyby tam naprawdę zabronione prawem treści). Po kilku kolejnych miesiącach, po uzyskaniu opinii biegłego, który uznał, że treści będące przedmiotem donosu nie miały charakteru pornograficznego, prokuratura umorzyła śledztwo z braku znamion przestępstwa, a właściciel serwera po przesłaniu mu postanowienia prokuratury odblokował dostęp do plików.
Dowodzi to faktu, że ocena funkcjonariuszy organów ścigania nie zawsze jest prawidłowa – co w przypadku proponowanych rozwiązań może doprowadzić do sytuacji, w której „na wszelki wypadek” użytkownikom Internetu będzie przymusowo blokowany dostęp do treści nie będących faktycznie treściami niedozwolonymi, bez związku z jakimkolwiek postępowaniem karnym umożliwiającym ocenę faktycznego stanu rzeczy zgodnie z ustaloną procedurą przez sąd, prokuratora lub biegłych. W mojej ocenie narusza to w sposób niedopuszczalny konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji (art. 54, ust. 1 Konstytucji RP).
W wariancie II proponowanego projektu przewidywana jest „uprzednia kontrola sądu” polegająca na tym, że wpisanie strony internetowej lub usługi do rejestru miałoby nastąpić wskutek postanowienia sądu na jednoosobowym posiedzeniu, na wniosek organów ścigania (policja, ABW, wywiad skarbowy, Służba Celna). Nie jest przewidziane jednak żadne postępowanie dowodowe (w tym możliwość powoływania biegłych), ani też umożliwienie uczestnictwa w posiedzeniu podmiotowi prowadzącemu daną stronę internetową lub usługę. W praktyce sąd miałby wydawać postanowienie wyłącznie na podstawie materiałów przedstawionych przez funkcjonariuszy organów ścigania. Od tego postanowienia miałoby przysługiwać zażalenie, nie jest jednak określone, komu. Ponadto zażalenie mogłoby być składane dopiero po wpisaniu strony lub usługi do rejestru. W tej sytuacji również i ten wariant narusza w sposób niedopuszczalny konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji.
Po drugie, proponowane rozwiązania przewidują możliwość zablokowania dostępu do treści, których pobieranie i czytanie nie jest przestępstwem (np. propagujących faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa – w tym przypadku przestępstwem wg polskiego prawa jest tylko rozpowszechnianie takich treści). Oznacza to w szczególności, że dopuszcza się zablokowanie polskim użytkownikom Internetu dostępu do treści, które z jednej strony mogą być przez nich legalnie pobierane i czytane, z drugiej zaś strony mogą być legalnie rozpowszechniane zgodnie z prawem państwa, w którym znajduje się serwer z tymi treściami (teoretycznie może dotyczyć to nawet oficjalnych rządowych stron niektórych państw, takich jak np. Korea Północna, Kuba, Iran, Libia czy Wenezuela). Innymi słowy, dostęp może być zablokowany nawet wówczas, gdy z założenia nie może stanowić on żadnego przestępstwa zarówno ze strony odbiorcy, jak i nadawcy treści. W mojej ocenie narusza to wymienione wyżej konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji w sposób niedopuszczalny i rażący.
Po trzecie, proponowane rozwiązania nie wykluczają możliwości, że adres elektroniczny wpisany do rejestru będzie wskazywał nie tylko na stronę internetową lub usługę zawierającą treści uznane za niedozwolone, ale również na inne, niezwiązane z nią strony lub usługi. Jest to możliwe w przypadku, jeśli tym adresem będzie adres IP (w postaci numerycznej) lub domena internetowa. Oznacza to, że blokowanie dostępu do stron i usług niedozwolonych może oznaczać również zablokowanie użytkownikom Internetu dostępu również i do innych, powiązanych adresowo stron i usług. Projekt przewiduje jedynie, że „wniosek (…) powinien wskazywać adres elektroniczny w sposób pozwalający na wykonanie obowiązku blokowania (…) z zachowaniem proporcjonalności i możliwie najmniejszej dolegliwości zakresu blokowania”, co faktycznie oznacza przyzwolenie na wpisywanie do rejestru adresów obejmujących np. całe platformy hostingowe przy uzasadnieniu, że „inaczej się nie da” i jest to „najmniejsza dolegliwość zakresu blokowania”. Również i to narusza wymienione wyżej konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji w sposób niedopuszczalny i rażący.
Po czwarte, chciałbym zwrócić uwagę, że od wpisu strony internetowej lub usługi do rejestru, skutkującego przymusowym zablokowaniem dostępu do niej, nie przysługuje jakakolwiek procedura odwoławcza użytkownikowi Internetu, który został tego dostępu pozbawiony. Z uwagi na to, że zablokowanie dostępu do treści znajdujących się w internecie stanowi ograniczenie wymienionego wyżej konstytucyjnego prawa takiego użytkownika do pozyskiwania informacji, brak takiej procedury stanowi w mojej ocenie odebranie mu prawa do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez uzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd, przewidzianego w art. 45, ust. 1 Konstytucji RP, jak również narusza art. 77, ust. 2 Konstytucji RP, stanowiący, iż ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.
Procedura odwoławcza nie przysługuje również przedsiębiorcom telekomunikacyjnym, którzy obowiązani są blokować dostęp do stron i usług wpisanych do rejestru, jak również – w praktyce – tym z podmiotów prowadzących strony internetowe, które nie dysponują i nie mogą dysponować dokumentami potwierdzającymi ich tytuły prawne do tych stron (co jest sytuacją nagminną, np. w przypadku blogerów korzystających z publicznie dostępnych, darmowych platform blogowych, na których rejestracja nie wymaga ani zawarcia pisemnej umowy, ani nawet podawania większości danych osobowych). Dodatkowo nawet w przypadku podmiotów dysponujących takimi dokumentami procedura dopuszcza możliwość odwołania się do sądu dopiero od decyzji odmawiającej wykreślenia strony lub usługi z rejestru, a nie od samego wpisu. Również i to stanowi w mojej ocenie naruszenie art. 45, ust. 1 Konstytucji RP.
Dodatkowo, w wariancie II projektu nie jest przewidziana możliwość złożenia wniosku o wykreślenie strony internetowej lub usługi z rejestru przez kogokolwiek poza organem, na którego wniosek sąd wydał postanowienie o wpisie. Oznacza to, że ocena, czy ustały przesłanki do dokonania wpisu danej strony czy usługi do rejestru pozostawałaby nadal w gestii funkcjonariuszy organów ścigania, nie zaś sądu. W tym wariancie nie jest też określone, komu przysługuje zażalenie na postanowienie sądu o wpisie strony do rejestru – co czyni prawo do takiego zażalenia fikcją.
Po piąte i najważniejsze – proponowane rozwiązania stanowią cenzurę prewencyjną, wprost zakazaną w art. 54, ust. 2 Konstytucji RP. Zablokowanie dostępu do strony internetowej i usługi nie oznacza tylko zablokowania dostępu do określonych treści już po ich opublikowaniu – wtedy byłaby to cenzura represyjna – ale również do wszelkich innych treści, jakie mogą pojawić się później pod zablokowanymi adresami. W praktyce bardzo często zdarza się (blogi, fora internetowe, portale), że treści znajdujące się pod danym adresem szybko ulegają zmianie. W przypadku wpisania takiego adresu do rejestru, dostęp do wszelkich nowych treści, które pojawią się pod tym adresem byłby możliwy dopiero po wykreśleniu go z rejestru na wniosek podmiotu prowadzącego stronę (wariant I) lub z własnej inicjatywy organu, na którego wniosek dokonano wpis (wariant II) – przy czym organ podejmujący decyzję o wykreśleniu badałby, czy nadal pod tym adresem nie ma treści uznanych za niedozwolone. Jest to typowa cenzura prewencyjna (zakaz publikowania bez zgody instytucji cenzurującej).
W związku z tym apeluję o usunięcie wymienionych rozwiązań z przygotowywanego projektu ustawy.
Gdy używam terminu IP gestapo, to nie czynię tego jedynie, aby dopiec zwolennikom „własności” intelektualnej. Jestem przekonany, że jedyną skuteczną metodą obroty tego przestarzałego konceptu jest stworzenie policyjnych sił, które nie przebierając w środkach będą walczyć z tymi, które prawa autorskie naruszają, czyli praktycznie z każdym, kto ma jakieś bardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne, o komputerach już nie wspominając.
Wiedzą o tym także w UK, ojczyźnie wielu totalitarnych pomysłów i rozwiązań. Dziś tematem dnia jest wiadomość, że właśnie tamtejszy rząd zabrał się potajemnie, a jakże, do tworzenie takiego IP gestapo. Chodzi o stworzenie urzędu/organizacji, które będzie mogła się dość swobodnie rozprawiać się z tymi, którzy naruszą prawa właścicieli praw autorskich. W grę wchodzi:
- swobodne (bez udziały prawodawców) tworzenie kar i rekompensat za naruszenie praw autorskich (ustanawianie kar więzienia, odcinanie od internetu, itp.);
- nadawanie właścicielom praw specjalnych uprawnień pozwalających na odnajdywanie naruszających ich prawa (zmuszanie dostawców internetu do ujawniania danych klientów, wprowadzania cenzury stron i serwisów, itp.);
- zmuszanie do współpracy wszystkich, którzy mogą mieć związek z ewentualnymi naruszeniami praw (przymuszanie dostawców do szpiegowania klientów i ich działalności w sieci, zmuszanie firm do zapewniania, że użytkownicy nie będą naruszać praw, tworzenia specjalnych milicji czuwających nad przestrzeganiem praw autorskich w sieci).
Jak to emocjonalnie podsumował Cory Doctorow: „Jest to wypowiedzenie wojny przez przemysł rozrywkowy i podległych im prawodawców wolności słowa, prywatności, wolności zgromadzeń, domniemania niewinności i konkurencji.”
Mnie to niespecjalnie szokuje, bo od dawna spodziewałem się, że będą tego próbować. Musi być trochę gorzej, aby potem zapanowała nam infoanarchia.
Senat będzie wkrótce radził nad nowym prawem, które pochyla się nad bezbronnymi istotami, czyli dziećmi. Wiadomo, wszystkie dzieci są nasze, więc nie ma takiej rzeczy, której dla dzieci się nie zrobi. Czasem nawet wyleje się dziecko z kąpielą, jak się dobrze postara. Przychylenie nieba dzieciom jest szlachetne, ale że przy okazji komuś przywali się w łeb, to przecież żaden kłopot. Wszakże chodzi o dzieci!
A konkretnie to chodzi o artykuł 200b nowego prawa:
Art. 200b. Kto publicznie propaguje lub pochwala zachowania o charakterze pedofilskim, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Mógłbym pokusić się o głębsza analizę tego zapisu, ale na szczęście już w 2007 roku zrobił to znacznie lepiej ode mnie Bartłomiej Kozłowski.
Pytanie, co zrobię, gdy to proponowane prawo stanie się prawem faktycznie obowiązującym? Bo przecież sam na tym blogu mam wpisy, które dotykają tematyki pedofilii i krytykują panujące obecnie rozwiązania prawne. Postulowałem obniżenie wieku przyzwolenia, krytykowałem anty-pedofilską histerię, a nawet, o zgrozo, gdzieś w komentarzach wpisał mi się „pozytywny pedofil” Misiaczek. Czy może to być uznane za propagowanie lub pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim? Nie chcę być tym, który będzie musiał to sprawdzić w sądzie. O tekstach na libertariańskim wiki nawet nie wspomnę – już były one w przedmiotem zainteresowanie prokuratury, a teraz ja jestem odpowiedzialny za tę, tworzoną przez użytkowników witrynę.
Obawiam się, że dam przysłowiowej dupy i jak przyjdzie czas, to wszystkie podejrzane teksty zamażę na czarno i wstawię stosowną adnotację, jak to na dobre czasy cenzury przystało. Wiem, rok nie wyrok, ale jakoś nie mam ochoty…














