Niech nie zdradzi cię szum

Zachowanie anonimowości podczas publikacji zdjęć w internecie to trudne zadanie. Jeśli nawet uda nam się opublikować zdjęcia w taki sposób, że niemożliwe będzie zidentyfikowanie nas poprzez miejsce publikacji, musimy pamiętać, że same zdjęcie może w sobie przenosić wystarczająco danych pozwalających przypisać nam jego autorstwo, gdy w ręce władzy dostanie się nasz aparat. Każde cyfrowe urządzenie tego typu zostawia na zdjęciu wiele elementów, które są charakterystyczne dla konkretnego egzemplarza. Najczęściej jest to tzw. znacznik szumów, czyli rozkład zakłóceń na zdjęciu, który jest specyficzny dla konkretnego aparatu, będący czymś w rodzaju cyfrowego odcisku palca. Dodatkowo pliki ze zdjęciami zawierają sporo informacji dodatkowych w formacie EXIF, które też mogą służyć do identyfikacji aparatu.

Serwis Instructables publikuje krótki ilustrowany poradnik opisujący jakie kroki warto przedsięwziąć, gdy chcemy pozbyć się informacji identyfikujących ze zdjęć przed ich publikacją online. Warto o tym pamiętać.


Wasze Fordy należą do Forda

Miłośnicy samochodów Ford, a konkretnie czarnych Fordów Mustangów postanowili zrobić i wydać sobie kalendarz na 2008 roku zawierający zdjęcia ich własnych (zakupionych i posiadanych) Fordów. Niestety, nie spodobało się to Fordowi, który nasłał na entuzjastów swoich prawników. Wydawca kalendarze otrzymał pismo, że zdjęcia i logo klubu narusza znak handlowy Forda i zakazał druku kalendarza.

Aktualizacja: Ford zmienił zdanie i pozwolił na hobbystyczne wykorzystanie zdjęć, które zrobili sobie właściciele Fordów swoim samochodom.


Dobre fotograficzne rady

Jestem fanem fotografii cyfrowej, ale generalnie takim teoretycznym. Oczywiście aparat cyfrowy mam od paru lat, ale służy mi do typowego pstrykania - nie mam czasu, ani też większych chęci do ambitniejszej fotografii. Od wielu lat jednak buszuje po rozmaitych sajtach poświęconych temu tematowi, aby być zawsze na czasie, gdy najdzie mnie ochota na poważniejsze zajęcie się fotografowaniem.

Jakiś czas temu przypadkiem trafiłem na stronę Kena Rockwella, fotografa, który prowadzi chyba najlepszą stronę z poradami w zakresie fotografii ogólnie, a cyfrowej w szczególności. Podoba mi się jego styl pisania, a już szczególnie rady, które daje. Miło jest poznać gościa, który tak chętnie dzieli się swoim niebagatelnym doświadczeniem z zakresu fotografii, bez zadęcia, protekcjonalnego tony i ekscytacji megapikselami, drogim sprzętem oraz innymi technicznymi parametrami. Dzięki jego radom wybrałem swój nowy aparat (Nikon D40) i wiem, że jeśli ktoś pyta mnie o radę, najpierw sprawdzam, co Ken ma w tej kwestii do powiedzenia. Stał się dla mnie prawdziwym autorytetem.

Polecam każdemu, kto chciałby dowiedzieć się nieco więcej o fotografii cyfrowej i jej tajnikach.


Land of the free?

Czy rzeczywiście USA to wciąż kraj ludzi wolnych? Nie, jeśli jesteś japońskim turystą i robisz fotografie z okien pociągu. Takie coś sprowadza na ciebie policję i kłopoty.

Aż dziw, że w kraju, który jednak był ostoją wolności, tak łatwo poszło. No i z drugiej strony, czemu tu się dziwić, że w Polsce, która przez ostatnie wieki ostoją wolności nie była, hasła wolnościowe nie mają zbytniego posłuchu. Taka refleksja na dziś.


Eurobiurwy i aparaty cyfrowe

Cyfrowe aparaty fotograficzne oprócz robienia zdjęć (nieruchomych) bardzo często funkcjonują jako kamery, rejestrujące obrazy ruchome, czyli filmy. To taka dodatkowa funkcja, przez wiele lat odbiegająca od tego, co oferowały kamery specjalnie przeznaczone do rejestracji filmów. Z biegiem czasu, z postępem technologicznym, funkcja kamery w aparacie uległa znacznemu ulepszeniu: rozdzielczość, ilość zapisywanych na sekundę klatek, zdolność do rejestracji długich sekwencji. Wydawałoby się, że tylko się cieszyć.

Tak, ucieszyły się brukselskie biurwy i zadekretowały, że aparat cyfrowy, który pozwala na rejestrację ponad 30 minut materiału wideo, w minimum 23 klatkach na sekundę, kwalifikuje się jako kamera, a więc musi zostać opodatkowany wyższą stawką. Hurra! Dzięki temu europejczycy będą cieszyć się tańszymi aparatami, ale o ograniczonych możliwościach rejestracji filmów, albo droższymi z pełną funkcjonalnością, tylko dlatego że jakiś urzędnik tak zadecydował. Postęp w podatkach i biurokracji także musi być.


Aparat z licencją

Kiedyś kupowało się aparat fotograficzny, ładowało do niego film i robiło zdjęcia. Potem nadeszła era aparatów cyfrowych. Kupowało się je, płacąc sporo więcej, kupowało kartę pamięci (też nie tanią) i robiło zdjęcia. W sumie okazywało się, że to taniej, łatwiej i przyjemniej, ale wciąż była to normalna czynność, jak zakup wora ziemniaków. Kupuje się je i nikogo, a już z pewnością sprzedawcy nie obchodzi, co z tymi ziemniakami zrobimy. A przecież gama zastosowań jest spora i nie wszystkie z nich mogą być przecież legalne. Ale kupując te ziemniaki nie musimy podpisać lojalki, że nic niecnego z nimi nie zrobimy.

Z aparatami już nie jest tak łatwo, jak się niedawno przekonałem, na szczęście nie na swojej skórze. Otóż, gdy zechcemy sobie sprawdzić specjalną wersję aparatu firmy Fuji, który umie trzaskać fotki w podczerwieni i ultrafiolecie, to zostajemy przy tym zakupie niejako przymuszeniu do akceptacji Licencji Użytkownika Końcowego Firmaware’u tegoż aparatu. A w warunkach tejże licencji zobowiązujemy się, że użyjemy aparatu jedynie w konkretnych celach (wymienionych), a już na pewno nie do celów nieetycznych, naruszających prywatność, czy ocierających się o zachowanie paparazzi.

Witaj nowy, wspaniały świecie wszechobecnej “własności” intelektualnej. Dobrze, że na razie kupując samochód, nie musimy zaakceptować licencji na oprogramowanie komputera pokładowego, która zabroni nam przekraczać prędkość, czy uprawiać w nim przygodny seks…


Uzbrojona Ameryka

Fotograf Kyle Kassidy przygotowuje album fotograficzny “Armed America: Portraits of Gun Owners in Their Homes”, w którym portretuje amerykańskich posiadaczy broni w ich domach. Na stronie poświęconej temu projektowi znajdziemy próbki tych zdjęć, warte obejrzenia. Tak, posiadacze broni to są normalni ludzie. Warto też zacytować niektórych sportretowanych:

Gdy wykryto u mnie raka, okazało się, że ja sam i moja rodzina wymagamy ochrony. Byłem za stary, by walczyć, za chory, by uciekać, a ponieważ rak pozbawił mnie strun głosowych, nie mogłem wołać o pomoc. Kupiłem sobie pierwszą w życiu broń palną.

Posiadam broń z tego samego powodu, z którego posiadam gaśnicę - o ile, z pewnością, nie spodziewam się, ani też nie mam nadziei na najgorsze, jeśli by jednak nadeszło, jestem przygotowany, aby podjąć aktywne kroki w celu zapewnienia, że moja rodzina przetrwa…

Wierzymy, że to MY jesteśmy naszą pierwszą linią obrony. Gdyby zdarzył się ten mało prawdopodobny przypadek, że stalibyśmy się ofiarami przemocy, oboje jesteśmy wyszkoleni i gotowi do obrony siebie, naszych przyszłych dzieci i naszej własności przed jakąkolwiek krzywdą.

Uważam, że posiadanie broni to nie tylko prawo, ale także obowiązek ludzi wolnych wobec siebie samych i przyszłych generacji.

Moja żona i ja wierzymy także gorąco w suwerenność jednostki i rodziny. Jesteśmy obywatelami, z naszymi niezbywalnymi prawami, a nie przedmiotami do rządzenia nimi. [...] Prawo posiadania i noszenia broni nie oznacza, że obywatele mogą polować czy strzelać do tarczy. Uznaje się, że mogą bronić swego kraju, stanu, społeczności, rodzin i samych siebie przed tymi, który zechcą uczynić im krzywdę, czy będzie to obca armia, czy ich własny lokalny, stanowy albo federalny rząd… albo jakiś brutalny zbir.

Myślę, że każdy powinien mieć broń. To wyrównuje szanse.

Jesteśmy swoją ostatnią linią obrony. Nie widziałem jeszcze przekonywującego argumentów przeciwników prawa do posiadania broni, dlaczego to przestrzegający prawa obywatele nie powinni jej posiadać. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że przestępcy nie powinni jej mieć, ale jaką korzyść jest w odbieraniu jej dobrym ludziom?


Pedofilsko-prawne paradoksy

Para nastolatków (17 lat on, 16 lat ona) zabawiała się nago i pstryknęli sobie przy tej okazji fotki. Następnie parę tych fotek przesłali z komputera dziewczyny na konto pocztowe chłopaka, a potem na jego komputera. I tu mogła się sprawa zakończyć. Niestety, o zdjęciach dowiedziała się jakoś policja i sprawa się skomplikowała. Młodzież aresztowano i oskarżono oboje działania w celu produkcji, reżyserii i promocji zachowań seksualnych z dziećmi. Chłopak jeszcze zaliczył zarzut posiadania pornografii dziecięcej na swoim komputerze. Obrona próbowała argumentować, że celem prawa jest ochrona dzieci przed wykorzystywanie przez dorosłych. Sędziowie (w stosunku 2:1) mieli inne zdanie: młodzi mogli przecież kiedyś te zdjęcia sprzedać, pokazać znajomym, albo pozwolić komuś włamać się do komputera i w ten sposób doprowadzić do ich rozpowszechnienia. A do tego przecież nie można dopuścić, wszakże chodzi o dzieci! O dzieci!

Ciekawe, że utrwalanie czynności, która nie jest zabroniona, jest zabronione.

U nas, niestety, nie jest lepiej, bo pedofilia jest dyżurnym straszakiem, niczym Czarna Wołga w czasach mojego dzieciństwa. Co rusz to pedofil tu czy tam, a w sieci to już tragedia. Łapanie pedofilii to jakieś lukratywne zajęcie, bo policja i dziennikarze co chwila chwalą się jakąś udaną akcją. A wplątać się w ich sidła łatwo, o czym przekonał się Jacek Sierpiński, którego odwiedziła i przeszukała policja, właśnie na okoliczność posiadania czy wspierania pedofilii, a to wszystko za sprawą artykułu krytykującego obowiązującą wykładnię w tym temacie. Oczywiście nic nie znaleźli (Jacek ma teraz “oficjalne” potwierdzenie, że nie jest pedofilem), ale niesmak jakiś pozostaje.

Co gorsza, ja również wygłaszałem jakieś takie “pro-pedofilskie” komunikaty, nawet w komentarzach pojawił się Mały Książę, wróg publiczny nr 1. Pewnie też muszę się spodziewać się wizyty…