Pożegnanie z żarówką

Dziś jest dzień, w którym żegnamy się z tradycyjną żarówką, czyli zgodnie z nazwą, z żarówką żarową, na razie o mocy 100 W i większej. Urzędnicy Unii Europejskiej, w swej niezgłębionej mądrości, oraz wzorując się na urzędnikach z innych, jeszcze bardziej postępowych krajów, zadecydowali, że tradycyjne żarówki są złe i należy się ich pozbyć. Na początek tych mocniejszych, a potem i innych.

Oczywiście, chodzi o ekologię. Bo tradycyjne żarówki są nieefektywne, bardzo mało dostarczanej im energii przeznaczają na swoje przyjemne światło, resztę marnując na ciepło. A jak energia się marnuje, to ekolodzy cierpią nieopisane katusze i musieliśmy się nad nimi zlitować. I teraz zamiast miłych lamp żarowych, będziemy bieli oszczędne lampy wyładowcze czy żarówki LED.

Problem z „ekologicznymi” lampami jest taki, że dają brzydkie, nieprzyjemne światło. Nie jest kwestia temperatury barwowej, bo nad tym można trochę panować, ale nieciągłe pasmo elektromagnetyczne generowanego światła, które wpływa na postrzeganie barw. Dodatkowo dochodzi efekt stroboskopowy, choć mniej widoczny w nowoczesnych świetlówkach. Plus długi czas zapłonu i dochodzenia do pełnej efektywności, co znacznie utrudnia używanie ich w zastosowaniach, gdy potrzebne jest światło jedynie na krótki czas. Oczywiście nie jest fajna cena, ale to ma się zwrócić dzięki niższemu poborowi energii i dłuższej żywotności. No a z ekologią też nie jest tak do końca świetnie, bo może i są one oszczędne, ale same w sobie są bardzo nieekologicznym odpadem głównie z powodu zawartości rtęci. Tak, tej samej, której w końcu dzielnie pozbyli się urzędnicy z powszechnie używanych termometrów.

Żarówka tradycyjna ma wiele zalet (za tym wpisem na forum):

  • powszechność zastosowań
  • niska cena zakupu
  • bardzo dobre oddawanie kolorów (maksymalna wartość wskaźnika CRI; Ra=100)
  • przyjazna dla oka barwa światła, zwłaszcza do zastosowań domowych, do odpoczynku
  • bardzo duża gama mocy
  • wersje z ozdobnymi kształtami baniek
  • niewrażliwa na niskie i wysokie temperatury
  • stała trwałość źródła różnych producentów – równa 1000 godz. (tylko wersje specjalistyczne odbiegają od tej zasady)
  • trwałość niezależna od ilości jej włączeń i wyłączeń
  • możliwość ściemniania
  • natychmiastowy zapłon i świecenie pełną mocą
  • nie wymaga utylizacji, czyli po jej przepaleniu może być wyrzucona do zwykłego kosza na śmieci

Można, oczywiście, przerzucać się argumentami na rzecz jednych lub drugich rodzajów lamp. Problem w tym, że to nie powinno nic urzędników obchodzić jakich żarówek kto tam sobie używa! Przecież płacimy za prąd z akcyzą tyle, ile sobie tam żądają i nic urzędasom do tego, jak sobie ten prąd zużywamy. Jeśli mamy zamiar marnować go przez tradycyjne żarówki, to jest to nasza wola. Jedni sobie świecą przyjemnym światłem, a inni gotują w czajniku elektrycznym herbatę doświetlając sobie kompaktową świetlówką. Ja nie pijam herbaty, więc mam nadwyżki energetyczne, które chciałbym zużywać do podgrzewania włókna żarzącej się żarówki. Nikomu nic do tego.

Lubię światło tradycyjnej żarówki. Mam nawet specjalne oprogramowanie – F.lux – które zmienia temperaturę barwową mojego ekranu, aby dopasować się do panującego w pokoju oświetlenia. A koty to dopiero cenią sobie tradycyjne, świetnie grzejące żarówki:

Na razie jeszcze wolno nam kupować żarówki o mniejszej mocy. No i dla oszczędnych pojawiły się żarówki halogenowe zamontowane w oprawkach i bańkach podobnych do tradycyjnych żarówek. Ich światło też jest całkiem znośne, cena dość przystępna w porównaniu ze świetlówkami, no i na razie wolno je posiadać. Dziwi mnie, że nie pojawiło się na naszym rynku pełno chińskich żarówek o mocy 99W. Pewnie jakaś norma ustala, że żarówka może być 75W albo 100W i nic pomiędzy nie będzie dopuszczone, jako niebezpieczne i złe.

Ciekawe, czy kiedyś będzie jakaś specjalna „żarówkowa policja”? Celnicy będą szukać żarówkowej kontrabandy? Specjalne brygady będą likwidować nielegalne siatki dealerów żarówek? Będziemy mieli Wojnę z Żarówką?


„Zawiasy” za tor motocrossowy

Ciekawa historia. Jakiś „arogant” zbudował na swojej własności tor motocrossowy. Dzielna policja i prokuratura złapała bandytę i doprowadziła przed obliczę sprawiedliwości. I dostał 10 miesięcy w zawiasach.

A dlaczego? Ano dlatego, że choć własność jego, to jednak nie do końca jego, bo leży na terenie Chęcińsko-Kieleckiego Parku Krajobrazowego. A bandyta dopuścił się zbrodni „zmiany naturalnego ukształtowania terenu w wyniku prac ziemnych”. Do tego utwardził, nasypał i ustawił opony. Według „ekspertów”, znaczy w jednoznacznej opinii biegłych, dokonał trudnodwracalnych zmian krajobrazu, z którymi przyroda nie poradzi sobie nawet przez kilkaset lat. Ja tam nie wiem, wydaje mi się, że po 50 latach pozostawienia tego terenu samemu sobie, trudno będzie go w ogólne znaleźć. Przyroda nie z takimi rzeczami sobie daje radę. No, ale jaki ze mnie ekspert?

Przyznaję, że motocykliści rzeczywiście mogli naprzykrzać się mieszkańcom wsi, bo to hałaśliwe bestie, ale to jest raczej sprawa pomiędzy mieszkańcami, motocyklistami i właścicielem terenu. Nic tutaj nie ma do roboty prokurator.

Zdaje się jednak, że główną obrazą było nie to, że tor powstał na terenie parku, ale fakt, że odbyło się to z pominięciem rozmaitych obwarowań administracyjnych. Gdyby urzędnicza pycha (a może i kieszeń) została odpowiednio zaspokojona, to nie byłoby sprawy i pewnie nawet nikt skargami mieszkańców by się nie przejął, bo przecież byłoby już urzędowo. A co gorsza, oskarżony nie okazał należytej skruchy i w oczekiwaniu na prawomocny wyrok, wciąż pozwalał na korzystanie z toru.



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo