Kiedyś kupowało się aparat fotograficzny, ładowało do niego film i robiło zdjęcia. Potem nadeszła era aparatów cyfrowych. Kupowało się je, płacąc sporo więcej, kupowało kartę pamięci (też nie tanią) i robiło zdjęcia. W sumie okazywało się, że to taniej, łatwiej i przyjemniej, ale wciąż była to normalna czynność, jak zakup wora ziemniaków. Kupuje się je i nikogo, a już z pewnością sprzedawcy nie obchodzi, co z tymi ziemniakami zrobimy. A przecież gama zastosowań jest spora i nie wszystkie z nich mogą być przecież legalne. Ale kupując te ziemniaki nie musimy podpisać lojalki, że nic niecnego z nimi nie zrobimy.
Z aparatami już nie jest tak łatwo, jak się niedawno przekonałem, na szczęście nie na swojej skórze. Otóż, gdy zechcemy sobie sprawdzić specjalną wersję aparatu firmy Fuji, który umie trzaskać fotki w podczerwieni i ultrafiolecie, to zostajemy przy tym zakupie niejako przymuszeniu do akceptacji Licencji Użytkownika Końcowego Firmaware’u tegoż aparatu. A w warunkach tejże licencji zobowiązujemy się, że użyjemy aparatu jedynie w konkretnych celach (wymienionych), a już na pewno nie do celów nieetycznych, naruszających prywatność, czy ocierających się o zachowanie paparazzi.
Witaj nowy, wspaniały świecie wszechobecnej “własności” intelektualnej. Dobrze, że na razie kupując samochód, nie musimy zaakceptować licencji na oprogramowanie komputera pokładowego, która zabroni nam przekraczać prędkość, czy uprawiać w nim przygodny seks…
Nie, nie napisali o mnie. W takim wypadku z pewnością mój hosting by tego nie wytrzymał. Udało mi się jednak zaproponować newsa, który został zaakceptowany i opublikowany - “eBay Seller Sues Autodesk for $10 Million“.
Historia mnie ta zainteresowała mnie szczególnie, gdyż szczerze popieram działania człowieka, który postanowił prawnie przeciwstawić się praktykom tej firmy. A sprawa dotyczy “sprzedaży” oprogramowania, które w pewnych przypadkach zamienia się w nic niewarte przyciski do papieru, o ile trochę tektury i plastiku nadaje się w ogóle do takiego celu. Niestety, płacąc kilkanaście tysięcy złotych za sztukę oprogramowania otrzymujemy jedynie nieprzenaszalną licencję na jego użytkowanie. Gdy oprogramowanie nie jest już nam więcej potrzebne, nie możemy go sprzedać komuś, kto miałby z niego dalszy pożytek.
Ze względu na rodzaj działalności, który prowadziłem ze wspólnikami, musieliśmy nabyć kilka sztuk produktów firmy Autodesk, za niebagatelną sumę ponad stu tysięcy złotych. Poużywaliśmy to oprogramowanie przez 2 lata, a potem na skutek sytuacji złej ekonomicznej naszej firmy, musieliśmy ją po prostu zamknąć. Zostało nam z tego niepotrzebne oprogramowanie, które chcieliśmy przekazać tym, którzy mogliby z niego skorzystać, a przy okazji odzyskać trochę pieniędzy z tamtej inwestycji. Niestety, programów Autodesku nie można odsprzedawać, bo zabrania tego licencja. Właściwie można, o ile firma się na to zgodzi, a ta godzić się nie chce, bo po co? Co z tego, że jest chętny na sprzedaż, chętny do kupna, cena została uzgodniona i satysfakcjonuje obie strony, a “właściciel” programu się nie zgadza. Takie jego zbójeckie prawo.
Gdybym zainwestował te pieniądze w maszyny, samochód, towar, itp. mógłbym to wszystko sprzedać i odzyskać przynajmniej część swoich pieniędzy. Ja bym był zadowolony, kupcy także, a pozyskane środki przeznaczyłbym na coś innego. Ale nie, dzięki “własności” intelektualnej musiałem okazać się frajerem. Cieszy mnie więc, że jest koleś, który zdecydował się na podjęcie jakichś kroków, które mogą ukrócić takie praktyki. Czy się uda, zobaczymy?
Nic też dziwnego, że tego typu osobiste doświadczenia jedynie utwierdziły mnie w moich poglądach na kwestie “własności” intelektualnej. Wydawanie własnych pieniędzy może wiele nauczyć.
John C. Dvorak w artykule z PC Magazine pod tytułem “Software Patents: Microsoft’s Fatal Error” publikuje ciekawe tezy dotyczące wpływu patentów na oprogramowanie na jednego z największych zwolenników tego rozwiązania - firmę Microsoft. Według Dvoraka, MS optując za wprowadzeniem patentów na oprogramowanie, kręci bicz na samego siebie i może polec od swojej własnej broni.
Dotychczas MS bardzo mocno opierał swoją działalność na tajności własnych rozwiązań - zamknięty kod, zamknięte specyfikacje formatów danych, itp. Patenty zmuszają do ujawnienia tego, co się chce opatentować - a to pozwala innym zobaczyć, co tam sobie MS wymyślił, czy też, z czego jest znany, co tam podprowadził innym. Patentowanie odkrywa także karty, pozwalając konkurencji przewidzieć kierunki rozwoju i zgłosić tzw. patent blokujący. Patenty umożliwią też weryfikację skuteczności wielu rozwiązań, które MS będzie chciał sprzedać jako wyjątkowe, najlepsze, skuteczne czy bezpieczne. No i MS naraża się na wojnę patentową z odwiecznym wrogiem - Apple, czy firmą IBM, która nie kryje niechęci do MS. Obie te firmy dysponują wielkimi patentowymi portfolio (szczególnie IBM), które chętnie wykorzystają przeciwko MS.
No cóż, jeśli MS oberwie, nie będzie czego żałować. Niestety, oberwie też mnóstwo szaraków, którzy nie mają takich możliwości dochodzenia swego jakie ma MS. Tak więc, nie ma się z czego cieszyć.
















