Jeśli ktoś podchodzi z pewną dozą ostrożności poglądów kopyrajtowych abolicjonistów (takich, jak ja), powinien poświęcić 1,5 godziny na obejrzenie poniższego wideo, gdzie Cory Doctorow (taki kopyrajtowy liberał) opowiada o aktualnych problemach z prawem autorskim i poważnych konsekwencjach podejmowanych prób „naprawienia” tej sytuacji:
Dziś mija 300 lat od wejście w życie prawa, które dało początek całego prawodawstwa dotyczącego praw autorskich. 300 lat wydaje się długo, ale gdy spojrzymy na to przez pryzmat znacznie dłuższego czasu, w którym ludzkość tworzyła dzieła obecnie uznawanie za przedmioty „własności intelektualnej”, to argument o niezbędności praw autorskich dla tworzenia nowych dzieł nie wydaje się taki znów mocny.
Oczywiście, przez te ostanie 300 lat rozwój dzieł był znacząco większy niż w całej poprzedniej historii ludzkości, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że korelacja nie oznacza przyczynowości. Miliardy stworzonych przez użytkowników dzieł, z którymi możemy obcować w tysiącach serwisów, nie powstało dlatego, że mamy wyjątkowo mocne i zachęcające do tworzenia prawa autorskie, ale raczej wbrew nim. Oraz głównie dzięki nowym technologiom, których rozwój byłby jeszcze lepszy, gdyby nie ograniczenia praw autorskich i patentowych.
Gdy używam terminu IP gestapo, to nie czynię tego jedynie, aby dopiec zwolennikom „własności” intelektualnej. Jestem przekonany, że jedyną skuteczną metodą obroty tego przestarzałego konceptu jest stworzenie policyjnych sił, które nie przebierając w środkach będą walczyć z tymi, które prawa autorskie naruszają, czyli praktycznie z każdym, kto ma jakieś bardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne, o komputerach już nie wspominając.
Wiedzą o tym także w UK, ojczyźnie wielu totalitarnych pomysłów i rozwiązań. Dziś tematem dnia jest wiadomość, że właśnie tamtejszy rząd zabrał się potajemnie, a jakże, do tworzenie takiego IP gestapo. Chodzi o stworzenie urzędu/organizacji, które będzie mogła się dość swobodnie rozprawiać się z tymi, którzy naruszą prawa właścicieli praw autorskich. W grę wchodzi:
- swobodne (bez udziały prawodawców) tworzenie kar i rekompensat za naruszenie praw autorskich (ustanawianie kar więzienia, odcinanie od internetu, itp.);
- nadawanie właścicielom praw specjalnych uprawnień pozwalających na odnajdywanie naruszających ich prawa (zmuszanie dostawców internetu do ujawniania danych klientów, wprowadzania cenzury stron i serwisów, itp.);
- zmuszanie do współpracy wszystkich, którzy mogą mieć związek z ewentualnymi naruszeniami praw (przymuszanie dostawców do szpiegowania klientów i ich działalności w sieci, zmuszanie firm do zapewniania, że użytkownicy nie będą naruszać praw, tworzenia specjalnych milicji czuwających nad przestrzeganiem praw autorskich w sieci).
Jak to emocjonalnie podsumował Cory Doctorow: „Jest to wypowiedzenie wojny przez przemysł rozrywkowy i podległych im prawodawców wolności słowa, prywatności, wolności zgromadzeń, domniemania niewinności i konkurencji.”
Mnie to niespecjalnie szokuje, bo od dawna spodziewałem się, że będą tego próbować. Musi być trochę gorzej, aby potem zapanowała nam infoanarchia.
Christian Engström, świeżo upieczony europarlamentarzysta z ramienia szwedzkiej partii Partii Piratów napisał w Finacial Times tekst pod tytułem Prawa autorskie zagrażają naszej wolności online, w którym pisze tak:
By egzekwować prawa autorskie, rządy zaczynają ograniczać nasze prawo do prywatnej wzajemnej komunikacji, która nie jest przez nikogo monitorowana. Proces dzielenia się plikami zachodzi, gdy jeden człowiek wysyła plik drugiemu. Jedynym sposobem, aby próbować ograniczyć ten proceder jest monitorowanie całej komunikacji pomiędzy zwykłymi ludźmi. Mimo likwidacji serwisów typu Napster, Kazaa oraz innych sposobów wymiany plików w ciągu ostatniej dekady, objętość wymienianych plików urosła wykładniczo. Nawet gdy władze zlikwidują wszystkie inne możliwości, ludzie wciąż będą mogli przesyłać pliki chronione prawem autorskim jako załączniki w mejlach, albo poprzez sieci prywatne. Jeśli tak się stanie, czy powinniśmy dać rządom prawo monitorowania wszystkich mejli oraz dostęp do wszystkich szyfrowanych sieci prywatnych? Gdziekolwiek istnieją sposoby na prywatną komunikację, tam znajdzie się sposób na dzielenie się chronionymi utworami. Jeśli chce się powstrzymać od tego ludzi, trzeba usunąć prawo do prywatnej komunikacji. Nie ma innej opcji. Społeczeństwo musi podjąć decyzję.
To jest właśnie argument, po który sięgam ostatnio najczęściej w dyskusjach ze zwolennikami obecnego reżimu. Jakoś nie widziałem argumentacji, która potrafi pogodzić egzekwowanie monopolu autorskiego z brakiem permanentnej inwigilacji komunikacji oraz stałych rewizji wszystkich posiadanych przez nas nośników danych.
Ja sam codziennie w kieszeni noszę 10GB, a w robocze dni w torbie mam kolejne 250GB. Ile mogę wymienić plików korzystając z tych, zupełnie niewielkich i wygodnych urządzeń, niezależnie od wymiany online, która jest po prostu znacznie wygodniejsza.
Czy wkrótce IP gestapo będzie robić łapanki na ulicach i przetrząsać kieszenie każdemu w nas w poszukiwaniu „kontrabandy”? Tego właśnie chcemy? Transmisji kontrolowanych? Wyrywkowych kontroli laptopów, ipodów i pendrajwów na rozmaitych checkpointach? O to chodzi?
The Economist, poważane mainstreamowe wydawnictwo prowadzi właśnie debatę online na temat praw autorskich. Dla mnie za mało radykalizmu u głównego oponenta obecnego systemu, ale może czytelnicy dodadzą trochę fajnych opinii.
















