Zasłyszane z radia

Jechałem sobie w sobotę do pracy (ach ten znienawidzony crunch – stąd taka cisza na blogu ostatnio) i słuchałem, jak zwykle, radia. A tam same ciekawostki.

Na początek w Radiu Kampus rozmowa z jakąś młodą podróżniczką, która opowiadała o turystyce w Birmie. Dowiedziałem się, że Birma to jakiś autorytarny reżim wojskowy, „z którym możemy się nie zgadzać”. A będąc tamże turystami, jesteśmy zmuszeniu do wspierania tego, niepodobającego się nam reżimu, który zabiera 30%-50% z tego, co jako turyści płacimy biednym mieszkańcom Birmy, którzy mają od reżimu pozwolenie nas gościć.

I tutaj naszła mnie refleksja, która raczej jest obca większości słuchaczy i prowadzących Radia Kampus. Otóż nasz reżim, z którym ja osobiście nie zgadzam się znacznie bardziej niż z reżimem Birmy, pozbawia nas należnych nam pieniędzy w równym, a kto wie, czy nie większym stopniu (zależy jaki sobie weźmiemy indeks, ale generalnie pracowników najemnych łupi znacznie mocniej). Ba, nasz reżim także decyduje o wielu sprawa za nas poprzez bizantyjskie konstrukcje praw regulujących coraz większe obszary życia.

To, że nauczyliśmy się z naszym reżimem żyć, i że jeszcze nie posyła nas za wiele spraw za kraty, nie oznacza to, że żyjemy w oazie wolności. Przyzwyczailiśmy się do bycie gnębionymi, ostatecznie dajemy na to przyzwolenie od pokoleń.

W ramach rozwoju intelektualnego, postanowiłem posłuchać innych stacji i użyłem funkcji „seek” radia, losowo szukając czegoś ciekawego. Los chciał, że natknąłem się na dyskusję z politykami w TOK FM (moje radio pozwala mi słuchać tylko część z wielu dostępnych w Warszawie stacji, więc nie mam za dużego wyboru).

Politycy toczyli dyskusję na temat państwowych mediów, zwanych dla niepoznaki „publicznymi”. Media państwowe, głównie telewizja, mają taką właściwość, że zawsze się politykom nie podobają. Zazwyczaj dlatego, że zawsze rządzi nimi nie ten, kto powinien: albo były neonazista, albo łże-prawica, albo lewica, albo ktoś inny. I ciągle politycy muszą wysilać swoje, bądźmy szczerzy, nie za tęgie głowy, aby to jakoś naprawić. I jakby się nie starali, to wychodzi jak zawsze. W dyskusji nawet obwiniali trochę siebie, że takie skonstruowali prawo, że jest jak jest (nie wiem jak jest, bo rzadko oglądam telewizję, a państwową w szczególności). I tylko teraz pozostaje im zmienić ustawę, aby jakoś było lepiej.

Oczywiście, nikt z uczestników nie poruszył kwestii, że sam fakt, że mamy media państwowe jest źródłem problemu i cokolwiek zechcą zrobić, to ten fundamentalny problem będzie przeszkodą w osiągnięciu pożądanego celu – jakikolwiek by nie był. Bo jeśli przyjmiemy, że radio państwowe (publiczne) jest jakby własnością nas wszystkich, to nie ma takiej możliwości, aby powstał twór, który zadowoli wszystkich „właścicieli”. Ani nawet wszystkich polityków. Bo w sytuacji, gdy wszyscy mamy być zadowoleni, kto każdy, kto nie będzie, ma takie samo prawo „żądania” naprawy tej sytuacji jak każdy inny. Innej opcji nie widzę.

RAZ, który porzucił w kwestii mediów konserwatywno-liberalne podejście twierdzi, że wie, jak powinny wyglądać niezależne media państwowe. Bo prywatne to syf i malarnia, schlebiające najniższym gustom, a on jako już stateczniejsza konserwa, wymaga czegoś więcej. I wie, jak zrobić, aby wszyscy podatnicy, zafundowali mu idealną telewizję państwową. Ciekawe, jak zamierzałby przekonać do swojej wizji polityków, którzy co do telewizji państwowej mają zapewne zupełnie inne wizje.

Gdy media są prywatne, przynajmniej nie można mieć pretensji, że ktoś coś tam załatwia sobie za nasze pieniądze. Oczywiście mam na myśli prawdziwy wolny rynek mediów, bez żadnych koncesji i pozwoleń, najlepiej oparty o swobodny dostęp do odbiorców (bez przydziałów częstotliwości), gdzie każdy może spróbować swoich sił i zdobyć klienta. Technologia już na to pozwala – wystarczy popatrzeć na sytuację w internecie i pozwolić działać niewidzialnej ręce rynku.

No ale to mrzonki, bo na prawdziwie wolnym rynku mediów nie da się ukręcić tych politycznych lodów. No i obecni na nim teraz gracze wcale nie chcą, aby wyrosła im niepotrzebna konkurencja.

Dyskusja z mediów państwowych przeniosła się na taksówki, konkretnie warszawskie taksówki. Warszawa jest miastem o sporej taksówkowej konkurencji, a co za tym idzie, miastem względnie niskich cen za przejechany kilometr (niestety, za to okazji do nabijania kilometrów oferuje dużo – rekordowy kurs po imprezie z rozwiezieniem znajomych – 38km). Bez problemu można jeździć w cenie 1,6 PLN za kilometr w całkiem normalnej taksówce, z taksometrem, kasą fiskalną, ba, nawet z terminalem kart płatniczych. A jak ktoś się nie boi, może skorzystać z przewozu osób, będzie jeszcze taniej. Jest to efekt sporej konkurencji pomiędzy korporacjami taksówkowymi, których jest w Warszawie kilkadziesiąt, no i tym znienawidzonym „przewozem osób”, co to nie ma koncesji i w ogóle na podatkach na pewno oszukuje. Dla porówniania, w moim rodzinnym Rzeszowie, mieście najmarniej 10 razy mniejszym od Warszawy, taksówki kosztują 2,0 do 2,2 PLN za kilometr. Jak powiedział jeden z polityków „problem ten dotyczy głównie większych miast”. Ludzie w mniejszych miastach nie mają „problemu” tanich taksówek, jak przykład Rzeszowa pokazuje.

Taksówkarzom to się nie podoba, choć jak zauważył przytomnie jeden z rozmówców – nie istnieje coś takiego jak zadowolony taksówkarz, niezależnie od czasów. Ja tam pamiętam jeszcze czasy, gdy to taksówkarze wybierali sobie pasażerów i miejsca, do których chcieli jechać, i wcale ich nie żałuję. Znacznie bardziej wolę czasy obecne.

Taksówkarze jednak niezadowoleni są z „nieuczciwej konkurencji” przewozów osób, którzy nie mają koncesji (no i domyśle oszukują, samochody mają stare i w ogóle). Bo niby ta koncesja jest gwarancją dobrej obsługi przez klienta, no i znajomości topografii i w ogóle niekaralności. Kiedyś pewnie też oznaczała dobre stosunki z SB, ale to osobna historia.

Jak powiedziała pani polityk z PO, koncesja oznacza „większe bezpieczeństwo” dla klienta, który ma większe prawa. Dostaje kwitek, może się awanturować i dochodzić swego, jak zostanie oszukany. Koncesja jest dla naszego dobra. Choć ja pamiętam, że wszelkie warszawskie mafie taksówkowe, te spod Centralnego, Rotundy czy Okęcia, oszukujący naiwnych turystów, to byli zawsze koncesjonowani taksówkarze, bo wtedy jeszcze przewozu osób nie było.

Zapomniała pani jednak dodać, że koncesja to rynek regulowany, a więc nie wolny i nie konkurencyjny, a więc na pewno nie liberalny. A to oznacza zawsze wyższe ceny, czyli coś czego chyba żaden z klientów nie chce. Znaczy jeśli chce, to wolny rynek dostarcza mu takie możliwości, a jakże. Obecnie w Warszawie, jak ktoś ma ochotę zapłacić 3 złote za kilometr, to jak najbardziej może, choćby wybierając jakąś taksówkę hotelową. Jak lubi jeździć Mercedesem, to zawsze może zadzwonić do Merc Taxi i przejechać się za 2,8. Jak ktoś chce wiedzieć, gdzie dochodzić swojej sprawiedliwości, to niech jeździ taksówkami korporacyjnymi, a będzie mógł przynajmniej spróbować się poawanturować z korporacją. Jeśli nie ma ochoty korzystać na lotnisku z dopuszczonych tam taksówek (2,4 do 2,8), może sobie zadzwonić na taką za 1,6, poczekać chwilę i pojechać sobie taniej. Ale to tylko dlatego, że mamy jeszcze dużo konkurencji.

A co to topografii, to GPS (póki system działa), rozwiązuje ten problem.

PO, jak przystało na „liberalną” partię przystało, zamierza się z tym „problemem” uporać, uchwalając stosowne prawo. Nie, nie zamierza zwiększyć (wyrównać) konkurencyjności na tym rynku poprzez zniesienie koncesji w ogóle – takie rzeczy nie mieszczą się „liberałom” w głowach. Chcą „nieuczciwość” konkurencji zlikwidować poprzez regulację rynku taksówkowego. „Bo tak w ogóle, to taksówek jest w Warszawie za dużo”. No ja tam nie wiem – w Sylwestra trzeba zamawiać je z wielogodzinnym opóźnieniem, ale poza tym, co to za argument? Jak jest ich za dużo, to ich liczba sama odpowiednio się zmniejszy – przecież to właśnie rynek jest w tych sprawach najlepszym regulatorem, a nie jakiś koleś w garniturze, któremu wydaje się, że dzięki ustawieniu na odpowiednim miejscu listy wyborczej, nabrał jakich cudownych zdolności określania jaka to jest optymalna liczba taksówek dla Warszawy. Tak więc, korzystajmy z tanich taksówek dopóki nam ich, w naszym najlepszym interesie, nie poregulują „liberałowie” z PO z całą pozostałą pro-socjalistyczną zgrają z opozycji. Czyli politycy, co to zawsze lepiej wiedzą od nas, co jest dla nas dobre.


Tak pracują nasze podatki

Świetna ilustracja autorstwa Niny Paley.


Przestępcy w służbowych samochodach

Wydawałoby się, że podstawowym zadaniem policji jest dbanie o bezpieczeństwo obywateli. Tym bardziej, że obywatele zostali w tej kwestii bardzo osłabieni, gdyż prawo do obrony koniecznej stoi u nas raczej po stronie napastnika (zagrożenie przekroczenia granic obrony koniecznej), a i obywatele zostali pozbawieni skutecznych narzędzi do obrony, oczywiście w trosce o ich bezpieczeństwo. Faktycznie to policja zajmuje się egzekwowaniem przestrzegania prawa i łapaniem tych, którzy go nie przestrzegają, co nie jest wcale tożsame z zapewnianiem nam bezpieczeństwa, czy pilnowaniem przestrzegania najistotniejszych dla nas praw. Nasze państwo się powoli totalizuje, stąd ilość praw, których przestrzegania trzeba przestrzegać nieustannie rośnie, powodując niebezpieczne przesunięcie się ciężaru ważności ze spraw ważnych na mniej istotne.

Ministerstwo finansów zamierza obarczyć policję dodatkową funkcją. Ma ona łapać i donosić urzędom skarbowym na nową, groźną kategorię przestępców skarbowych, czyli osoby, które używają samochodów służbowych do celów prywatnych. Bo wedle miłościwie nam panujących poborców podatkowych, czynność taka jest dochodem, który należy opodatkować. Ba, nie tylko opodatkować, ale ozusować i oskładkować zdrowotnie. Firmy mają prowadzić ewidencje, w których skrupulatnie będą wyliczać i wpisywać kiedy to pracownik używał auta do prywatnych celów, aby można było pracownika stosownie opodatkować. A jak nie, to opodatkuje się firmę, ryczałtem.

Nie wiem jakim trzeba być kretynem, i które studia skończyć, aby na poważnie skonstruować taki system i go potem wdrażać? Może ja, jako człowiek niewykształcony nie jestem w stanie pojąć tych spraw? Czy jeden kretyn z drugim nie zastanowił się, że to po prostu głupota, marnotrawienie czasu i pieniędzy? Czy w swoich analizach policzyli może ile to naprawdę kosztuje? Ile będzie kosztowało utrzymanie całego aparatu, który będzie to ewidencjonował, wyliczał, sprawdzał, pobierał? I ile w tym czasie ludzie ci mogliby zrobić pożytecznych rzeczy?

To oczywiście ekstremalny pogląd, ale uważam, że jeśli jutro jakaś świńska grypa wytłukłaby wszystkich urzędników w tym kraju, to byłby to najpiękniejszy cud w historii Polski.

Oczywiste jest, że policjant, który zajmować się będzie zawiadamianiem urzędów skarbowych o tak karygodnym przestępstwie jak używanie samochodu służbowego w celu osobistym, łatwiej przegapi przestępstwo, od którego ucierpi czyjeś życie lub mienie. Ale co tam, ważne jest, aby nas łupić ile się da. Aż pozdychamy.


W podatkowej opresji

OECD – Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju – przeanalizowała systemy podatkowe w swoich krajach członkowskich. Każdemu z nich wyliczony indeks ucisku podatkowego, wyliczanego na podstawie 18 kryteriów, które obejmują atrakcyjność podatkową, nadzór publiczny oraz prywatność finansową. Polska znalazła się w ścisłej czołówce, czyli na trzeciej pozycji dając się wyprzedzić jedynie Turcji i Włochom. Poniżej cały ranking:

  1. Italy 6.0
  2. Turkey 6.0
  3. Poland 5.9
  4. Mexico 5.9
  5. Germany 5.9
  6. Netherlands 5.8
  7. Belgium 5.6
  8. Hungary 5.6
  9. France 5.6
  10. Greece 5.5
  11. United Kingdom 5.3
  12. United States 5.3
  13. Norway 5.1
  14. Portugal 5.1
  15. Czech Republic 5.1
  16. Australia 5.1
  17. Spain 5.0
  18. Japan 5.0
  19. Sweden 4.9
  20. Finland 4.9
  21. Korea 4.9
  22. Denmark 4.8
  23. New Zealand 4.7
  24. Ireland 4.6
  25. Iceland 4.5
  26. Slovakia 4.5
  27. Canada 4.4
  28. Austria 4.2
  29. Luxembourg 3.4
  30. Switzerland 2.0

Kraje o indeksie większym i równym 5.5 uznawane są za mocno uciskające i, jak łatwo zauważyć, jest ich całkiem sporo, bo to cała pierwsza dziesiątka. Być może powszechne przekonanie jest, że wcale nie jest tak nam, podatnikom, źle, ale najwyraźniej przykład Szwajcarii pokazuje, że mogłoby być znacznie lepiej w tej, jakże niemiłej kwestii. No ale najlepiej byłoby, gdyby nie było tego złodziejstwa i nie trzeba by podatków nie płacić, a wtedy ucisk w tej kwestii zupełnie by nam nie groził.

Treść raportu w pliku PDF.


Wirtualny zysk

Istnieje w naszej (przynajmniej polskiej rzeczywistości) pojęcie zysku, który wynika z nie poniesienia straty i wydatku. Wymyślili to geniusze od łupienia poddanych podatników. Pokrótce polega to na opodatkowaniu wirtualnego „zysku”, gdy otrzymamy za darmo coś, za co powinniśmy w innej sytuacji zapłacić. Kiedyś była głośna prób sprawa opodatkowania Linuxa, gdy próbowany użytkowników tego systemu obarczyć podatkiem za brak kosztu w postaci licencji jakiegoś odpowiedniego produktu Microsoftu. Ta idea, zapisana ustawie, wciąż działa. Co gorsza, tę absurdalną konstrukcję podtrzymują sądy, ale czego oczekiwać po ludziach, którzy nie biorą odpowiedzialności za swoje decyzje? Okazało się, że jakiś sąd stwierdził, że pożyczka bez odsetek to zysk, który trzeba opodatkować.

Ja nie wiem, gdzie ci sędziowie się uczyli. Proponuję im przeanalizować następujący przypadek – mam 0 talarów, pożyczam 1000 talarów od znajomego bez procentów, oddaję mu za jakiś cza te 1000 talarów i znów mam 0. Gdzie jest ten zysk do opodatkowania? Oczywiście, nie mam też długu, ale wciąż nie widzę tutaj żadnego zysku…

Dobry komentarz z Onetu:

To pomału robi się chore! Dziewczyna jak idzie z facetem do łóżka to powinna potem wziąć pieniądze, bo jak tego nie zrobi to facet będzie miał zysk. Przecież w agencji za całą noc zapłacił by spore pieniądze, nieprawdaż?


KFC i studzienki

Firma KFC zaoferowała miastu Chicago usługę naprawy pokryw studzienek na ulicach w zamian za umieszczenie na nich swojego logo. Miasto nie zgodziło się, rzecz jasna ze względu na niebezpieczeństwo związane z odwracaniem uwagi kierowców przez takie reklamy. Ostatecznie zawsze może kosztem remontów obciążyć podatników, a przecież dziurawe drogi i zepsute studzienki są znacznie bezpieczniejsze niż zreperowane z namalowanymi reklamami KFC, no nie?

Dobry komentarz z blogu Mises.org:

Ale dlaczego studzienki oraz utrzymanie dróg w ogóle jest problemem? Rządy przez stulecia przekonują nas, że muszą być właścicielami dróg, że nikt inny nie może się tym zajmować, a budowa i utrzymanie dróg jest jednym z powodów, dla których właśnie musimy mieć rząd.

Mimo to, rządy fatalnie sobie z tym radzą. Niemalże codzień dochodzą nas raporty of walących się mostach, rozpadających się drogach i ogólnych koszmarnych problemach z infrastrukturą. I to przyłapało rząd z zaskoczenia? Czas życia dróg i mostów nie jest specjalną tajemnicą. Skoro drogi są specjalnością rządów, dlaczego sobie z tym tak marnie radzą, czemu nie zauważają, że mosty są w takim marnym stanie? Jakby to był problem, którego nie można było przewidzieć.

Tak więc teraz, w całej Ameryce, na poziomach lokalnych, stanowych i federalnych, Amerykanom oznajmia się, że trzeba podnieść podatki, aby naprawić drogi i mosty. Ale dlaczego? Przecież już mamy podatki na ten cel. Wpływy podatkowe na to opierają się o opłaty rejestracyjne, podatek w benzynie i dochodowy. A te podatki wzrastają albo ze zwiększeniem się ilości samochodów na drogach, albo z ilością przejechanych mil, albo ze wzrostem populacji, albo ze wzrostem ekonomicznym. Innymi słowy, wpływy z podatków wzrosły wielokrotnie, ale wciąż mówi się nam „ops, zapomnieliśmy o drogach, więc dajcie więcej kasy”.

Jak widać, w Ameryce rząd stosuje te same triki, co nasz, jeśli chodzi o wyciąganie pieniędzy rzekomo na drogi. I trzeba przyznać, że akurat w Illinois stan wielu dróg lokalnych nie odbiega od tego, co widzimy u nas w kraju. Jak widać nie jest to kwestia ilości pieniędzy, ale tego samego zepsutego konceptu – rząd zawłaszcza sobie jakieś dziedziny życia pod pretekstem, że jest dla nich najlepszym rozwiązaniem, po czym zupełnie sobie z tym nie radzi, bez względu na ilość zagrabionych na cel pieniędzy.


Wcześniejsze wpisy »