Osobiście uważam, że własność intelektualna to oksymoron. Obiekty fizyczne mają naturalną ekonomię zupełnie odmienną od dóbr intelektualnych. Trzeba niezłych kombinacji, aby próbować zatrzymać na własność coś, co się wciąż posiada, jak już podzieliło się tym z innymi ludźmi.
Kilka cytatów z Frédérica Bastiata:
Państwo to wielka fikcja, w której wszyscy próbują żyć na koszt wszystkich innych.
Wszyscy chcą żyć na koszt państwa. Zapominają jednak, że państwo żyje na koszt wszystkich.
Jeśli naturalne tendencje ludzkości są tak złe, że nie jest bezpiecznie pozwolić ludziom być wolnymi, jak to jest, że tendencje tych organizatorów są zawsze dobre? Czy ustawodawcy i ich zaangażowani agenci nie należą także do ludzkiej rasy? Lub czy wierzą, że oni sami są stworzeni z lepszej gliny niż reszta ludzi? Organizatorzy utrzymują, że społeczeństwo, kiedy pozostawione samo sobie, nie kierowane, pędzi na oślep do nieuniknionego zniszczenia, ponieważ instynkty ludzi są tak wypaczone. Ustawodawcy roszczą sobie prawo do zatrzymania tego samobójczego kursu i nadania mu zdrowszego kierunku. Najwidoczniej, ustawodawcy i organizatorzy otrzymali z Nieba inteligencję i szlachetność, która umieszcza ich poza i ponad ludzkość.
Socjalizm, jak starożytne idee, z których się narodził, nie odróżnia rządu od społeczeństwa. Jako rezultat tego, że za każdym razem gdy sprzeciwiamy się czemukolwiek, aby było dokonywane przez rząd, socjaliści wnioskują, że sprzeciwiamy się, aby to w ogóle było dokonane. Nie zgadzamy się na państwowe wyszkolenie. Zatem socjaliści mówią, że sprzeciwiamy się jakiemukolwiek szkoleniu. Sprzeciwiamy się państwowej religii. Zatem socjaliści mówią, że nie chcemy żadnej religii. Sprzeciwiamy się państwowo-wymuszonej równości. Zatem oni mówią, że jesteśmy przeciwni równości. I tak dalej, i tak dalej. Tak wygląda, jak gdyby socjaliści mieli nas oskarżać, że nie chcemy aby ludzie jedli, ponieważ my nie chcemy, aby państwo zajmowało się uprawą zboża.
Dwa ostatnie cytaty pochodzą z eseju Prawo, dostępnego na stronach Instytutu Misesa.
Dziś zacytuję Stanisława Michalkiewicza:
Co to jest totalitaryzm? Jest to poddanie ludzi wszechstronnej kontroli władzy. Człowiek nie może się ruszyć, nie może kiwnąć palcem w bucie, nie może pisnąć słówka, żeby nie został zarejestrowany, podglądnięty i podsłuchany. Oczywiście władza nie praktykuje totalitaryzmu sama. Gdzieżby tam była w stanie wszystkich skontrolować i wyszpiegować? Nie ma takiej możliwości. Toteż totalitarna władza korzysta z usług totalniaków. Co to są totalniacy? To są ludzie, którzy z jakiegoś powodu uważają, że wszyscy powinni być kontrolowani, podglądani, podsłuchiwani i w ogóle – szpiegowani na wszelkie możliwe sposoby. Totalniacy często przypisują sobie szlachetne motywacje – że to totalne szpiegowanie nie jest celem samym w sobie, tylko ma służyć stworzeniu nowego, lepszego człowieka, na przykład – człowieka sowieckiego, a dzisiaj – europejsa. Częściej jednak ta szlachetna motywacja jest tylko parawanem nikczemnej intencji żeby – zamiast jakiejś pożytecznej pracy – zająć się donosicielstwem i w ten sposób zarabiać na bułeczkę i masełko.
Więcej w jego felietonie. Jak widać, nawet w Radiu Maryja można natknąć się na ciekawe rzeczy…
Joaquin „El Chapo” Guzman Loera, szef meksykańskiego kartelu narkotykowego, którego majątek oceniany jest na 1 mld dolarów, ponoć wyraził następujące podziękowanie:
Nie mógłbym zostać tak cholernie bogaty, gdyby nie George Bush, George Bush Jr, Ronald Reagan, a nawet El Presidente Obama, bo żaden z nich nie ma jaj, aby przeciwstawić się wielkim pieniądzom, które chcą, aby ten towar był nielegalny. Z głębi serca, chcę powiedzieć – gracias amigos – zawdzięczam wam moje imperium.
Może czas skończyć z prohibicją narkotykową? Ona nie działa i nigdy nie zadziała.
Jakiś czas temu (jak się okazuje już prawie 2,5 roku) przyglądałem się dyskusji w serwisie Slashdot poświęconej procesowi, który wtedy artysta Prince chciał wytoczyć serwisowi The Pirate Bay. Spodobało mi się kilka komentarzy anty-IP, które pozwolę sobie teraz tutaj zacytować w moim, jakże nieudolnym, tłumaczeniu.
A czym dokładnie jest według ciebie ten „postęp”?
To przejście od modelu biznesowego opartego na prawach autorskich, gdzie artyści są opłacani za wykonywanie kopii (i muszą nieźle się natrudzić, aby powstrzymać wszystkich innych od robienia własnych kopii), do modelu biznesowego opartego o usługi, gdzie artyści są bezpośrednio opłacani za tworzenie czy wykonywanie swoich dzieł (i nie muszą martwić się kopiowaniem, gdyż zostaną opłaceni przed tym, gdy wszyscy otrzymają dostęp do ich dzieł).
Co stanie się z artystą, który będzie chciał tylko nagrać płytę: kto zapłaci za taki “występ” i ile? Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?
Przykro mi, ale ten rodzaj „artystów” już spóźnił się na statek, chcąc otrzymywać wynagrodzenie za swoje wysiłki – świat właśnie przepłynął obok.
Występy na żywo to obecnie jedyna metoda zarabiania pieniędzy, i tylko dlatego że nagrania pozwalały zarabiać w ubiegłym wieku, nie oznacza, że istnieje automatyczne prawo do zarabiania na nagraniach w obecnym wieku.To postęp technologiczny – pogódź się z tym.
—
Co stanie się z artystą, który będzie chciał tylko nagrać płytę: kto zapłaci za taki “występ” i ile? Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?
Ktokolwiek, kto chce, aby nagrał płytę i zechce mu za to zapłacić. Najbardziej prawdopodobne, że będzie to grupa fanów robiących na ten cel zrzutkę.
Oczywiście, istnieje prawdopodobieństwo, że nie będzie wystarczająco wielu chętnych do zapłaty za płytę, co oznacza, że powinien znaleźć sobie jakieś inne zajęcie. Artysta, któremu nikt nie chce płacić, jedzie na takim samym koniu jak fryzjer czy architekt, którym nikt nie chce płacić.
Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?
Nic nie sugeruję w kwestii wartości. Wszystko, co robisz jest na tyle „wartościowe”, na ile znajdą się chętni, aby za to zapłacić. Obecnie coraz mniej ludzi jest chętnych do płacenia za wykonywanie kopii, bo nie tam rodzi się prawdziwa wartość: pochodzi ona z oryginalnego aktu komponowania, nagrywania i wykonywania.
—
Artysta może wybrać sobie sposób dystrybucji. Jeśli chce rozpowszechniać swobodnie i zarabiać na koncertach, to może wybrać sobie licencję Creative Commons i mieć to z głowy. Jeśli wybierze sobie innych sposób, to jest to jego wybór.
A czy artysta, na ten przykład, może rozpowszechniać poprzez wynajęcie uzbrojonych ludzi, który będą publicznie prezentować jego muzykę, a następnie żądać od przechodniów zapłaty za przyjemność słuchania? Nie. Istnieją ograniczenia tego, co wolno artyście. Są granice, które nie pozwalają mu naruszać prawa innych w sposobie wybranej dystrybucji (w tym przypadku definiuję „prawo” jako „pozwolenie na zrobienie czegoś, co jestem w stanie zrobić”). Na przykład, nie wolno mu zabraniać innym słuchania jego muzyki w mojej obecności, ani też zabraniania mi przekazywania tego prawa innym.
Głównie dlatego, że byłoby to uznane za absurd. Nie muszę słuchać swoich płyt jedynie w słuchawkach i mogę je sprzedawać. Niezależnie czy się z tym zgadzasz, czy nie, ważne są następujące kwestie:
- Artyście nie posiadają wyłącznej kontroli nad sposobami dystrybucji. Jedyna rzecz, które całkowicie kontrolują, to wybór czy w ogóle dystrybuować czy nie.
- Rozszerzanie zasięgu kontroli dystrybucji oznacza ograniczanie praw odbiorców.
- Wyznaczona granica w odniesieniu do wzajemnie wykluczających się praw (w tym wypadku praw do dystrybucji) jest wyznaczona przez prawo (to jest poprzez teoretycznie publiczną decyzję), a nie jest czymś wbudowanym w podstawy ludzkości.
Jako twórca, ma on swobodę wyboru i nie mamy prawa dyktować mu, co zrobić. Jeśli nie podobają nam się jego zasady, nie musimy słuchać jego muzyki.
Nie wierzę, że ma tę swobodę. Zakładasz, że punkt 3 jest ustalany we właściwy sposób, albo że jest to jakieś przyrodzone prawo twórcy, co byłoby niemoralne.
Nikt nie przykłada ci pistoletu do głowy zmuszając do słuchania Purple Rain.
… i codziennie budzę się z uśmiechem na twarzy, bo wiem, że będzie to kolejny dzień, w którym nie będę musiał słuchać Purple Rain.
—
Artysta może wybrać sobie sposób dystrybucji. Jeśli chce rozpowszechniać swobodnie i zarabiać na koncertach, to może wybrać sobie licencję Creative Commons i mieć to z głowy. Jeśli wybierze sobie innych sposób, to jest to jego wybór. Jako twórca, ma wolność wyboru, i nie jest naszym prawem dyktować mu, co ma robić.
Tak, zgadzam się, że ma prawo zdecydować jak chce rozpowszechniać swoje dzieła. I także uważam, że ty masz prawo decydować jak rozpowszechniać jego dzieła i ja mam prawo decydować jak ja rozpowszechniam jego dzieła. Nie zamierzam mu tego dyktować, dopóki on nie będzie tego dyktował tobie, mnie czy komukolwiek innemu.
Nikt nie przykłada ci pistoletu do głowy zmuszając do słuchania Purple Rain.
Jednak przykładali nam pistolety do głów i próbowali zmusić nas, abyśmy nie używali własnych nagrywarek CD i internetu do reprodukowania pewnych liczb. To jest tak samo złe.
Czuję, że ludzie powinni otrzymywać zapłatę za swoją prace, i gdy w końcu będę mógł zamówić 3 sezon na DVD, to zrobię to.
Całkowicie zgadzam się, że ludzie powinni otrzymywać zapłatę za swoją pracę. Ale wykonywanie kopii to nie jest praca, którą wykonuje artysta, ale to praca dla tresowanej małpy i komputera, i nie mam chęci płacić komuś za kopię, skoro mogę znaleźć tysiące ludzi chętnych do zrobienia mi tej kopii za darmo. Artyści powinni otrzymywać zapłatę za pracę, do której posiadają unikatowe kwalifikacje – komponowanie, nagrywanie czy wykonywanie – bezpośrednio pobierając za to opłaty.
Wiele z tej moralizatorskiej postawy The Pirate Bay i ich zwolenników to zwykła przykrywka dla „jestem zwykłym skąpcem i nie chcę płacić za rozrywkę”.
Wiele też zasadza się na poglądach, które nie mają nic wspólnego ze skąpstwem, a z prawami człowieka, wolnością słowa i frustracją związaną z popieraniem pieniędzmi podatników niedającego się dalej utrzymywać modelu biznesowego przemysłu rozrywkowego.
—
Załóżmy, że artysta wybrał […] licencję Creative Commons Uznanie Autorstwa-Użycie Niekomercyjne-Na Tych Samych Warunkach. Czy masz obowiązek postępować zgodnie z postanowieniami tej licencji? Zgodnie z tym, co piszesz powyżej, masz kompletną swobodę użycia dzieła do celów komercyjnych.
Zgadza się. O ile nie podaję się za autora czyjegoś dzieła – co byłoby oszustwem – uważam, że nie powinno być żadnych ograniczeń w kwestii jak je dystrybuuję.
A co, jeśli on nie chce, aby powstawały dzieła zależne?
To powinien zatrzymać swoje dzieło dla siebie.
A tak w ogóle, to co on sobie myśli: że jest Zeusem, który sprawia, że w jego umyśle pojawiają się kompletnie nowe pomysły, całkowicie uformowane? Kto na tym padole może szczerze powiedzieć, że jego dzieło nie są w jakiś sposób zależne od innych? Jeśli zamierzasz tworzyć na bazie dzieł innych, to możesz spodziewać się, że inni będą także tworzyć na bazie twojej twórczości.
Przyjmijmy, że ktoś rozpowszechnia kod z licencją GPL. GPL to licencja z bardzo ostrymi zasadami. Powiedzmy, że nie jest ci na rękę, że ten kod ma licencję GPL. Czy masz prawo zignorować licencję i dołączyć ten kod do kodu zamkniętego?
Tak. Ale także każdy ma prawo do wzięcia aplikacji opartej o zamknięty kod i dzielić się nią swobodnie z innymi, poddać ją inżynierii wstecznej, rozpowszechniać zdekompilowany kod, tworzyć dzieła zależne, itd.
A tu niespodzianka… GPL działa dzięki prawom autorskim. Jeśli byś tak uczynił, to będzie to naruszenie prawa autorskich.
GPL próbuje głównie przywrócić wolności, które zabierają prawa autorskie.
Próbuje także pójść nieco dalej, ale ja jestem w stanie zrezygnować z gwarancji dostępu do zmodyfikowanego kodu w zamian za korzyści z likwidacji praw autorskich (RMS nie zgodzi się ze mną, ale cóż).
Artyści skarżą się na to, że kradnie się ich dzieła i opowiadają wiele strasznych historii o tym, że ktoś nie zapłacił im honorariów, czy że ktoś użył ich dzieł nie podając autorstwa i nie kompensując im tego.
Nie wypłacenie honorarium = złamanie umowy. Użycie czyjegoś dzieła jako własnego = oszustwo. Nie potrzeba praw autorskich, aby ustrzec się przed jednym i drugim.
Proszę uszanuj ich prawa jako ludzi zanim uczynisz ich jedynie pobocznymi ofiarami w swojej „moralnej” krucjacie.
Szanuję. Nie wierzę jedynie, że do tych praw zalicza się „prawo” zabraniania innym komunikować się, czy prawo do domagania się dochodu, gdy ktoś skorzysta z pracy, którą wykonało się w przeszłości.
Tak czy inaczej, cynicznie patrząc, nie uważam, że w tej krucjacie jest cokolwiek moralnego.
Nie tak będzie – podobnie ja oceniam twoją stronę. Jestem przekonany, że zwolennicy praw autorskich, niezależnie od prezentowanej postawy w kwestii „praw”, tak naprawdę są głównie motywowani chciwością, lenistwem i zazdrosnym pożądaniem możliwości zabraniania innym cieszenia się z czegokolwiek, o ile (zwolennicy) nie będą mieli udziału w tej radości.
—
Albo może ja o prostu nie chcę, aby moje dzieło było używane na pewne sposoby i koniec. […] Przypuśćmy, że jesteś przeciwnikiem wojska i stworzyłeś jakiś komponent użyteczny w silnikach do gier, np. kod sztucznej inteligencji i niech chcesz, aby używało go wojsko.
Nie robi to na mnie wrażenia. Dlaczego miałbyś móc dyktować jak ludzie będą używać kodu, który opublikowałeś?
Jeśli chcesz mieć kontrolę nad swoim kodem, zatrzymaj go dla siebie. Jak go opublikujesz, jest poza twoim zasięgiem. Jeśli martwi cię wojskowe zastosowanie kodu, to może nie powinieneś pisać niczego, co może się im przydać? Mojego oprogramowania używali ludzie, których nie lubię, w celach, których nie aprobuję, ale nie moją rolą jest ich osądzać. Jestem programistą, a nie kaznodzieją.
A więc znasz zawodowego artystę? Czy zapytałeś go kiedykolwiek jakby się czuł, jeśli wszystko, co stworzył przechodziło od razu do domeny publicznej? Żaden z tych, których znam (trzech pianistów z rodziny) nie byłby szczęśliwy z tego powodu.
Pewnie, niektórzy nie byliby szczęśliwi. Ale wiesz co? Mnóstwo ludzie obecnie nie jest szczęśliwych z powodu praw autorskich i z pewnością jest ich więcej niż zawodowych artystów. Jeśli celem prawa byłaby maksymalizacja szczęśliwości, to użytkownicy P2P wygraliby olbrzymią przewagą.
Ale celem prawa nie jest sprawianie, by ludzie byli szczęśliwi, ale gwarantowanie pewnych praw, i w mojej opinii, prawo do swobodnego dzielenia się informacją jest znacznie ważniejsze niż postulowane prawo do sprzedawania kopii.
Tak sobie rejestruję to ku własnej pamięci. 23.11.2006 roku zostałem zacytowany w Przekroju w artykule „DYKTATURA NIEPALĄCYCH„:
– Najgorsi są neofici – zauważa Maciej Miąsik, programista i znany twórca gier komputerowych, niepalący. – To oni najchętniej wciskają społeczeństwu, że palacze niszczą ich zdrowie. A prawda jest taka, że palacze niszczą zazwyczaj wyłącznie swoje zdrowie i mają do tego święte prawo. Minęły już dawno czasy, w których wszyscy musieli robić i myśleć to samo. Jak też czasy terroru nikotynowego, w których niepalący nie mieli prawa do obrony. Dziś osobiście nie znam palącej osoby, która nie liczyłaby się z obecnością osoby niepalącej.
Niestety, coraz częściej bywa odwrotnie. – Palaczy spycha się do publicznych nizin – mówi Miąsik – coraz częściej dając im do zrozumienia, że są głupi, słabi i bez sensu. A ja tymczasem zawsze chętnie przebywam tam, gdzie palacze. Zawsze tam, gdzie zbierają się nałogowcy, atmosfera jest może zadymiona, ale jednocześnie gorąca i twórcza. Lubię palaczy i bardzo im dzisiejszych czasów współczuję. Mam nadzieję, że miną.
I dokładnie 4 lata później, 23.11.2010 , w tekście o podobnej tematyce „PAL SZEŚĆ ZAMIAST DWUDZIESTU:
Ten zakaz skazuje mnie na samotność w knajpie – martwi się niepalący Maciej Miąsik, znany twórca gier komputerowych i bloger. Chętnie spędza czas z palaczami, bo według niego w czasach antynikotynowego terroru są to ludzie ekscentryczni, którzy nie poddali się modzie. Do tego zadymiona atmosfera sprzyja (jego zdaniem) twórczym rozmowom. – Znajomi gremialnie będą palić na zewnątrz lokalu, a ja będę siedział przy pustym stoliku sam jak palec – zżyma się informatyk.
Fajnie czasem przebić się do mainstreamu, choć szkoda, że nie w mojej zasadniczej tematyce. Ale dobre i to.
















