Wielu przeciwników ograniczania dostępu do broni palnej popiera wojnę z narkotykami, z kolei krytycy i reformatorzy amerykańskiego prawa narkotykowego pokładają nadzieję w kontroli dostępu do broni. Konserwatystów można zaliczyć do pierwszej grupy a liberałów do tej drugiej.
W rzeczywistości te dwie sprawy mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się zdawać. Gdy prawo określa rodzaj broni, jaką można kupować, posiadać, nosić przy sobie lub rodzaj narkotyków, jakie można kupować, posiadać i zażywać, mamy do czynienia z przestępstwem posiadania: nieszkodliwym wykroczeniem, gdzie zaledwie posiadanie czegoś jest określane jako przestępstwo i jest karane grzywną oraz karą więzienia.
Oba te zakazy są wysoce niemoralne, ponieważ naruszają fundamentalne prawo wolności osobistej. W wolnym społeczeństwie wszystkie jednostki są właścicielami samych siebie oraz owoców swej pracy i wymiany. Mogą też robić co tylko zechcą, o ile nie naruszają wolności i własności innych ludzi. Aresztowanie, ściganie i więzienie ludzi za posiadanie broni lub konsumpcję narkotyków jest pogwałceniem prawa do samoposiadania, a w związku z tym do kontroli nad własnym ciałem i własnością.
Prawo do samoposiadania implikuje prawo do samoobrony oraz nabywania środków do jego egzekwowania. Zatem, wszelkie racjonowanie dostępu do broni jest niemoralnym naruszeniem prawa do samoobrony i samoposiadania.
Prawo do samoposiadania obejmuje prawo do leczenia we własnym zakresie, do wyboru tego, co się chce zażyć. Albo jesteś właścicielem samego siebie, albo nie.
Przepisy ograniczające dostęp do broni uczyniły bezbronnymi miliony Amerykanów. Przepisy dotyczące narkotyków pozbawiły tysiące chorych na raka, AIDS i jaskrę dostępu do marihuany i jej leczniczych właściwości. Ingerencja w prawo wyboru metod leczenia oraz ograniczanie prawa do samoobrony stały się sprawami życia lub śmierci dla zbyt wielu pokojowo nastawionych Amerykanów. Koronny argument przeciw tym przepisom jest natury moralnej: ludzie mają prawo do samoposiadania, samoobrony, posiadania własności oraz kontroli nad swymi ciałami. W praktyce, pogwałcenie tych praw prowadzi do katastrofy.
Ze względu na szczególną naturę przestępstw posiadania, podobieństw pomiędzy ograniczaniem dostępu do broni oraz wojną z narkotykami jest znacznie więcej.
Dalszy ciąg tekstu na stronie Instytutu Misesa.
Rząd czeski dekryminalizuje posiadanie na własny użytek małych ilości substancji psychoaktywnych, czyli narkotyków. Już zdecydował, że zamierza pozwolić na posiadanie i hodowlę narkotyków naturalnych np. zioła i grzybków, pod warunkiem utrzymania odpowiednio małych uprawek. Zamierza też wkrótce określić ilość narkotyków syntetycznych, które będzie można posiadać na własny użytek bez obawy o szykanowanie ze strony policji.
Może to nie rewolucja, ale krok w dobrym kierunku. Nauczymy się czegoś od Czechów?
W Meksyku właśnie uchwalono „kontrowersyjne” prawo, które dekryminalizuje posiadanie małych ilości narkotyków na własny użytek. Dotyczy to szerokiej gamy narkotyków: marihuany, kokainy, heroiny, LSD czy amfetaminy. Prawo określa sztywną granicę ilościową, która określa kiedy mamy do czynienia „z własnym użytkiem”. Legalizuje ono faktyczny stan, gdy mimo istnienie restrykcyjnego prawa, nie karano uzależnionych za posiadanie małych ilości narkotyków. Drobny krok w kierunku normalności. Szkoda że w odległym Meksyku, a nie u nas.
„Dopalacze”, jeszcze legalne, ale już na nielegalu. Celnicy i poborcy podatkowi ochoczo wykonali dzieło pod nazwą „Wielka akcja przeciwko dopalaczom„. Jak wiadomo, na każdego znajdzie się jakiś paragraf, a już w szczególności wprawni są w wynajdywaniu paragrafów przedstawiciele ww. służb. Sklepy z dopalaczami zostały zamknięte i robi się tam kontrolę. I porobi się ją tak długo, aż się posłowie i Prezydent uwiną i nam te dopalacze zdelegalizują. A uwijają się w tej sprawie jak mrówki, szkoda że w przypadku innych spraw nie są tacy szybcy.
Zmianę przepisów wprowadzono pod naciskiem samorządowców, lekarzy i środowisk zwalczających narkomanię, zaniepokojonych tym, że w całej Polsce zaczęły pojawiać się sklepy z chemicznymi substancjami o podobnym działaniu jak marihuana czy amfetamina.
To się dealerzy prawdziwych narkotyków cieszą. Nie będzie im jakaś tam legalna konkurencja psuła biznesu. Ciekawe, czy jakoś zalobbowali w tej sprawie, czy to jedynie najprawdziwsza i szczera ludzka głupota?
A teraz młodzież nie będzie się delektować jakąś szałwią wieszczą czy jakąś „podróbką” amfy, tylko wróci po staremu do marychy, LSD i speeda. Pełen sukces w tej nieustannej wojnie z narkotykami.
Wall Street Journal przy okazji świętowania 75 rocznicy zniesienia w USA prohibicji alkoholowej porusza temat innej, wciąż trwającej prohibicji – obejmującej narkotyki. Artykuł „Lets’ End Drug Prohibition” w dość wyważony sposób porusza problem nieskuteczności tej prohibicji i sugeruje, że powinno się rozpocząć dyskusję nad sensownością jej utrzymywania. Dla mnie, oczywiście, dyskusja jest zbędna, jak i sama prohibicja, ale rozumiem, że nie wszyscy rozumują tak błyskotliwie jak ja. Ważne jest, jak ujmuje to zakończenie artykułu, aby prohibicja nie obejmowała myślenia. I dyskusji nad problemem narkotykowej prohibicji.
Tymczasem w kraju, najtęższe głowy z SLD postanowiły rozszerzyć zakres obowiązującej w kraju prohibicji i zająć się palącym problemem naszej gospodarki, czyli tzw. „dopalaczami”. Na razie prohibicja w zakresie dopalaczy ma objąć internet (zakaz sprzedaży tamże), a przy okazji nałoży się na nie odpowiednie regulacje, czyli opodatkuje. Wiadomo, nic tak nie cieszy etatysty jak nowy podatek.
Wiadomość podchwyciła telewizja i nadała w wiadomościach stosowny materiał wskazujący na niebezpieczeństwa i zagrożenia dla młodzieży, którą niby skutecznie ma odstraszyć akcyza. No cóż, dealerzy nie życzą sobie konkurencji funshopów, więc można by się zastanowić, czy intencje posłów są tak zupełnie czyste. Acha, jako przykład strasznego działania owych substancji podano historię młodego człowieka, który zgłosił się do szpitala z podwyższonym ciśnieniem i uczuciem niepokoju. Cóż, niektórzy takie objawy mają z okazji stresu czy wypicia kawy, więc nie zabrzmiało to w mych uszach zbyt alarmująco. No ale TVN słynie z tworzenia sensacji tam, gdzie jej nie ma – dobrze że jeszcze nie mordują ludzi dla odpowiednio pikatnego materiału…
BBC opisuje problem trapiący brytyjskie więzienia – narkotyki. Państwa prowadzą mężnie i całkiem nieskutecznie wojnę z narkotykami (od 132 lat) wsród „wolnych” obywateli. Co gorsza, nie potrafią wygrać tej wojny nawet na terenie, który kontrolują całkowicie, przynajmniej teoretycznie. Bo praktycznie, to szacuje się, że rocznie na terenie więzień handluje się narkotykami wartymi 100 milionów funtów. Skoro nie potrafią wygrać tej wojny w więzieniach, to jak zamierzają wygrać ją na zewnątrz więzień?
















