Wielka Brytania, pod naciskiem USA i Francji, planuje wprowadzić u siebie prawo nakazujące dostawcom internetowym odłączanie od internetu tych, którzy zostaną “oskarżeni” o nielegalne dziele się plikami zawierającymi chronione prawem autorskim utwory. Za pierwszy razem idzie mejlowe ostrzeżenie, za drugim chwilowe zawieszenie dostępu, a za trzecim - gol - zerwanie umowy o świadczenie usług.
To oczywiście marzenie organizacji reprezentujących największych dostawców rozmaitej treści (muzyki, filmów, itp.), który w ten sposób zamierzają rozprawić się z piractwem. Dostawcy internetowi na razie nie palą się do dobrowolnej współpracy ze stosownymi organizacjami, co wcale nie dziwi, gdyż nie jest to działanie w interesie ich klientów, a tym samym w ich własnym. Stąd właśnie pomysł rządowego przymusu - odłączanie piratów ma być obligatoryjne.
Oczywiście, nawet jeśli komuś podoba się taka koncepcja, to rodzi ona wiele wątpliwości. Kto będzie wydawał “wyroki” i na jakich zasadach? Czy będzie można się od nich jakkolwiek odwołać?
Co z “chilling effect”, czyli ograniczeniem swobodnego korzystania z otwartych bezprzewodowych punktów dostępowych WiFi? Ludzie zamiast cieszyć się ze swobody jaką daje bezprzewodowy dostęp do internetu, będą napotykali jedynie zamknięte sieci bezprzewodowe, zablokowane w obawie przed ponoszeniem konsekwencji za kogoś, kto może się podłączyć i wymienić się nielegalnym plikiem.
Zdecydowanie nie chcemy, aby internet zamieniał się w poletko kontrolowane przez kartele medialne.
New York Times oświecił nas, że ilość ściągniętych nielegalnie plików muzycznych jest 10 razy większa od ilości utworów ściągniętych legalnie. Zbadała to jedna z firm grupy monitorującej rynek NPD. Są główne dwa powody takiej właśnie proporcji: łatwość pozyskania utworów nielegalnych oraz dostępność i taniość pamięci masowych, czyli dysków twardych.
No właśnie. Aby ściągnąć sobie legalny utwór muzyczny, musimy skorzystać z oferty jakiegoś sklepu online. Tam czeka nas proces logowania, selekcji - trzeba dokonywać rozważnego wyboru, bo przecież każdy utwór kosztuje i szkoda kupować czegoś, co się nam potem nie spodoba, płacenia, no i wreszcie właściwego ściągnięcia. W nagrodę za ten wysiłek otrzymujemy plik muzyczny obłożony systemem DRM, który za nas decyduje, gdzie możemy go odtwarzać, najczęściej przywiązując utwór do konkretnego odtwarzacza muzycznego czy komputera. Niby utwór jest nasz, bo za niego zapłaciliśmy, ale tak naprawdę, to sklep za nas decyduje, co możemy z nim zrobić. No i jesteśmy w swoim wyborze ograniczeni do oferty danego sklepu - jak nie ma w nim tego, co nas interesuje, to nic nie możemy z tym zrobić.
Natomiast pirat nie ma takich problemów. Proces logowania załatwia za niego aplikacja P2P. Rozterek związanych z wyborem nie ma, bo jak się okaże, że to nie jest to, to można po prostu skasować pliki i o nich zapomnieć. Ściągnięte utwory są w przenośnym formacie MP3, który zadziała wszędzie, na każdym komputerze i na każdym odtwarzaczu. Można je nagrać na przenośnego playerka, odsłuchiwać z komputera, z płyty CD w wieży, a nawet w samochodzie. Możemy też podzielić się z rodzeństwem, dziewczyną czy kumplami. Wybór jest olbrzymi, od najświeższych hitów, po trudne do zdobycia gdziekolwiek indziej starocie i muzyka niszowa. Wadą tego systemu są rzekomo przymierający głodem artyści, ale to nie porusza raczej sumień zatwardziałych piratów. Czemu zresztą trudno się dziwić, porównując obie te oferty.
Co do pojemności dysków, to raczej niewiele tutaj się zmieni, poza stały zwiększaniem się pojemności i spadkiem ceny. Ja obecnie mam podłączone do mego systemu 690 GB przestrzeni dyskowej, w znacznej części nieużywanej. I wcale nie musiałem sprzedać rodowych klejnotów, aby posiąść te 5 dysków - po prostu zostawały mi po poszczególnych upgrade’ach systemu. To jest dużo więcej niż jestem w stanie zapełnić i na razie nie widzę możliwości, aby to się miało jakoś zmienić.
Nic dziwnego, że oba wymienione wyżej powody są właśnie przyczyną obecnego stanu rzeczy. To jest kolejny przykład tego, że technika wyprzedza stare myślenie na temat koncepcji “własności” intelektualnej. Będziemy musieli się nieźle nabiedzić, aby ściąganie nielegalnej muzyki uczynić bardziej skomplikowanym od zakupu muzyki legalnej. O zmniejszeniu pojemności dysków i ich ceny nawet nie wspomnę. Technologicznie nie jest to możliwe, ani też nie ma sensu, więc pozostają jedynie metody prawne: taksacja, inwigilacja i penalizacja. Ja wiem, państwo nie takie rzeczy potrafi, więc szykujmy się na najgorsze.
















