Gdy używam terminu IP gestapo, to nie czynię tego jedynie, aby dopiec zwolennikom “własności” intelektualnej. Jestem przekonany, że jedyną skuteczną metodą obroty tego przestarzałego konceptu jest stworzenie policyjnych sił, które nie przebierając w środkach będą walczyć z tymi, które prawa autorskie naruszają, czyli praktycznie z każdym, kto ma jakieś bardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne, o komputerach już nie wspominając.
Wiedzą o tym także w UK, ojczyźnie wielu totalitarnych pomysłów i rozwiązań. Dziś tematem dnia jest wiadomość, że właśnie tamtejszy rząd zabrał się potajemnie, a jakże, do tworzenie takiego IP gestapo. Chodzi o stworzenie urzędu/organizacji, które będzie mogła się dość swobodnie rozprawiać się z tymi, którzy naruszą prawa właścicieli praw autorskich. W grę wchodzi:
- swobodne (bez udziały prawodawców) tworzenie kar i rekompensat za naruszenie praw autorskich (ustanawianie kar więzienia, odcinanie od internetu, itp.);
- nadawanie właścicielom praw specjalnych uprawnień pozwalających na odnajdywanie naruszających ich prawa (zmuszanie dostawców internetu do ujawniania danych klientów, wprowadzania cenzury stron i serwisów, itp.);
- zmuszanie do współpracy wszystkich, którzy mogą mieć związek z ewentualnymi naruszeniami praw (przymuszanie dostawców do szpiegowania klientów i ich działalności w sieci, zmuszanie firm do zapewniania, że użytkownicy nie będą naruszać praw, tworzenia specjalnych milicji czuwających nad przestrzeganiem praw autorskich w sieci).
Jak to emocjonalnie podsumował Cory Doctorow: “Jest to wypowiedzenie wojny przez przemysł rozrywkowy i podległych im prawodawców wolności słowa, prywatności, wolności zgromadzeń, domniemania niewinności i konkurencji.”
Mnie to niespecjalnie szokuje, bo od dawna spodziewałem się, że będą tego próbować. Musi być trochę gorzej, aby potem zapanowała nam infoanarchia.
Wykład Stephana Kinselli (autora tekstu z mojej strony W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania):
Na stronie Instytutu Ludwika von Misesa – Mises.org – pojawił się ciekawy tekst “The Fallacy of Intellectual Property“. Polecam lekturę, a na zachętę przetłumaczony fragmencik:
Wspierany przez doktrynę własności intelektualnej, każdy popularny autor, czy też wynalazca użytecznej rzeczy, roszczą sobie prawa do imperium, na którym słońce nigdy nie zachodzi. W warunkach wolnego rynku taka doktryna nie przetrwałaby zbyt długo, gdyż twórcy musieliby ponosić koszty patrolowania tego imperium, ale gdy państwo staje po ich stronie, autorzy chcą trzymać się praw własności intelektualnej rozciągniętych do ich logicznych ekstremów.
Gdy na wolnym rynku koszty ochrony własności są tak samo istotne jak cokolwiek innego w podejmowaniu decyzji o posiadaniu jej, doktryna własności intelektualnej, wspierana przez ekstrawagancki monopol siły państwa, zachęca ludzi do zagarniania rzeczy, które z zasady nie dają się chronić.
Dziś część druga spotkania. Trochę chaotycznie i odbiegamy od tematu, ale zawsze:
Poniżej pierwsza część wideorelacji ze spotkania zorganizowanego przez KoLibra. Uwaga, dość długie, ale można sobie ściągnąć oryginalny materiał i obejrzeć w dowolnej chwili (albo na iPodzie).
Za tydzień będzie część druga (Vimeo ma tygodniowe limity uploadów).
Pierwsze koty za płoty. Wnioski dla mnie: kończyć rozpoczęte zdania oraz kończyć rozpoczęte myśli. No i lepiej się przygotowywać.
Przy okazji afery z cenzurą sajtu The Pirate Bay przez włoskich dostawców internetu (gdzie lamenty o prawach człowieka, wolności słowa, demokracji, itp?), ciekawy cytat:
Koniec końców, to zawsze kończy się na zabranianiu ludziom bezpośredniego komunikowania się i wymieniania informacjami, aby móc im sprzedać je kopia po kopii. To po prostu interes na prohibicji. Aby dało się robić interes na wykonywaniu i sprzedaży kopii, musisz wpierw innym zabronić robienia własnych kopii.














