Złowroga własność intelektualna Jordana Pollacka

Dziś wpis gościnny – Krzysztofa Kożuchowskiego:

Dwadzieścia lat temu, twórcy programów komputerowych cieszyli się, gdy ktoś zainteresował się wytworami ich pracy, zależało im na maksymalnych ułatwieniach w rozpowszechnianiu swojej pracy i sławy. Dzisiaj taka postawa, choć przetrwała w niektórych niszach rynkowych, traktowana jest jako dziwactwo. Żyjąc w naszym świecie ograniczonego dostępu do własności intelektualnej, nie sposób nie spostrzec trendu dalszego jej ograniczania. Proces ten zauważa, komentuje, jak również akceptuje Jordan Pollack, sławny amerykański naukowiec zajmujący się sztuczną inteligencją.

Pollack beznamiętnie konstatuje fakty:

… zmienia się sposób myślenia o własności. Własność to już nie złoto czy biżuteria, własność staje się informacją o prawie do użycia, które jest przenaszalne w sposób wykluczający jego utratę lub replikację. Jedyną różnicę między biedakiem a bogaczem – pomijając stan ich uzębienia – stanowi to, co mówią o nich komputery bankowe i brokerskie!

Kluczowe jest tutaj sprzeczne z intuicją stwierdzenie „…w sposób wykluczający jego utratę lub replikację…” oznacza ono, że przekazując innej osobie np. książkę w postaci elektronicznej, jednocześnie sami pozbawimy się do niej dostępu (tak się faktycznie dzieje tylko w przypadku przedmiotów materialnych). Dzisiejsza technologia umożliwia jednak podobne sztuczki potocznie znane pod ogólną nazwą DRM (Digital Rights Management). Jednakże przeciętny użytkownik komputera preferuje tradycyjne podejście do wymiany informacji umożliwiające jej replikację (File Sharing).

Jak widać społeczeństwo informatyczne stoi dziś na rozdrożu przyjęcia dwóch wzajemnie wykluczających się interpretacji własności intelektualnej.

Dla normalnego człowieka wybór wydaje się oczywisty: brak ograniczeń w kopiowaniu jest lepszy niż ograniczenia. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w Rajskim Ogrodzie, w którym można bez wysiłku i bez ponoszenia kosztów tworzyć kopie istniejących przedmiotów (np. można podarować komuś krzesło i nadal je mieć). Nieoczekiwanie w świecie owym pojawia się mistyk, który proponuje powrót do archaicznych idei sztucznych barier kopiowania (licencje, opłaty za kopiowanie). Oczywiście w tej nowej wizji musi pojawić się konieczny, a dotąd w rajskim świecie nieistniejący, element przemocy. (Aparat kontroli, grzywny, więzienia dla opornych, itp.) Bez wątpienia mistyk uznany zostałby za szaleńca na tej samej zasadzie, na której za szaleńca zostałby dzisiaj mistyk proponujący przymusowy powrót do archaicznych metod transportu konnego.

Jednak Pollack uważa inaczej:

Zarówno zwolennicy Digital Rights Management jaki i zwolennicy File Sharing działają przeciwko własności (rozumianej jako coś co się posiada dopóki się tego czegoś nie sprzeda). Uważam, że największym zagrożeniem dla rodzaju ludzkiego, nie są tanie roboty, ale koniec własności, czyli sytuacja, kiedy nasze książki, nagrania, filmy, programy nie będą już należeć do nas („Do nas” ma oznaczać: do autorów; przypis KK). (zob. http://www.edge.org)

W zbiorze „Nowy renesans, Granice nauki” (wydawnictwo CIS 2005) Pollack rysuje swoją wizję mrocznej (choć dla niego oczywistej, koniecznej i pożądanej) przyszłości:

… Pewnego dnia Ford przestanie być koncernem samochodowym – stanie się właścicielem praw intelektualnych, który będzie udzielał licencji na konkretne projekty uporządkowania materii. Twój T-Bird rocznik 2030 nie będzie tak naprawdę twój, jedynie na mocy licencji będziesz miał prawo przez trzy lata utrzymywać atomy w określanej konfiguracji…

W tym sprzecznym z intuicją stanowisku, które de facto pozbawia nas fizycznej własności do wszystkiego, przyszłościowy DRM zdaje się naruszać „jedynie” własność materialną, z czym „niestety trzeba będzie się pogodzić” natomiast „złowrogi” File Sharing narusza własność intelektualną, z czym „w przyszłości będzie się walczyć”.

Mam nadzieję, że karykaturalna postawa intelektualna Pollacka pozwoli niektórym na jej tle zrozumieć niegodziwość DRM. Jej zwolennicy przybliżają nas tylko do orwelowskiej totalitarnej antyutopii.


Niedobry Disney, niedobry

Nie udało się ocalić 1790 kurteczek dziecięcych upiększonych „nielegalnym” znakiem Kubusia Puchatka. Zostaną zniszczone, bo Disney nie chce, aby ubrać w nie jakieś biedne, potrzebujące odzienia dzieci. Chciało by się rzec, a to chu**. A za zniszczenie pewnie nam przyjdzie zapłacić, bo przecież przepadły na rzecz Skarbu Państwa.

Tak to jest z „własnością” intelektualną. Kurteczki nie należą do Disneya, a jednak on decyduje, co z nimi zrobić. Sam fakt naszycie Kubusia Puchatka przenosi własność danej rzeczy na Disneya. I jak ktoś potrzebował przykładu, że „własność” intelektualna jest faktycznie über-własnością, która triumfuje nad własnością prawdziwą, to właśnie go uzyskał.

Ciekawe, co na to Kubuś i przyjaciele? I kiedy Disney przejmie i zniszczy ulicę Kubusia Puchatka?


IP gestapo w UK

Gdy używam terminu IP gestapo, to nie czynię tego jedynie, aby dopiec zwolennikom „własności” intelektualnej. Jestem przekonany, że jedyną skuteczną metodą obroty tego przestarzałego konceptu jest stworzenie policyjnych sił, które nie przebierając w środkach będą walczyć z tymi, które prawa autorskie naruszają, czyli praktycznie z każdym, kto ma jakieś bardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne, o komputerach już nie wspominając.

Wiedzą o tym także w UK, ojczyźnie wielu totalitarnych pomysłów i rozwiązań. Dziś tematem dnia jest wiadomość, że właśnie tamtejszy rząd zabrał się potajemnie, a jakże, do tworzenie takiego IP gestapo. Chodzi o stworzenie urzędu/organizacji, które będzie mogła się dość swobodnie rozprawiać się z tymi, którzy naruszą prawa właścicieli praw autorskich. W grę wchodzi:

  • swobodne (bez udziały prawodawców) tworzenie kar i rekompensat za naruszenie praw autorskich (ustanawianie kar więzienia, odcinanie od internetu, itp.);
  • nadawanie właścicielom praw specjalnych uprawnień pozwalających na odnajdywanie naruszających ich prawa (zmuszanie dostawców internetu do ujawniania danych klientów, wprowadzania cenzury stron i serwisów, itp.);
  • zmuszanie do współpracy wszystkich, którzy mogą mieć związek z ewentualnymi naruszeniami praw (przymuszanie dostawców do szpiegowania klientów i ich działalności w sieci, zmuszanie firm do zapewniania, że użytkownicy nie będą naruszać praw, tworzenia specjalnych milicji czuwających nad przestrzeganiem praw autorskich w sieci).

Jak to emocjonalnie podsumował Cory Doctorow: „Jest to wypowiedzenie wojny przez przemysł rozrywkowy i podległych im prawodawców wolności słowa, prywatności, wolności zgromadzeń, domniemania niewinności i konkurencji.”

Mnie to niespecjalnie szokuje, bo od dawna spodziewałem się, że będą tego próbować. Musi być trochę gorzej, aby potem zapanowała nam infoanarchia.


Intellectual Property and Libertarianism

Wykład Stephana Kinselli (autora tekstu z mojej strony W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania):


Błędne założenia własności intelektualnej

Na stronie Instytutu Ludwika von Misesa – Mises.org – pojawił się ciekawy tekst „The Fallacy of Intellectual Property„. Polecam lekturę, a na zachętę przetłumaczony fragmencik:

Wspierany przez doktrynę własności intelektualnej, każdy popularny autor, czy też wynalazca użytecznej rzeczy, roszczą sobie prawa do imperium, na którym słońce nigdy nie zachodzi. W warunkach wolnego rynku taka doktryna nie przetrwałaby zbyt długo, gdyż twórcy musieliby ponosić koszty patrolowania tego imperium, ale gdy państwo staje po ich stronie, autorzy chcą trzymać się praw własności intelektualnej rozciągniętych do ich logicznych ekstremów.

Gdy na wolnym rynku koszty ochrony własności są tak samo istotne jak cokolwiek innego w podejmowaniu decyzji o posiadaniu jej, doktryna własności intelektualnej, wspierana przez ekstrawagancki monopol siły państwa, zachęca ludzi do zagarniania rzeczy, które z zasady nie dają się chronić.


Relacja ze spotkania, część druga i ostatnia

Dziś część druga spotkania. Trochę chaotycznie i odbiegamy od tematu, ale zawsze:


Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo