Gdy używam terminu IP gestapo, to nie czynię tego jedynie, aby dopiec zwolennikom “własności” intelektualnej. Jestem przekonany, że jedyną skuteczną metodą obroty tego przestarzałego konceptu jest stworzenie policyjnych sił, które nie przebierając w środkach będą walczyć z tymi, które prawa autorskie naruszają, czyli praktycznie z każdym, kto ma jakieś bardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne, o komputerach już nie wspominając.
Wiedzą o tym także w UK, ojczyźnie wielu totalitarnych pomysłów i rozwiązań. Dziś tematem dnia jest wiadomość, że właśnie tamtejszy rząd zabrał się potajemnie, a jakże, do tworzenie takiego IP gestapo. Chodzi o stworzenie urzędu/organizacji, które będzie mogła się dość swobodnie rozprawiać się z tymi, którzy naruszą prawa właścicieli praw autorskich. W grę wchodzi:
- swobodne (bez udziały prawodawców) tworzenie kar i rekompensat za naruszenie praw autorskich (ustanawianie kar więzienia, odcinanie od internetu, itp.);
- nadawanie właścicielom praw specjalnych uprawnień pozwalających na odnajdywanie naruszających ich prawa (zmuszanie dostawców internetu do ujawniania danych klientów, wprowadzania cenzury stron i serwisów, itp.);
- zmuszanie do współpracy wszystkich, którzy mogą mieć związek z ewentualnymi naruszeniami praw (przymuszanie dostawców do szpiegowania klientów i ich działalności w sieci, zmuszanie firm do zapewniania, że użytkownicy nie będą naruszać praw, tworzenia specjalnych milicji czuwających nad przestrzeganiem praw autorskich w sieci).
Jak to emocjonalnie podsumował Cory Doctorow: “Jest to wypowiedzenie wojny przez przemysł rozrywkowy i podległych im prawodawców wolności słowa, prywatności, wolności zgromadzeń, domniemania niewinności i konkurencji.”
Mnie to niespecjalnie szokuje, bo od dawna spodziewałem się, że będą tego próbować. Musi być trochę gorzej, aby potem zapanowała nam infoanarchia.
Christian Engström, świeżo upieczony europarlamentarzysta z ramienia szwedzkiej partii Partii Piratów napisał w Finacial Times tekst pod tytułem Prawa autorskie zagrażają naszej wolności online, w którym pisze tak:
By egzekwować prawa autorskie, rządy zaczynają ograniczać nasze prawo do prywatnej wzajemnej komunikacji, która nie jest przez nikogo monitorowana. Proces dzielenia się plikami zachodzi, gdy jeden człowiek wysyła plik drugiemu. Jedynym sposobem, aby próbować ograniczyć ten proceder jest monitorowanie całej komunikacji pomiędzy zwykłymi ludźmi. Mimo likwidacji serwisów typu Napster, Kazaa oraz innych sposobów wymiany plików w ciągu ostatniej dekady, objętość wymienianych plików urosła wykładniczo. Nawet gdy władze zlikwidują wszystkie inne możliwości, ludzie wciąż będą mogli przesyłać pliki chronione prawem autorskim jako załączniki w mejlach, albo poprzez sieci prywatne. Jeśli tak się stanie, czy powinniśmy dać rządom prawo monitorowania wszystkich mejli oraz dostęp do wszystkich szyfrowanych sieci prywatnych? Gdziekolwiek istnieją sposoby na prywatną komunikację, tam znajdzie się sposób na dzielenie się chronionymi utworami. Jeśli chce się powstrzymać od tego ludzi, trzeba usunąć prawo do prywatnej komunikacji. Nie ma innej opcji. Społeczeństwo musi podjąć decyzję.
To jest właśnie argument, po który sięgam ostatnio najczęściej w dyskusjach ze zwolennikami obecnego reżimu. Jakoś nie widziałem argumentacji, która potrafi pogodzić egzekwowanie monopolu autorskiego z brakiem permanentnej inwigilacji komunikacji oraz stałych rewizji wszystkich posiadanych przez nas nośników danych.
Ja sam codziennie w kieszeni noszę 10GB, a w robocze dni w torbie mam kolejne 250GB. Ile mogę wymienić plików korzystając z tych, zupełnie niewielkich i wygodnych urządzeń, niezależnie od wymiany online, która jest po prostu znacznie wygodniejsza.
Czy wkrótce IP gestapo będzie robić łapanki na ulicach i przetrząsać kieszenie każdemu w nas w poszukiwaniu “kontrabandy”? Tego właśnie chcemy? Transmisji kontrolowanych? Wyrywkowych kontroli laptopów, ipodów i pendrajwów na rozmaitych checkpointach? O to chodzi?
The Economist, poważane mainstreamowe wydawnictwo prowadzi właśnie debatę online na temat praw autorskich. Dla mnie za mało radykalizmu u głównego oponenta obecnego systemu, ale może czytelnicy dodadzą trochę fajnych opinii.
W dyskusjach na temat praw autorskich często pada argument, że są te prawa niezbędne, bo bez nich artyści poumieraliby z głodu. Oczywiście zawsze wtedy rzucam kontrargumentami, że artyści nie umierali z głodu, gdy takowych praw nie mieli, a i dziś bycie artystą i korzystanie z prawnej ochrony wcale dostatniego żywota nie gwarantuje. Po prostu, z faktu bycia artystą może wyżyć jedynie mizerna garstka, a reszta twórców (bo jest nas twórców miliardy) musi po prostu inaczej zarabiać na życie.
Co ciekawe, choć obracam się od lat w towarzystwie ludzie, którzy teoretycznie zarabiają na prawach autorskich, to faktycznie prawie wszyscy z nas otrzymają za swoje dzieła jednorazowe opłaty. Z naszego punktu widzenia, prawa autorskie nic nie zmieniają, niczym nie różnimy się od innych zawodów. Oczywiście można powiedzieć, że to dzięki owym prawom istnieją tacy, którzy nam te jednorazowe wynagrodzenia płacą, ale to rzecz naprawdę trudna do weryfikacji i udowodnienia, że bez praw autorskich, to by ich nie było. Ja wiem, że by byli, bo byli także zanim koncept praw autorskich wymyślono 300 lat temu, czy objęto nim np. programy komputerowe (u nas dopiero gdzieś na początku lat 90.) Ale wróćmy do prawdziwych beneficjentów systemu, weźmy za przykład artystów muzycznych, czyli tej drobnej garstki, która na sprzedaży swoich dzieł zarabia prawdziwe kokosy. Drobniejsi twórcy mogą sobie pomarzyć o tantiemach ze sprzedaży – już o to dbają wytwórnie płytowe – i muszą dorabiać w tradycyjny sposób, czyli dając koncerty dla fanów, sprzedając koszulki i inne gadżety. I w ich wypadku, to jest właśnie właściwe źródło ich dochodów, a nie sprzedaż utworów wspierana całym aparatem egzekwowania autorskiego monopolu, którego chyba nigdy nikt nie wycenił.
Onet opublikował bardzo ciekawe zestawienie wpływów najbogatszych gwiazd muzyki w USA. Wśród pierwszej dziesiątki z wyjątkiem AC/DC, wszyscy artyści zarobili więcej na swoich koncertach niż na płytach, a w przypadku numeru jeden, czyli Madonny różnica ta wynosi aż 105,3 miliona do 14,8 miliona dolarów. Jak widać, nawet ci najpopularniejsi, które bezsprzecznie korzystają z monopolu praw autorskich, niewiele by zbiednieli bez wpływów ze sprzedaży. Oczywiście taki biedak jak ja, nie zrozumie artysty, który by stracił połowę swoich wpływów i musiał wyżyć z tych 40 mln rocznie (patrz Coldplay). Może zamiast dzielić skórę na niedźwiedziu, co robi wielu dyskutantów argumentujących za utrzymaniem obecnego systemu, warto by się zastanowić, czy rzeczywiście przynosi on korzyści każdemu twórcy? Czy naprawdę warto zakładać kulturze i technice prawny kaganiec w złudnej nadziei, że być może kiedyś zostaniemy drugą Madonną?
Dziś kolejny finał WOŚP, czyli dzień nagonki na przechodniów. Udało mi się dać odpór jednemu małemu komandu serduszkowców i paradowałem po sklepie bez serduszka. Potem skryłem się ze wstydu w domu i postanowiłem więcej nie wychodzić. Jutro będzie po wszystkim. WOŚP nie jest moim ulubieńcem.
Ale tak naprawdę, to chodzi mi o inną sprawę, którą dobrze realacjonuje Vagla. Fundacja pana Owsiaka i organizowane przez nią imprezy, czyli Finał WOŚP i Przystanek Woodstock cieszą się szczególnym poparciem ZAiKSu, który zwalnia te imprezy z należnych na rzecz tej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi opłat. Sprawa warta grube miliony złociszy, które oczywiście idą na zbożny cel, więc pewnie lepiej się ich nie czepiać.
Ciekawi mnie dlaczego jednak akurat pan Owsiak cieszy się taką przychylnością ZAiKSu? Jak można sobie zasłużyć na takie traktowanie? Bo nie jest to bynajmniej standard w działaniach ZAiKSu. Dlaczego fryzjer musi płacić, choć często ledwo wiąże koniec z końcem, a WOŚP, który z roku na rok zbiera “jeszcze więcej”, nie musi się kłopotać z opłatami na rzecz autorów i kompozytorów? O ile zwolnienie imprezy charytatywnej mogę jakoś zrozumieć, to Przystanek takową imprezą nie jest. O co tu chodzi, poza tym, że jak zwykle chodzi o pieniądze?














