Mój własny robot

Korzystając z nadarzającej się okazji, kupiłem swojego pierwszego, własnego robota. Jest to robot-odkurzacz Roomba, firmy iRobot. Żona się ucieszyła, bo przy 3 kotach na pokładzie naszej jednostki, częste odkurzanie jest koniecznością. Teraz wspomaga nas w odkurzaniu właśnie Roomba.

Ponieważ był to ryzykowny zakup – prywatny import z USA czegoś, co mogło okazać się kompletnym niewypałem – wybrałem najprostszy i najtańszy model 400, jeszcze z poprzedniej generacji, nabyty za całe $100. Sterowanie urządzeniem sprowadza się do naciśnięcia przycisku CLEAN i obserwowaniu jak sobie pracuje.

Przy rozpakowywaniu było trochę zabawy, bo trzeba zaakceptować EULĘ, czyli licencję użytkownika końcowego, bo jest to właśnie odkurzacz z licencją na zawarte w nim oprogramowanie. Co ciekawsze, producent umożliwia modyfikację oprogramowania przez użytkowników i nawet do tego zachęca, ale potrzebny jest do tego bardziej rozbudowany model, pozwalający na podłączenie specjalnego modułu, który jest interfejsem do komputera. Na razie podziałam więc na fabrycznym oprogramowaniu.

Przyznam, że byłem dość sceptyczny co do tego robota, mimo wielu entuzjastycznych recenzji zadowolonych użytkowników. Ale jak na razie Roomba spisuje się znakomicie. Sprzątanie rozpoczyna od odegrania radosnej melodyjki i żwawo rusza do roboty. Skuteczność jej działania opiera się głównie na tym, że robot niezmordowanie wielokrotnie pokonuje przeznaczone do sprzątania powierzchnie. Oprogramowanie nie buduje mapy pomieszczenie, po prostu Roomba porusza się różnymi sprytnymi ścieżkami w taki sposób, aby odwiedzić każde miejsce przynajmniej kilka razy. Bardzo dobrze radzi sobie z omijaniem rozmaitych przeszkód, dobrze też pracuje przy ścianach czy krawędziach mebli. W ogóle miło patrzeć jak się uwija.

Koty początkowo były dość wystraszone – Roomba jest dość hałaśliwa – i Rysiek nie spuszczał jej z oka, ale teraz już niespecjalnie reagują na okrągłego robota.

Roomba jest od wielu lat dostępna na polskim rynku, ale jej dystrybutorem jest firma, która najwyraźniej wierzy, że wyłączność na dystrybucję i mocno zawyżone ceny to dobra recepta na sukces. Dla ilustracji mogę powiedzieć, że jeden z nowszych modeli, który w USA kosztuje $350, w Polsce oferowany jest za, bagatela, 3600 złotych, czyli ponad 10 złotych za jednego dolara. Nic dziwnego, że Roomba nie sprzedaje się tutaj jak w USA – ponad 2 miliony sprzedanych egzemplarzy. Firma jest na tyle paranoiczna w tej swojej wyłączności, że akcesoria i materiały eksploatacyjne do Roomby sprzedaje wyłącznie swoim zarejestrowanym klientom. Oczywiście po należycie zawyżonych cenach. Sam zasilacz 220V kosztuje tam więcej niż kosztowała moja Roomba za amerykańskim zasilaczem.


Aparat z licencją

Kiedyś kupowało się aparat fotograficzny, ładowało do niego film i robiło zdjęcia. Potem nadeszła era aparatów cyfrowych. Kupowało się je, płacąc sporo więcej, kupowało kartę pamięci (też nie tanią) i robiło zdjęcia. W sumie okazywało się, że to taniej, łatwiej i przyjemniej, ale wciąż była to normalna czynność, jak zakup wora ziemniaków. Kupuje się je i nikogo, a już z pewnością sprzedawcy nie obchodzi, co z tymi ziemniakami zrobimy. A przecież gama zastosowań jest spora i nie wszystkie z nich mogą być przecież legalne. Ale kupując te ziemniaki nie musimy podpisać lojalki, że nic niecnego z nimi nie zrobimy.

Z aparatami już nie jest tak łatwo, jak się niedawno przekonałem, na szczęście nie na swojej skórze. Otóż, gdy zechcemy sobie sprawdzić specjalną wersję aparatu firmy Fuji, który umie trzaskać fotki w podczerwieni i ultrafiolecie, to zostajemy przy tym zakupie niejako przymuszeniu do akceptacji Licencji Użytkownika Końcowego Firmaware’u tegoż aparatu. A w warunkach tejże licencji zobowiązujemy się, że użyjemy aparatu jedynie w konkretnych celach (wymienionych), a już na pewno nie do celów nieetycznych, naruszających prywatność, czy ocierających się o zachowanie paparazzi.

Witaj nowy, wspaniały świecie wszechobecnej „własności” intelektualnej. Dobrze, że na razie kupując samochód, nie musimy zaakceptować licencji na oprogramowanie komputera pokładowego, która zabroni nam przekraczać prędkość, czy uprawiać w nim przygodny seks…


Ja, Slashdot i Autodesk

Nie, nie napisali o mnie. W takim wypadku z pewnością mój hosting by tego nie wytrzymał. Udało mi się jednak zaproponować newsa, który został zaakceptowany i opublikowany – „eBay Seller Sues Autodesk for $10 Million„.

Historia mnie ta zainteresowała mnie szczególnie, gdyż szczerze popieram działania człowieka, który postanowił prawnie przeciwstawić się praktykom tej firmy. A sprawa dotyczy „sprzedaży” oprogramowania, które w pewnych przypadkach zamienia się w nic niewarte przyciski do papieru, o ile trochę tektury i plastiku nadaje się w ogóle do takiego celu. Niestety, płacąc kilkanaście tysięcy złotych za sztukę oprogramowania otrzymujemy jedynie nieprzenaszalną licencję na jego użytkowanie. Gdy oprogramowanie nie jest już nam więcej potrzebne, nie możemy go sprzedać komuś, kto miałby z niego dalszy pożytek.

Ze względu na rodzaj działalności, który prowadziłem ze wspólnikami, musieliśmy nabyć kilka sztuk produktów firmy Autodesk, za niebagatelną sumę ponad stu tysięcy złotych. Poużywaliśmy to oprogramowanie przez 2 lata, a potem na skutek sytuacji złej ekonomicznej naszej firmy, musieliśmy ją po prostu zamknąć. Zostało nam z tego niepotrzebne oprogramowanie, które chcieliśmy przekazać tym, którzy mogliby z niego skorzystać, a przy okazji odzyskać trochę pieniędzy z tamtej inwestycji. Niestety, programów Autodesku nie można odsprzedawać, bo zabrania tego licencja. Właściwie można, o ile firma się na to zgodzi, a ta godzić się nie chce, bo po co? Co z tego, że jest chętny na sprzedaż, chętny do kupna, cena została uzgodniona i satysfakcjonuje obie strony, a „właściciel” programu się nie zgadza. Takie jego zbójeckie prawo.

Gdybym zainwestował te pieniądze w maszyny, samochód, towar, itp. mógłbym to wszystko sprzedać i odzyskać przynajmniej część swoich pieniędzy. Ja bym był zadowolony, kupcy także, a pozyskane środki przeznaczyłbym na coś innego. Ale nie, dzięki „własności” intelektualnej musiałem okazać się frajerem. Cieszy mnie więc, że jest koleś, który zdecydował się na podjęcie jakichś kroków, które mogą ukrócić takie praktyki. Czy się uda, zobaczymy?

Nic też dziwnego, że tego typu osobiste doświadczenia jedynie utwierdziły mnie w moich poglądach na kwestie „własności” intelektualnej. Wydawanie własnych pieniędzy może wiele nauczyć.



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo