Znany autor, Neil Gaiman opowiada o swoich doświadczeniach związanych z piraceniem swoich książek:
Okazało się, że powszechny dostęp do jego dzieł skutkował wzrostem sprzedaży książek. Tak, nie ma nic gorszego dla autora, jak pozostawanie nieznanym.
Właśnie minęło od 25 lat wydania epokowego dzieła science fiction, czyli „Neuromancera” Williama Gibsona. Ja książkę przeczyłem gdzieś tuż po wydaniu jej w Polsce, czyli około 1992 roku, więc niewiele z niej pamiętam, poza tym, że była świetna. Dziś, dzięki lekturze artykułu, który analizuje technologiczne nowinki opisane w książce i porównuje je z aktualną rzeczywistością, mogłem przypomnieć sobie trochę tę znakomitą książkę. Sama lektura streszczenia na Wikipedii uświadomiła mi, że to świetna fabuła osadzona w niezmiernie ciekawej rzeczywistości i warto będzie kiedyś znów ją przeczytać, gdy za parę lat uporam się z moją, wciąż rosnącą, kupką. Aha, i znakomite zdanie otwierające powieść:
The sky above the port was the color of television, tuned to a dead channel.
Jakiś czas temu skarżyłem się na rosnącą kupkę książek do przeczytania. Na razie ubyła z niej jedna pozycja, a od tego czasu zdążyłem dokupić jedną w American Bookstore oraz wysyłkowo kupić 3 kolejne w brytyjskiej wysyłkowej księgarni The Book Depository.
Zachęciła mnie darmowa wysyłka, a same ceny też były bardzo przystępne. Zamówiłem 3 książki, za które w sumie zapłaciłem 22 euro, co nawet przy obecnym kursie daje bardzo przyzwoitą cenę za egzemplarz, mieszczącą się w polskich realiach cenowych. Przesyłka (właściwie 3 koperty) dotarła w ciągu tygodnia, co również jest niezłym wynikiem. Jest to zdecydowanie korzystniejsza alternatywa niż brytyjski, czy amerykański Amazon. Zagraniczne książki, krajowe ceny, darmowa wysyłka – oby jak najdłużej.
Pisałem kilka miesięcy temu o książkowej kolejce, która zamieniła mi się w pokaźną kupkę:
Coś tam z tej listy ubyło, choć niewiele, ale za to doszło parę pozycji. W takim tempie to i przez rok nie przeczytam. A wszystko wina iPoda, bo to on, a właściwie seriale, które na nim oglądam najczęściej wygrywają z dobrą książką.
Cory Doctorow, pisarz science-fiction, tak mówi o powodach, dla których pozwala i popiera kopiowanie jego książek:
A teraz o powodach artystycznych. Jest dwudziesty pierwszy wiek. Kopiowanie nigdy, przenigdy nie stanie się trudniejsze niż jest obecnie (a jeśli tak się stanie, to dlatego że upadła cywilizacja, a wtedy będziemy mieli inne problemy). Dyski twarde nie staną się mniej poręczne, droższe i mniej pojemne. Sieci komputerowe nie staną się wolniejsze i mniej dostępne. Jeśli nie tworzysz sztuki z intencją, że będzie powielana, to nie tworzysz sztuki na miarę dwudziestego pierwszego wieku. Jest coś czarującego w tworzeniu dzieł, których nie chcesz powielać, w taki sam sposób, w jaki fajnie jest odwiedzić skansen i zobaczyć jak kowal w kuźni podkuwa konia. Ale ciężko uznać to za nowoczesne. Jestem pisarzem science-fiction. Moim zadaniem jest pisanie o przyszłości (jeśli mam dobry dzień), albo przynajmniej o teraźniejszości. Sztuka, której nie ma się dać kopiować jest z przeszłości.
Na koniec, spójrzmy na powody moralnie. Kopiowanie rzeczy jest naturalne. W taki sposób się uczymy (kopiujemy rodziców i ludzi wokół nas). Moje pierwsze opowiadanie, które napisałem w wielu sześciu lat, było ponownie opisaną ekstatyczną historią Gwiezdnych Wojen, która właśnie obejrzałem w kinie. A teraz internet – najskuteczniejsza w świecie maszyna kopiująca – jest praktycznie wszędzie, więc nasz instynkt kopiowania będzie odgrywał coraz większą rolę. Nie ma sposobu, aby powstrzymał swoich czytelników, a nawet gdybym spróbował, to byłbym hipokrytą, bo gdy miałem 17 lat nagrywałem taśmy składanki, kserowałem opowiadania i ogólnie kopiowałem na wszystkie możliwe sposoby. Gdyby był wtedy internet, to bym go używał do kopiowania jak by się tylko dało.
Nie ma sposobu, aby to zatrzymać, a ci, którzy próbują to robić, wyrządzają więcej szkód niż jacykolwiek piraci. Bezsensowna święta wojna przemysłu nagraniowego z ludźmi wymieniającymi się plikami muzycznymi (ponad 20 tysięcy fanów muzyki już podano do sądu i to nie koniec!) jest przykładem absurdalności prób wydobycia barwnika z basenu. Jeśli wybór jest pomiędzy zezwoleniem na kopiowanie, a byciem zbirem terroryzującym wszystkich w około, to wybieram to pierwsze.
Polecam uwadze naszym, krajowym pisarzom sci-fi…
Dawno nic nie pisałem o fantastyce, a to dlatego, że jakoś inne tematy były ważniejsza, a w ogóle na nic nie mam czasu, więc trzeba sobie ustawiać jakoś blogowe priorytety. Zerknąłem niedawno na półkę, na której zbieram zakupione książki (tutaj uwaga dla pana Pilipiuka, tak, kupuję książki) z szeroko pojętej tematyki science-fiction. Sytuacja zaczyna mnie przerażać – książek przybywa znacznie szybciej niż jestem w stanie je czytać. Teraz w kolejce czekają:
- Peter F. Hamilton „The Dreaming Void„
- Alastair Reynolds „The Prefect„
- Neal Asher „The Line of Polity„
- Neal Asher „Brass Man„
- Neal Asher „The Skinner„
- Ian M. Banks „The Algebraist„
- Ian M. Banks „Excession„
- Ian M. Banks „Matter„
- Robert Shea, Robert Anton Wilson „The Illuminatus! Trilogy„
- Vernor Vinge „Rainbows End„
- Jeff Sommers „The Electric Church„
- Jeff Sommers „The Digital Plague„
- Antologia „The New Space Opera„
- Neal Stephenson, J. Frederick George „Interface„
- Andrzej Ziemiański „Toy Wars„
Minie pewnie z rok zanim to przeczytam, bo ostatnio moje tempo czytania zaczęło spadać i zbliżać się niebezpiecznie do średniej krajowej. Wszystko przez ten internet, no i ipoda, na którym można przecież oglądać tyle fajnych seriali.
















